„Zaczarowany Kazimierz; zaczarowany stolik”


Krakowski Kazimierz zawsze mnie pociągał. To miejsce magiczne dające dowód, że tutaj byli i żyli Żydzi polscy. Że nie tylko pozostały po nich biblijne imiona na macewach tak jak to w moim mieście w Brzesku.

 

Mieszkało ich przed wojną w Krakowie 65 tysięcy głównie na Kazimierzu. Stanowili część polskiego krajobrazu
 

Malownicze uliczki. Pełno tu galeryjek, kawiarni, restauracji i antykwariatów. To prawda, że nie ma już tego żydowskiego Kazimierza. Trudno znaleźć świece szabasowe migające w oknach w piątkowe wieczory.

 

Chodzę po Kazimierzu i myślę o nieobecnych.


W okresie komunizmu Kazimierz dla mnie był przytłaczający. Królował tam szemrany światek. Taki Kazimierz wprowadzał mnie w klimat biedy, nędzy i tragedii wojny.

 

Teraz Kazimierz ma zupełnie inny wyraz. Zaczął tętnić życiem. Kamieniczki powoli zaczynają wracać do okresu swojej świetności. Na Kazimierzu znajdują się 3 Synagogi. Najstarsza Remach.



To do niej weszłam z moja wnuczką, kiedy miała 6 lat. Powiedziałam jej, bo chciała się pomodlić, żeby nie robiła znaku krzyża tylko zmówiła Ojcze nasz. Usiadła w ławce. Cały czas się modliła. Pamiętam, że nie mogłam jej stamtąd wyciągnąć. Wtedy stary Żyd siedzący w przedsionku synagogi i dający zwiedzającym jarmułki powiedział niech pani ją zastawi ona się tutaj dobrze czuje. Po chwili wyszła. Poszłyśmy na najstarszy cmentarz żydowski, który mieści się obok synagogi. Zobaczyłam taki widok. Szkoda, że nie miałam aparatu fotograficznego. Wchodzi na cmentarz ksiądz. Ma schowany krzyżyk pod sutanną widać tylko łańcuszek, na głowie ma jarmułkę i kładzie kamyk na grobie słynnego Rabina Mojżesza Remus. Uszanował starszego brata w wierze jak to mawiał nasz ukochany rodak Papież Jan Paweł II.
 

Wolę jednak przebywać na Kazimierzu w dzień pogodny i wtedy, kiedy jest dużo turystów i oczywiście otwartych restauracji, z których to dochodzi muzyka żydowska. Słuchając jej zamykam oczy i już w wyobraźni jestem w tamtych minionych czasach na tamtym Kazimierzu. W restauracji też jest inny zapach jak w restauracjach krakowskich. To zapach cynamonu, śledzików i czosnku. Od razu mam apetyt na wszystko. Wchodzę i siadam, zamawiam, a czekając z niecierpliwością na jedzonko rozmyślam. Piękne wnętrze. Stare meble, obrazy głównie o tematyce żydowskiej, na stołach ręcznie robione serwety i inne bibeloty. Jak ja to kocham. Tu każda nawet najdrobniejsza rzecz do mnie przemawia. Z kimś była związana. Ten ktoś już dawno odszedł, a rzecz pozostała. Tu czuję się bezpiecznie jak w domu. Nawet zauważam kota, który łasi się do oczekujących gości. Jak w prawdziwym domu.
 

Wreszcie dostaję upragnionego śledzika. Jaki to cymes aj, waj. Jem powoli i delektuje się jego smakiem. Obok mnie siedzi grupa Żydów. Rozmawiają między sobą po angielsku. W pewnej chwili starszy pan zwraca się łamaną polszczyzną ze specyficznym akcentem do starszej pani. Widać, że znają się od dawna, bo wspominają ludzi tu mieszkających. Może nieładnie, nawet na pewno nieładnie, ale przysłuchuję się z zaciekawieniem rozmowie. Wspominają Ryfkę i Miriam, które zginęły w Auschwitz, Mońka i Szymka którzy zginęli w Mauthausen , Dawida i jego rodziców którzy zginęli jeszcze w getcie krakowskim. Widać, że to koleżeństwo jeszcze sprzed wojny.
 

Wspominają dzieciństwo i młodość. Ileż w ich słowach nostalgii i tęsknoty za tym, co bezpowrotnie minęło. Tego kazimierzowskiego klimatu nie odnaleźli potem w żadnym z miast. Tęsknią za tym, dlatego tak często tu wracają. Tu było ich dzieciństwo, pierwsza nigdy niezapomniana miłość i tu wszystko pozostało.

Tam jest inaczej, nie tak swojsko. Może tam jest bardziej bogato; tu było biedniej, ale tu było ich życie, ich dom i ojczyzna.

W tamtym roku na zakończenie tygodnia kultury żydowskiej do Krakowa na ulicę Szeroką zabrała mnie Asia ze Zbyszkiem. Jakże im jestem wdzięczna. Trudno opisać panującą tam atmosferę i klimat. Tam trzeba być, to zobaczyć i to przeżyć. Ja w wieku 58 lat poszłam tańczyć do kółka z młodymi. Byłam jak w transie tańcząc i słuchając ten przepięknej muzyki. Wracaliśmy do Brzeska o 2 w nocy.
 

W tym roku Asia z Bernadettą zorganizowały wyjazd do Krakowa na spotkanie z Miriam Akawią znaną pisarką, tłumaczką która to urodziła się w Krakowie, wojnę przeżyła w krakowskim getcie, obozach w Płaszowie, Auschwitz i Bergen - Belsen a obecnie mieszka w Izraelu.
W trójkę udałyśmy się na autobus. Do Krakowa dotarłyśmy dość szybko. Weszłyśmy wcześniej do kawiarenki, w której to miało odbyć się spotkanie z autorką książek. Zamówiłyśmy sobie kawę, herbatę i pyszną tartę z malinami. Usiadłyśmy przy stoliku i przystąpiłyśmy do konsumpcji.
W pewnej chwili Asia mówi. Miriam już jest, patrzcie udziela wywiadu. Podniosłam oczy spod talerzyka i zobaczyłam drobną uśmiechniętą starszą panią. Faktycznie udzielała wywiadu. Ucieszyłam się, że zabrałam ze sobą aparat fotograficzny.
Zostawiłam jedzonko i pobiegłam kupić książkę jej autorstwa, aby mogła mi się wpisać. Niestety w dwóch księgarniach nie dostałam jej książki. Było wydanie tylko w języku hebrajskim. Wobec powyższego kupiłam 3 kartki o tematyce żydowskiej, aby mogła na nich nam się wpisać. Biegiem ruszyłam w drogę powrotną. Koleżeństwo już się niepokoiło, że mnie tak długo nie ma. Dopadłam stolika jednym haustem wypiłam herbatę i odetchnęłam. Odczekałam chwilę i postanowiłam podejść do niej po autograf i zrobić sobie z nią zdjęcie. Nieśmiało zapytałam, czy będę niegrzeczna jak poproszę o autograf i zrobienie zdjęcia jeszcze przed jej odczytem. Miriam z uśmiechem powiedziała: “ Chodź dziecko”. Jak dawno już tak nikt do mnie nie mówił. Bariera lęku i strachu związanego z ewentualną odmową minęła. Napisała mi parę słów. Potem Asia zrobiła nam wspólne zdjęcie a ja zrobiłam zdjęcie Asi i Berci. Aparat nie chciał na początku robić zdjęć, bo była włączona funkcja „nagrywaj” a my w zdenerwowaniu w ogóle tego nie zauważyłyśmy - złośliwość rzeczy martwych.

Zdenerwowałam się a Miriam ze stoickim spokojem pozowała. Po chwili ten spokój udzielił się też mnie. Miałam taką możliwość, że mogłam z nią porozmawiać. Ponieważ od Asi, która czytała już jej książki wiedziałam, że ojciec Miriam zginął w Mauthausen powiedziałam jej, że mój dziadek też zginął w Mauthausen. Powiedziałam również, że mój ojciec wybaczył to Niemcom, lecz nigdy tej tragedii nie zapomniał. I tak to mnie przekazał. Miriam odpowiedziała, że w takim razie był szczęśliwym człowiekiem skoro mógł wybaczyć. Ona do dzisiaj nie może. Oddziela tamtych Niemców, którzy wymordowali jej całą rodzinę od tych obecnych. Na dowód tego powiedziała mi, że przyjaźni się z Niemką, z którą spotyka się tu na Kazimierzu w czasie jej pobytów w Polsce. Owa Niemka była u niej w Izraelu. Widziałam ją na tym spotkaniu. Potem wyszły razem.

 

 

Miriam Akawia z autorką wspomnień Zuzanną Peters-Musiał

 

Powoli w kawiarence zaczęło przybywać słuchaczy. Ilość miejsc topniała z minuty na minutę. Do naszego stolika podeszła pani w średnim wieku (jak się później okazało była to Jadwiga Dzięgielewska) i zapytała czy jest wolne miejsce. Chórkiem odpowiedziałyśmy, że tak.

 

Po chwili zauważyłam jak do kawiarni wchodzi kobieta i udaje się do bufetu. Coś mnie do niej ciągnęło. Nie potrafię tego wytłumaczyć, tak po prostu mam. Z typu urody owa pani podobna była do amerykańskiej aktorki Katharine Hepburn, która grała w „Afrykańskiej królowej” Nieprawdopodobne podobieństwo. Powiedziałam jej o tym. Potwierdziła, że wiele osób jej to mówiło. Ponieważ nie było już wolnych miejsc podeszłam do niej i zaproponowałam miejsce obok nas. Z radością przyjęła zaproszenie do naszego stolika. Na sali zrobiło się cicho.

Miriam wyszła na scenkę w towarzystwie osoby, która ją przedstawiła i poprowadziła ten spektakl. Dla mnie to był spektakl.
 

Do kawiarni weszła jeszcze starsza pani z dziewczynką. No może w moim wieku przepraszam ją, bo ja nie czuję się jeszcze starszą panią. Usiadła koło mnie na scence. Powiedziałam jej, żeby się nie martwiła, bo będziemy się zmieniać miejscami. Potem ja usiądę na scence. Podziękowała. Do zmiany naszych miejsc nie doszło, ponieważ siedziało jej się bardzo dobrze.

 

Miriam odczytała fragment swojej książki. Swój pobyt już po wojnie w szpitalu w Izraelu. W tym właśnie szpitalu straciła swoje pierwsze dziecko dziewczynkę. Nie pożegnała się z nią kilka dni po porodzie córeczka zmarła. Brak tego pożegnania doprowadził do tego, że po latach dopatrywała się podobieństwa w innych dziewczynach, które mogły być w wieku jej córeczki. Takie miała wrażenie jak spotkała na Uniwersytecie w Tel Awiwie młodą studentkę. Przypominała jej swoją urodą jej nieżyjącą matkę. Duże niebieskie oczy. Pytała ją o rodziców. Po jakimś czasie rozstały się. I za parę lat w pierwszym zamachu Palestyńczyków w Izraelu zobaczyła jej nazwisko na liście ofiar zamachu. Zamknął on jej rozdział. Obecnie Miriam ma 2 dorosłe córki. Miriam wspominała swoje dzieciństwo spędzone w Krakowie na ulicy Łobzowskiej. Miała 11 lat jak to beztroskie dzieciństwo z rodzicami, dziadkami, ciociami i wujkami zostało brutalnie przerwane przez wybuch II wojny światowej.

Rozpłakałam się. Miriam to widziała. Zapytała mnie potem, gdy drugi raz do niej podeszłam i dlaczego tak to przeżyłam. Odpowiedziałam jej, ze moja wnuczka ma obecnie 11 lat. Dom, który kocha pełen życzliwych jej ludzi. Kochających ją rodziców, zwariowanych na jej punkcie dziadków, zwierzaki, które są do niej przywiązane, ciocie, wujków, kuzynki, kuzynów, koleżanki, przyjaciółki. I nagle wyobraziłam sobie, że to wszystko przestaje istnieć dla mojej Oliwii. Jest wyprowadzona z domu do getta. Traci nas wszystkich. Wydaje się to  nie do przeżycia. A jednak Miriam żyje i ma się dobrze. Opiekuje się obecnie chorym mężem. Jednak przez długi okres czasu nie pisała i nie mówiła o tym. Nie mogła i nie potrafiła. Myślała, że nigdy nie powróci do Krakowa miasta swojego dzieciństwa. Po tak okropnych przeżyciach Kraków kojarzył jej się z grobami najbliższych, których kochała i których straciła. Ileż to dziecko musiała przejść i przeżyć. To jest nie wyobrażalne. Przeżyła aby dać świadectwo zbrodni i żeby przestrzegać jako żywy świadek tamtych czasów. Patrząc na nią drobną siwa starszą panią o dużych niebieskich oczach podziwiam jej pogodę ducha i brak nienawiści. Po prostu wspaniała kobieta.
Będąc już z mężem na placówce dyplomatycznej w Budapeszcie (maż jest Żydem węgierskim porozumiewali się w Izraelu jak go poznała w języku niemieckim). Ona znała tylko polski, jidysz i niemiecki a on węgierski i niemiecki. Język ich miłości był językiem ich śmiertelnych wrogów. Z Izraelskim paszportem odwiedziła ambasadę Polski w Budapeszcie i poprosiła o wizę do Polski. Ambasador zdziwił się, ze tak biegle mówi po polsku. Odpowiedziała mu, że urodziła się w Krakowie. Dostała wizę. Pierwszy pobyt był dla niej bolesny. Każdy następny mniej. To ona była jedną z organizatorek Festiwalu Kultury Żydowskiej w Krakowie. Obawiała się, że nie wyjdzie. Wyszło i to jeszcze jak. Cieszy się z tego i jest dumna, że tak dużo ludzi bierze w nim udział, że zatarły się antagonizmy miedzy Polakami i Żydami.

W trakcie odczytu pokazała nam szalik, który otrzymała w prezencie od śp. Marii Kaczyńskiej. Bardzo sobie ceni tą pamiątkę. Po skończonym odczycie zaczęła podpisywać książki. Pobiegłam do MPIku i kupiłam najnowsze wydanie „Moja winnica”.

 

W pewnym momencie Miriam zwróciła się do pani siedzącej na scence koło naszego stolika. Żdana poczekaj na mnie. W tym momencie przeszły mnie ciarki. Znałam, bowiem jedną Żdanę. Żdanę Łukawiecką ,żonę byłego prezydenta Krakowa Józefa Lasoty. Pamiętam ją z czasów tworzenia się Solidarności. Pracowała razem z mężem w krakowskiej Solidarności, której biura mieściły się jeszcze na ulicy Karmelickiej w Krakowie. Żdana parę razy pomagała mi załatwiać sprawy. Była u nas w Brzesku na wyborach do Zarządu służby zdrowia Solidarności w dniu 4. XII1980r. Była u mnie w domu. Długi okres czasu miałyśmy ze sobą kontakt. Pamiętam jak w stanie wojennym jej mąż został internowany. Miała córeczkę. Jednak tempo życia, problemy różnego rodzaju każdej z nas oziębiły nasze stosunki. Wspominając ją w maju zaglądnęłam do Internetu. Wystukałam jej nazwisko i oczom moim ukazał się nekrolog. Żdana zmarła w marcu tego roku. Przeżyłam szok. Było mi strasznie smutno i przykro. Powróciły wspomnienia minionych czasów i chwil z nią spędzonych. Naszych śmiechów i obaw, co dalej?
Pomyślałam o jej córeczce. Obecnie już dorosłej osobie. Zmówiłam zdrowaśkę, bo cóż innego mi pozostało.
Pani, do której tym imieniem zwróciła się Miriam zauważyła moje zmieszanie i zapytała, co się stało. Odpowiedziałam, że znałam jedną Żdanę, Żdane Łukawiecką, która jak się okazało już nie żyje. Pani po chwili odpowiedziała, to była moja siostra. Ja mam na imię Żywia i Miriam zawsze myliła nasze imiona. Po chwili milczenia padłyśmy sobie w ramiona. Rozpłakałam się kolejny raz. Miałam przy sobie cząstkę Żdany. Czy to był przypadek? Tak miało być. Miałam poznać jej siostrę. Przeszłyśmy na ty i wymieniłyśmy adresy. Mieszka w Gliwicach i obiecała, że mnie odwiedzi.

Zaczęłam przy stoliku opowiadać, że w moim rodzinnym domu organizuję z koleżankami comiesięczne wieczory poetyckie, gdzie dziewczyny czytają wiersze swoje, wiersze znanych poetów, oraz że mamy spotkania tematyczne Chopin, Katyń katastrofa 10.IV, b.r. , Papież, szopki krakowskie. Podobało się to siedzącym przy stoliku paniom. Powiedziałam, że muszę zorganizować w Petersówce Wieczór Żydowski.

 

Wtedy nieśmiało odezwała się Jadwiga to ta, która pierwsza dotarła do naszego stolika i powiedziała, że z chęcią do mnie przyjedzie i że u mnie zaśpiewa. Zaprosiłam ją na to spotkanie obiecała, że przyjedzie. Przyjechała na spotkanie, które odbyło się 17. IX. b.r. odśpiewała Rebekę i Modlitwę Okudżawy. Swoim występem uświetniła wieczór, który poświęciłam brzeskim Żydom. Jadzia związana jest z rodziną sp. dr Kaczmarczyka, mojego byłego Dyrektora. Zwątpiłam To nie był przypadek. Wspomniałam mojego byłego Dyrektora, jaki był dobry dla nas pracowników i pacjentów.
 

Do omówienia została starsza pani, którą to osobiście poprosiłam do stolika. Zaczęłyśmy rozmowę. Okazało się, że osobiście zna rodzinę pana Komorowskiego przyszłego Prezydenta. Mieszkała w Poznaniu skąd wyjechała do Niemiec. Obecnie mieszka we Frankfurcie. Przyjeżdża do Krakowa na ten tydzień i zna się osobiście z Miriam. Myślę, że opuściła kraj po 1968r. Przeszłyśmy na ty. Wymieniłyśmy adresy. Postanowiłyśmy wszystkie spotkać się w tej kawiarence przy tym samym zaczarowanym stoliku za rok. Marzę, aby nasze przyszłoroczne spotkanie doszło do skutku.

 

Podeszłam jeszcze do Miriam z nowo kupioną książką i poprosiłam o autograf. Powiedziała mi na pożegnanie, że w lipcu bieżącego rokuj jej wnuk się żeni. Przekazałam na jej ręce płynące z głębi babcinego serca najserdeczniejsze życzenia.

Wszystkie wyszłyśmy ze spotkania zamyślone i niedowierzające w taki zbieg przypadków. Tyle wspaniałych ludzi poznałyśmy, tyle było łez i radości. Tak mało mamy w życiu takich radosnych chwil. Może to nasza wina, że nie umiemy się cieszyć z tego, co daje nam los. Ciągle narzekamy, a przecież jest lepiej. Każdej z nas jest lepiej niż dawniej. Mamy przede wszystkim wolną ojczyznę i wolność słowa a ciągle niedosyt. Przypomina mi się bajka "O rybaku złotej rybce", obyśmy sobie nie zgotowali takiej puenty.

 

Zuzanna Peters - Musiał

30 sierpnia 2010 r.