DOTYK   WULKANU

 

Pierwszy nasz pobyt na Wyspach Hawajskich w 2003 roku pozostawił w Nas nienasycone pragnienie zobaczenia tych Wysp po raz drugi i  bezpośredniej wizyty w krainie Madam Pele czyli pieszej wędrówki do czynnego krateru Pu’u’O’o w kompleksie wulkanu Kilauea

Nareszcie nasze marzenie doczekało się realizacji. W pierwszych dniach Października 2004, postawiliśmy stopę na lotnisku w Hilo na wyspie Hawai`i. Emocji dostarczał fakt planowanego wstępnie przelotu helikopterem nad samym kraterem i bezpośredniego zobaczenia “na własne oczy” obrazu, który do tej pory , niemalże codziennie odwiedzałem na stronach internetowych: www.nps.gov/havo/ http://hvo.wr.usgs.gov/kilauea/update/main.html

Przygotowani byliśmy doskonale według wszystkich zaleceń jakie podaje Hawai Volcanoes National Park. Nasz bagaż wyglądał trochę dziwnie ponieważ dwa plecaki wypchane były po brzegi zimowym ubraniem i ciężkimi butami turystycznymi ( trochę to nie typowe jak na warunki pogodowe jakie mamy na tych wyspach ).

Wynajętym samochodem dojechaliśmy do lądowiska helikopterów ( wschodnia część lotniska w Hilo ) i po załatwieniu wszystkich formalności , zasiedliśmy w kabinie. Formalności polegają na ważeniu każdego z członków wycieczki i na tej podstawie przydzielane jest miejsce w helikopterze. Helikopter zabiera 6 osób i wierzcie mi , ze nie ma tzw. “złych miejsc”. Z każdego siedzenia widoki są doskonałe. Polecam tutaj szczególnie firmę helikopterowa “SAFARI” , .dlaczego?  Pierwsza zaleta to cena - $ 145.00 od osoby za 50 minut lotu.

Druga to jest to , ze pilot udziela bez przerwy aktualnych informacji na temat lotu i obserwowanych widoków Lot odbywa się nad najnowszym lawowiskiem z 1983 roku , aktywnego do chwili obecnej , po czym helikopter wykonuje kilka tzw. “osemek” nad samym kraterem Pu’u’O’o, jedynym na świecie aktywnym bez przerwy, wulkanem.

  Przed wylotem nad Pu’u’O’o

Panorama Pu’u’O’o

 

 

Widok dymiących tzw.  “wentow” zapiera dech w piersiach. Zastygła lawa na powierzchni krateru jest mocno popękana i poprzez szczeliny widać czerwona , gotującą się lawę wewnątrz krateru. Jak czerwony barszcz w garnku pod szklana pokrywka.  Następnie lot odbywa się nad aktywnymi powierzchniowymi wyciekami lawy po wschodniej stronie krateru, które dążą do oceanu jak czerwone węże. Najbardziej aktywny jest Kuhio (PKK Flow), który zaczyna swój bieg z wentu Puka Nui na wschodniej ścianie krateru ( widok czerwonej, płynącej lawy gwarantowany ) .

Świeży wyciek lawy – 10-05-2004

Zachodnia krawędź krateru Pu’u’O’o

Centrum krateru

 

Lecimy w stronę wybrzeża nad dziesiątkami km2 lawy, która została wyrzucona z Pu’u’O’o od 1983 roku, obserwując sterczące z lawy domy w dzielnicy Royal Gardens, które zostały zalane lawa w czasie drugiej wielkiej erupcji z Pu’u’O’o w 1984 roku. Krajobraz jest iście księżycowy…po prostu nic , z wyjątkiem czarnej, błyszczącej, zastygłej lawy rozlanej od linii horyzontu aż po ocean. Robi to wielkie wrażenie. Tysiące metrów sześciennych lawy wyrzuconej na powierzchnię ziemi z Jej wnętrza.

Oblane lawa Royal Gardens

Zalane  lawa domy Royal Gardens

wylew z 1984 roku

Dziesiątki km2 powierzchni zalane lawą

   

Następne kilkanaście minut spędzamy w powietrzu podziwiając przepiękne widoki ukrytych w dżungli wodospadów, plenery których wykorzystywane były do produkcji niejednego filmu a dostęp pieszy  do nich jest bardzo trudny, ponieważ wiedzie przez dżungle i niestety jedynym szlakiem, który nie jest znakowany na jakiejkolwiek mapie. Nie polecam tego ryzyka by samotnie wybierać się w te obszary.

 

 

Po 50 minutach lotu zawracamy w kierunku Hilo – stolicy wyspy Big Island i lądujemy na jego lotnisku.

 

                             

Hilo – Big Island , Hawai

 

Tak kończy się pierwszy etap naszej wyprawy do Bogini Pele czyli czynnego wentu Pu’u’O’o w wulkanie Kilauea. Przed nami teraz największa przygoda….piesza wędrówka po zastygłej lawie na odcinku 16 km i nocleg w sąsiedztwie Pu’u’O’o.

Pakujemy nasze rzeczy do samochodu i wyposażeni w dużą ilość wody w butelkach, konserw i amerykańskiego chleba , który jakoś dziwnie nazywają “Italian Bread”, chociaż w niczym nie przypomina on prawdziwych włoskich wypieków a raczej gliniasty twór mączno – wodny,  ruszamy do Parku Wulkanicznego. Po 40 minutach jazdy meldujemy się w Kilauea Visitor Center nad Kilauea Caldera. Obowiązkiem każdego turysty , który ma zamiar spędzić noc na terenie Parku lub pieszo przejść znakowane szlaki , jest zgłoszenie się w Rangers Station i otrzymanie permitu upoważniającego do przejścia wybranego szlaku. Jest to konieczne ze względów bezpieczeństwa , ponieważ ruszamy w teren kompletnie nieznany a zarazem bardzo niebezpieczny. Po kilkuminutowej kurtuazyjnej rozmowie z Rangers , otrzymujemy wymagany permit wraz z dokładnym instruktarzem…co…gdzie…kiedy…i jak. Dodatkowym permitem jest pozwolenie na parkowanie samochodu na terenie Parku w nocy. Trzeba wiec podać wszystkie informacje odnośnie samochodu włącznie z jego kolorem. W czasie naszej rozmowy z parkowymi Rangers jesteśmy delikatnie sprawdzeni czy jesteśmy przygotowani na tego rodzaju eskapadę, czyli padają pytania o cieple ubranie, odpowiednie buty, wymagana ilość wody ( 4 litry na dzień ) , itd., itp. Wypadamy na tym egzaminie chyba dobrze ponieważ Rangers życzą nam “Good luck“. Jest godzina 1:00 PM a my mamy przed sobą 16 km marszu po lawowisku. Jestem niespokojny czy zdążymy w sąsiedztwo wulkanu przed zmrokiem a ciemno juz się robi wokół 6:15 PM.. W ciemnościach nie ma mowy o marszu po lawie, mimo, ze mamy latarki. Cienie na nierównościach lawy  w świetle latarki wyglądają jak głazy lub zapadliny i bardzo szybko może dojść do bardzo nieprzyjemnych skaleczeń. Lawa jest tak ostra jak szkło a każdy upadek na nią kończy się bardzo głębokimi ranami. Ale pełni nadziei i wiary w swoje możliwości parkujemy samochód na wygodnym parkingu w pobliżu krateru Mauna Ulu. Jest godzina 2:00 PM. – ruszamy na trasę.

  

Pierwsze 1,6 km idziemy bardzo wygodnym, płaskim szlakiem, doskonale oznakowanym żółtymi tabliczkami wklejonymi w lawę. Plaski …wcale nie oznacza “równy”, ponieważ szlak wiedzie wzdłuż granicy wylewu z Mauna Ulu w 1969 roku, który przykrył poprzedni wylew 6 metrowa warstwa lawy . Ale w tym miejscu można przyśpieszyć marszrutę wiec wykorzystujemy to maksymalnie. Po 20 minutach szybkiego marszu i pokonaniu lekkiego wzniesienia,  dochodzimy do krateru Pu’u Huluhulu gdzie napotykamy tablice informacyjną mówiącą o tym , że poza tym punktem na szlaku mogą się znajdować jedynie osoby posiadające permit i są zaznajomione z ryzykiem i niebezpieczeństwem terenu. Nie decydujemy się na zobaczenie tego krateru ponieważ czas jest juz naszym wrogiem. Szlak prowadzi wzdłuż  północnej części lawowiska Mauna Ulu i krawędzi lasu . Zaczyna się tez nieco trudniej. Nie ma już żadnej wydeptanej ścieżki a jedynym oznakowaniem szlaku są ułożone na kształt piramidy kawałki lawy. Nazywamy je z Beata – “Chlopkami” (Foto 1). Bardzo trudno jest odnajdywać nasze “chlopki” w terenie, który jest czarny, poszarpany, pelę zagłębień, rowów, wybrzuszeń i posplatanym warkoczami zastygłej lawy “pahoehoe” (Foto 2). Wygląda ten krajobraz jak zastygnięta smoła, która niespodziewanie wylała się z wielkiego kotła. Maksymalnie wytężony wzrok odnajduje jednak bez problemu “chłopki-drogowskazy”. W tym krajobrazie omijamy krater Mauna Ulu od strony północnej gdzie bez przerwy dymią tzw. "steam vents", a szlak zaczyna mocno podnosić się do góry.

 

 Foto 1 :   Oznakowanie szlaku na lawowisku

 

Skręcamy na szlaku o 90 stopni i zaczynamy podchodzić pod dosyć duże nachylenie w kierunku południowym wzdłuż wschodniego zbocza Mauna Ulu. W tym miejscu szlak wiedzie jakby wśród wąwozów lawowych. Jest bardzo nierówny, kruchy, bardzo ciężki do szybszego marszu (Foto 4). Miejscami , idąc po połaciach lawy pahoehoe , ma się wrażenie jakby się szło po skorupce od jajka. Lawa ma miejscami 2 cale grubości a pod nią jest pustka, wiec idąc słyszymy jakieś dziwne odgłosy pod nogami. Trzeba bardzo uważać na tym odcinku. Lawa może się w każdej chwili załamać pod nogami a to grozi naprawdę poważną kontuzja. Zasada numer 1 !!! Nie zbaczać ze szlaku nawet na 1 metr. Nigdy nie wiadomo co mamy pod nogami (Foto 3). 

Foto 2:  Lawa “pahoehoe”

Foto 3: Trasa po skorupce jajka

Foto 4:  Podejście pod Mauna Ulu

 

Minęła 1 godzina naszej marszruty. Doszliśmy na przechylenie terenu obok szczytu Mauna Ulu. Wokół nas nic oprócz czerwono-czarnej lawy. Miejscami przebijają się z pęknięć lawowych jakieś roślinki w rodzaju paproci o bardzo twardych liściach, które w dotyku przypominają papier kartonowy. Na samym szczycie przechylenia otwiera się przed nami potężna szczelina o głębokości około 50 m z mocno poszarpanymi, pionowymi zboczami. Długość tej szczeliny jest trudna do odgadnięcia ponieważ ginie gdzieś w kłębach pary wydobywającej się z jej dna i zboczy.

 

 

Foto: Zapaść po tubie lawowej. W tyle: Mauna Ulu

                  

Jesteśmy na wysokości 3200 feet nad poziomem morza. W linii prostej do Oceanu jest jedynie 7 mil a wiec przewyższenie jest około 450 feet na mile. Mamy również trochę szczęścia ponieważ od punktu gdzie mijaliśmy Pu’u  Huluhulu , pokazały się chmurki i przysłoniły trochę bezlitośnie palące Słońce a w dodatku na tej wysokości mamy trochę wiatru, który osusza nasz pot. Niestety, na tym odcinku nie ma miejsca , które ochroniło by przed spiekota. Dlatego tez bezwzględnie trzeba używać nakrycia głowy . Od tego punktu, od zawaliska tubowego,  trasa zaczyna delikatnie schodzić w dół. Po równo rozlanych połaciach lawy pahoehoe, można mocno przyśpieszyć marszu nie zapominając jednak o utrzymaniu się na szlaku, dzięki “chłopkom-drogowskazom”. W dali rysuje się jakieś potężne zawalisko, otoczone drzewami. Do tego miejsca mamy jeszcze około 5 km. Z radością przeskakujemy lawowe zawalidrogi ponieważ czas jaki mamy do tego miejsca mówi nam , ze jesteśmy w stanie pokonać cały dystans przed zmrokiem. Po 40 minutach jesteśmy na skraju potężnego krateru, którego średnica jest około 2 km a głębokość niewiele mniejsza niż 100 m. Znajdujemy tablice informacyjna…Jest to Makaopuhi Crater

 

                        

Minęła 1 godzina i 40 minut forsownego marszu. Wiemy , że mamy bardzo dobry czas , postanawiamy więc na krotki odpoczynek. Kilka łyków wody, kilka zdjęć i ruszamy dalej. Pocieszające jest to,  że teraz szlak wchodzi do dżungli, która opasuje swoimi ramionami cały krater Makaopuhi. Nie wiemy jeszcze jak długo będziemy mieć ten cudowny chłodek pod koronami drzew…ale chociaż trochę, zawsze to jest coś. Wchodzimy jakby w tunel z drzew i krzewów. Sklepieniem tego korytarza są poplątane gałęzie a ściany są tak gęste , że nawet mowy nie ma o tym by się przez nią przedrzeć. Widać tutaj ciężką pracę pracowników Parku , ponieważ ten zielony tunel-korytarz jest wyrąbany ludzka ręką tylko dlatego by można przejść na druga stronę krateru.

 

 

Palmowo-paprociowy tunnel

 

Marsz tym korytarzem urozmaicony jest ciekawymi zejściami, brzegiem jakiejś skalnej rynny-wąwozu, raz pod górkę, raz z górki. A wszystko to w cudownie nasyconym tlenem , chłodnym powietrzu. Po kilkunastu minutach tego przyjemnego etapu napotykamy na ruiny jakieś budowli. Zaskoczeni tym, skąd to coś mogło się znaleźć w miejscu gdzie juz sam diabeł mówi dobranoc, znajdujemy tablice z opisem tego upadłego przybytku.

 

                  

 

Wiec kiedyś w tym rejonie było życie i praca. Ale nie było jeszcze Pu’u’O’o , do którego pozostało nam około 6 km. Nogi juz zaczynają prosić o odpoczynek ale niestety, nieubłagany Czas działa na nasza niekorzyść….jest 4:30 PM. Teren jest wygodny do marszu. Nie ma żadnych śladów lawy , idziemy po gliniastym podłożu porośniętym trawa. Można powiedzieć …spacer przez las, ale tempo nie to. Nagle stop. Za drzewami nic nie widać, nie ma następnych drzew…jest przepaść. Tak …dotarliśmy do krawędzi Napadu Crater. Teraz musimy dojść do jego łagodniejszej krawędzi , żeby można zejść na Jego dno. Trasa znowu skręca ostro w bok, przechodzimy przez miejsce wyznaczone do biwakowania i tu nie bardzo wiemy , w którą stronę się obrócić żeby dojść do zejściowej krawędzi. Jest tylko jedna, a w tym miejscu juz jest kompletny brak oznaczeń szlakowych. Idziemy “na nosa” , wzdłuż ostrej krawędzi krateru - na północ. Bingo…..jest szlak. Wchodzimy teraz w zupełnie inny krajobraz niż poprzednio. Idziemy po lawie , która w czasie swej wędrówki płynęła przez las i wypalając drzewa pozostawiła cały  cmentarz lawowych kikutów, w których niegdyś złapane były pnie drzew. Teraz pozostało tylko cos, jak gdyby trąbki, wentylatory, po prostu rury lawowe , sterczące wszędzie na przestrzeni kilkaset metrów. I jest problem…jak teraz rozpoznać “chłopki-drogowskazy” w tym labiryncie I mnóstwie sterczących lawowych kikutów? Niestety , pozostał “nos”

 

 

Pozostałość po pniu

  

Ale szczęście jest z Nami . Wychodzimy poza ostatnia granice drzew i naszym oczom otwiera się widok , na który czekaliśmy w marzeniach przez cały rok. W oddali na styku Nieba i Ziemi, majestatycznie dymiący krater Pu’u’O’o. Jest jeszcze do przebycia 5 km ale nogi same poderwały się do szybszego marszu by jak najszybciej być w pobliżu tego , co tylko dla niektórych jest osiągalne…”dotknac” żywy wulkan, być w jego bliskości i czuć Jego nieobliczalna potęgę. Łzy szczęścia same napłynęły do oczu. Cały rok na necie ,śledziłem Jego aktywność, cały rok wraz z Beata dotykaliśmy palcami monitor, by chociaż w ten sposób czuć te przygodę. A teraz , juz tylko 5 km dzieli Nas od  bezpośredniego kontaktu z jedynym aktywnym wulkanem na świecie jakim jest Pu’u’O’o. I ja tutaj jestem…ja jestem tego świadkiem….dech zapiera, łza się toczy. Nieopisane wrażenie.

 

Pu’u’O’o  w pelnym Majestacie

 

Szlak wiedzie nas ku krawędzi Napau Crater. Po kilku minutach dochodzimy do miejsca , gdzie można zejść na Jego dno. I tu zaczyna się najbardziej nieprzyjemny moment na całej trasie. Zejście jest …owszem…ale bardzo niebezpieczne, utworzone jest bowiem na lawie a’a’, która wlała się tutaj do krateru Napau podczas erupcji Mauna Ulu w 1965-68 roku. Lawa a’a’ jest to tak zwana “lawa krocząca” a są to zastygle juz kawały lawy poukładane nieregularnie, jeden na drugim a pchane od tylu parciem płynnej lawy pahoehoe. Są to bardzo poszarpane kawałki o ostrych jak potłuczone szkło krawędziach wyglądających jak super ostry pumeks do mycia rak czy tez piet. Każdy upadek na lawę a’a’ grozi wyrwaniem tej części ciała, na którą się upadło. Ścieżka wije się trawersem pośród lawowych głazów a’a’ na zboczu, które ma 80 stopni nachylenia i jest wysypana drobnymi kawałkami tejże lawy o wielkości kurzego jajka.  Zejście jest bardzo nieprzyjemne. Wczepieni paznokciami we wszystko co tylko ma twardy punkt oporu, krok za krokiem schodzimy w dół po jajkowatych odłamkach lawy. Jedna chwila nieuwagi może kosztować życie (do dna krateru jest około 80 metrów) a w najlepszym przypadku ciężkie poranienia. Dreszczyku dodaje fakt, ze w tym rejonie niestety żadne “komorki” nie maja zasięgu i w przypadku złego , wołanie o pomoc było by wołaniem do Pana Boga. Jesteśmy jedynymi ludźmi w przedziale kilkuset kilometrów kwadratowych. Tak wiec z wytężona ostrożnością i uwaga na wszystko co się dzieje dookoła po długiej chwili schodzimy na dno krateru Napau. Widok jest urzekający. Krater otoczony z trzech stron pionowymi ścianami wysłany jest w całości pumeksem i  lapili ( lapili, z języka włoskiego ”LAPILUS” – mały kamień, – wygląda jak pianka z niezliczona ilością baniek powietrznych). Strona wschodnia krateru jest otwarta przestrzenia, na końcu której w oddali majestatycznie dymi Pu’u’O’o (Foto 5). Jest godzina 5:00 PM , pozostało nam 4 km do przejścia. Ale warunki trasy jakie napotkaliśmy na dnie Napau pozwalają nam stwierdzić , ze nasza walkę z Czasem na pewno mamy już wygraną. Do zmroku pozostało jeszcze 1 godzinę i 15 minut a my mamy jedyne 4 km do przejścia. Oglądamy plenery z marszu. Po stronie południowej dna krateru przebiega wąwóz , głęboki na około 4 metry z wyciekami lawy na jego obrzeżach. Jest to pozostałość po tzw.: Episode 54, czyli niekontrolowanej i nieprzewidzianej zupełnie erupcji zbiornika magmowego, który znajduje się pod dnem Napau a który zasilany jest z głównego rezerwuaru pod Kilauea Caldera. Erupcja ta miała miejsce w 1998 roku. Ścieżką biegnie po prawie płaskim terenie a idąc po niej ma się wrażenie, ze maszeruje się po miękkim dywanie. To właśnie nawarstwienie lapili i pumeksu tworzy jej miękkość. Mijamy cale gromady tzw.: “bomb lawowych” (Foto 6), które gęsto usłały dno Napau a czym bliżej do samego wulkanu , tych bomb jest więcej i  coraz  większych. W końcu osiągamy cel. Wychodzimy na maleńkie wzniesienie i….oto przed nami w całej swej krasie , ze wszystkimi złymi skutkami …Dom Madame  Pele czyli czynny crater Pu’u’O’o. Jest godzina 5:45 PM.

Siadamy z wrażenia na miękkim lapili i jak w dobrym kinie przeżywamy widok jaki mamy przed sobą.

Foto 5.  Napau Crater

Foto 6.  Bomby lawowe na pumeksie

Foto 7. Dno Napau Crater. Wokol lapili i pumeks pod nogami. Poza moimi plecami , jedyne zejście

  

Jesteśmy bardzo zmęczeni. Pokonaliśmy trudny teren 16 km w czasie 3 godziny 45 minut. Ale zmęczenie nic nie znaczy w porównaniu z pejzażem jaki mamy przed naszymi oczyma. Spieszymy się ze zdjęciami , ponieważ za chwilkę juz będzie ciemno . Jest to pamiątka na cale życie….Veni , Vidi, Vici.  Tak to prawda…zwyciężyliśmy Czas, zmęczenie i słońce.

Foto 8:  Veni…Vidi…Vici

Foto 9:  Steam Vents przy Pu’u’O’o

Foto 10. Krajobraz zachodniej strony Pu’u’O’o.

Gruba pokrywa pumeksu, lapili i bomb lawowych

Foto 11.  Pu’u’O’o tuż przed zachodem Słońca

 

Jest bardzo chłodno. Szybko rozpakowujemy plecaki z zimowa odzieżą i bez cienia skrupułu zakładamy na siebie wszystko co tylko mamy, łącznie z zimowymi czapkami. Uroku dodaje wiatr, który powiewa ze wschodu przynosząc nam od czasu do czasu zapach siarkowodoru jaki wydziela się z wulkanu. Produkujemy “lozko turystyczne” na tephrze. Wygląda to tak, jak “grajdolek” na plaży. Po prostu robimy dołeczek własnym ciałem w miękkiej tephrze i mamy juz gotowe łoże w Extra King Size. Pozostały śpiwory ale te zostawiamy juz na noc.

Noc. Nie spodziewaliśmy się tego co zobaczyliśmy. Około godziny 7:00 PM , w zupełnej ciemności , nagle pojawiła się jaskrawa luna nad poludniowym zboczem wulkanu i w tym samym momencie otwarł się “skylight” w tubie lawowej zasilającej Mother’s Day Flow. Silne iskrzenia wyrzucanej na powierzchnie lawy rozjaśniły totalna ciemność oświetlając przy tym kłęby dymu wydobywające się z wulkanu. Widok przypominający ferie ogni sztucznych z okazji święta narodowego. W chwile później odezwały się dwa kominy- West Pond Cones – i jakby z pomocą reki video-aranżera zaczęły wyrzucać z siebie tysiące iskier i małych odłamków lawy. Wulkan przemówił. W odgłosach dziwnych, groźnych pomruków, wschodnia i centralna cześć krateru rozświetliła niebo luna jasności. Było to wynikiem wyrzucanej lawy na powierzchniową skorupę krateru. Trwa to wszystko około 3 godzin. Nie możemy zasnąć chociaż zmęczenie zaczyna dawać juz dobrze o sobie. Ze zdziwieniem stwierdzamy, ze cale nasze ubranie jest kompletnie mokre , chociaż nie ma mowy o deszczu. To wilgoć z nad Oceanu pchana wiatrem kondensowała się na naszych ubraniach i na całym podłożu wokół nas. Przypominam , ze jesteśmy na wysokości 2900 feet nad poziomem morza. Temperatura powietrza nie przekracza 40 stopni F. Nad nami roziskrzone gwiazdami niebo, takie , jakie widziałem tylko w Polsce. Miliony gwiazd niczym nie przysłoniętych. Korzystamy z mapki nieboskłonu jaka dostaliśmy w Visitor Center i bez trudu odnajdujemy poszczególne konstelacje. Urzekające piękno chwili…gwieździste niebo a za plecami rozogniony , mruczący wulkan. Jesteśmy wzruszeni.

Wzruszenie , wzruszeniem ale zaczyna nam dokuczać zimno. Jesteśmy kompletnie przemoczeni a na dodatek wiatr staje się coraz bardziej dokuczliwy chociaż wcale nie wieje tak mocno. Chowamy się w śpiworach. Przyjemne ciepło zamyka nam bezwiednie oczy. Nagle … grzmot, hałas, głośny wyraźny pomruk , odgłos podobny do gotującej się, bulgoczącej gęstej mazi,  zrywa nas ze snu. Jest 1:30 AM , 10/06/2004 . Nie bardzo wiemy co się dzieje ale za to przed oczyma mamy chyba najpiękniejszy widok na który czekają nawet obserwatorzy – wulkanolodzy. Nad południową ścianą Pu’u’O’o pojawiła się potężna, jaskrawa  luna oświetlając wszystko dookoła . Zapadła się końcowa cześć południowej  ściany otwierając czeluści Puka Nui Vent i miażdżąc powierzchniową skorupę Kuhio Vent. Tysiące metrów sześciennych lawy wydostało się na powierzchnie i zaczęło spływać po południowym zboczu w stronę oceanu. Obraz zupełnie podobny do pożaru lasów w Kalifornii. Cale, widoczne dla nas zbocze pokryło się płynącą lawa a wyciek ten jest zarejestrowany w Volcanic Center .Wulkan wydawał głośne, złowrogie pomruki. Wewnątrz jego czeluści słychać było niekończące się dudnienie. Ten spektakularny widok zapiera nam dech w piersiach a jesteśmy jego jedynymi widzami siedząc jak w kinie na 3 godzinnym seansie.

 

 

 

Nocna feria lawy – Pu’u’O’o  - 10-06-2004

 

Przeszywający chłód i wilgoć zmusza nas do ucieczki w śpiwory. Niestety, nasze organizmy uporczywie dopominają się o sen i mimo tak cudownych ferii padamy w ramiona Morfeusza okryci wrażeniami z niepowtarzalnego spektaklu.

 Wschod Slonca nad Pu’u’O’o

Po nocnej ferii. Poranek pod Pu’u’O’o.  10-06-2004

 

Poranne słonce ogrzewa nasze “lozka” i zmęczeni , niewyspani ale szczęśliwi witamy nowy dzień. Mamy ze sobą zapas polskich konserw wiec posilamy się jak przystało na prawdziwych turystów i robimy mały rekonesans po okolicy. Jak juz wspomniałem , zachodnia strona Pu’u’O’o  od strony Napau Crater jest tylko częściowo oblana lawa ( nie radze nikomu brać tego ryzyka by na nią wejść – można juz nie wrócić. Cały wypływ lawy jest skoncentrowany na wschodnim i południowym zboczu wulkanu.). U zachodniego podnóża potężne szczeliny Steam ventow ( końcówka Episode 54 ). Teren  Napau Crater aż do samego podnóża Pu’u’O’o jest zupełnie plaski nadający się wręcz do jazdy samochodem ale  obficie posypany tephra i pumeksem.

Tephra i pumeks ( piana magmowa ) są to najlżejsze związki wulkaniczne, które w momencie erupcji wyrzucone zostają bardzo wysoko w powietrze i z wiatrem zostają przeniesione nawet na duże odległości od miejsca erupcji. Nie zapominajmy, ze w czasie erupcji Pu’u’O’o w 1985 roku strumień lawy wyrzucany był na wysokość 1600 metrów, wiec pomyślmy jak wysoko wypchnięta była tephra, pumeks i lapili.

                                                                                                             

Wzdłuż tzw. Episode 54 czyli szczeliny przecinającej Napau Crater unoszą się obfite kłęby pary wodnej wydobywającej się z pod ziemi (Foto 9). Przypomina to wszystko krajobraz na księżycu , dziki, bezwzględny, bardzo tajemniczy.

Ruszamy w drogę powrotna  pełni wrażeń ze 150 zdjęciami w aparacie. Perspektywa 16 km marszu jest w tym momencie przerażająca ale niestety nie ma innego wyjścia…taksówki tutaj nie kursują. Mamy piękna słoneczna pogodę, lekki wiaterek. Ruszamy około 8:00 AM ponieważ chcemy przejść odkryty odcinek trasy przez lawowisko zanim słonce osiągnie swój południowy pułap. Droga ubywa nam dość szybko ale odcinek od

Pu’u  Huluhulu  ( 1.6 km do parkingu ) wydaje nam się najdłuższa trasa jaka kiedykolwiek pokonywaliśmy. Każda minuta wydaje się być godzina a każdy zrobiony krok , mila. Jesteśmy wykończeni. Plecaki zaczynają ważyć po 100 kg . Jakże wielka radością jest , gdy widzimy juz nasz samochód. Jest godzina 1:00 PM.

Mimo tego zmęczenia wiemy jedno , ze nikt nam nie odbierze tego co zobaczyliśmy i co przeżyliśmy.

BYŁA  TO  WIELKA  PRZYGODA !!!

O godzinie 2:00 PM meldujemy się z powrotem w Kilauea Visitor Center w celu zgłoszenia , ze jesteśmy cali

i zdrowi. Jest to obowiązek każdego turysty wędrującego pieszo po parku. Tym sposobem straż parkowa nie musi uruchamiać ekip poszukiwawczych za każdym kto wchodzi do Parku.

Zakończyliśmy jedna z największych naszych pieszych wędrówek. I tu pragnie podziękować mojej żonie Beacie za jej wspaniałą postawę prawdziwego turysty, za jej odwagę i wytrzymałość, za upór i ukochanie piękna przyrody. Dziękuje Ci Betty.

 

Opracowanie: Roman Wojtas i Beata

 

 Pu’u’O’o  - erupcja 1985 rok