Pamiętnik Janiny Michałkównej z Okocimia

Pamiętnik 15-letniej Janiny Michałkównej, po mężu Warzecha, pisany w latach 1929-1931, został zamieszczony w Internecie 23 grudnia 2013 r., na stronie Chełmskiej Bibliotece Cyfrowej.

Na 65 stronach pamiętnika, pisanego odręcznie przedstawionych zostało wiele wydarzeń, jakie działy się w życiu jego autorki w tamtym okresie. Czytelnicy pochodzący z Okocimia odnajdą w nim wiele znanych sobie nazwisk, być może nawet i członków swoich rodzin. Jest też parę nazwisk mieszkańców Jadownik i Jasienia. Niektóre osoby autorka wymienia jakby mimochodem, o niektórych pisze bardziej szczegółowo.

A oto lista nazwisk, jakie czytając pamiętnik, udało nam się zauważyć (w kolejności alfabetycznej): Banaszkiewicz (z Jadownik?), Michał Babraj (?), Władysław Bórnóg (Bórnog), Hela Dudkówna, Stefa Dudkówna, Franciszek Dudek, Władysław Dudek, Dzikowski, Stefan Gicala, Golisowa, Gołąbek, Franciszka Gutówna i jej rodzina, Antek Jędrzejczyk, Stanisława Kargólówna, Janek Kalwara (Karwala?), Bronek Kądziołka, Bronek Klich, Franciszka Kotrówna Rozalia Krakowska, Róża Krakowska Kuropatwińscy, Franciszek Legutko, Władysław Legutko, Władka Lewandowska, Bronka Merlakówna (Marlakówna?), Józia Nieciówna z Jasienia, Sady, Skórnóżka (Skórnóg), ks. Józef Stawiarski, Hela Strączkówna, Władysław Stós i jego rodzina, Władysław Szpil, Józef Szydek, Józef Zydroń, Kazek Zydroń, Władysław Zydroń, Adam Wójtowicz, Stanisław Wójtowicz, Agnieszka Zydroń, Stefa Węglowska.

W pamiętniku opisane są mniej lub bardziej szczegółowo następujące wydarzenia:

  • Praca w zakładzie krawieckim Franciszki Gutówny, 

  • Wyznanie uczucia przez Władysława Dudka, Dn. 

  • Całodniowa wycieczka do Krakowa, ufundowana przez Baronową Goetz Okocimską, (20. IX.1930.)

  • Wspomnienia z pogrzebu matki koleżanki, Heleny Dutkównej,

  • Opis pogrzebu "Jaśnie Wielmożnego pana Szambelana Barona Jana Goetza", (24.IV.1931)

  • Poświęcenie Domu Ludowego, wybudowanego przez barona Jana Goetza,

  • Opis pogrzebu Władysława Stósa,

  • Zaloty Kazka Zydronia,

  • Wesele Rózi Krakowskiej i Adama Wójtowicza,

  • Odpust w Jasieniu,

  • Ślub Stanisławy Kargólówny i Michała Babraja,

  • Odpust w Gosprzydowej,

  • Inne.

Pamiętnik jest pisany odręcznie i mieliśmy czasami problemy z odczytaniem niektórych słów. Poniżej zamieszczamy, przepisane do postaci cyfrowej, pierwsze 4 strony pamiętnika. Niestety brak czasu nie pozwolił nam na przepisanie w wersji cyfrowej całego pamiętnika. Liczymy tu na wsparcie i współpracę czytelników. Może znajdzie się ktoś chętny i przepisze resztę wspomnień Janiny Michałkównej? Ułatwiłoby to wielu osobom, szczególnie starszym, ich czytanie.

Do tego czasu zapraszamy do czytania oryginalnego rękopisu pamiętnika, czytaj »

Zbigniew Stós

Mariusz Gałek

3 luty 2014 r.


Aktualizacja 13 maja 2014 r.

Po zamieszczeniu w lutym b.r. rękopisu pamiętnika, zgłosiła się jedna z czytelniczek i zadeklarowała gotowość jego przepisania. Niestety na deklaracjach się skończyło. 

Na szczęście, kolejna czytelniczka (prosiła o nie podawanie nazwiska) poświęciła swój czas i przepisała pamiętnik - zamieszczony poniżej. Przy przepisywaniu pamiętnika na wersję cyfrową zachowano oryginalną pisownię i interpunkcję.

Zbigniew Stós


Dn. 27.VI.1929

Wstęp.

 

Otóż zbieram się do pisania pamiętnika, czyli różnych zdarzeń w moich młodych latach. Proszę Cię Boże dopomóż mi, abym sobie go dobrze ułożyła. Jak to mile będzie, gdy w starszych latach, wezmę ot zeszyt do ręki i zobaczę jak krew moja wrzała i to moje młode serce skakało w moim młodym życiu.

Niema jak młodą panną być!

 

Wszak jestem wolna jak ptak! Tu mogę poskakać, z tym porozmawiać, do tamtego się ośmiać, tego swoją urodą zaślepić, innego wzrokiem lub śmiechem do siebie przyciągnąć, owego znów duszą czyli pobożnością, owego znów duszą, czyli pobożnością i dobrym sercem nawrócić do dobrego, do tej koleżanki lecę, to do Stowarzyszeń należę, to tam jadę, tu mię chwalą, tam mię ganią.

 

Niemaż to jak młodą panną być!!!

 

A więc nie chcąc stracić tej młodości zapiszę sobie ją, bym sobie do końca śmierci ją pamiętała!

 

O! który to człowieku młody będziesz to czytał, bierz wzór! zachęcam Cię! i pisz sobie taki ot pamiętnik jak ja!!! byś nie zapomniał swoich młodych lat, wszak to wielka szkoda!!!

 

Niech żyje młodociane życie!!!

Nie marnujcie młodych lat!!!

 

Janina Michałkówna.

ur. dn. 24.IV.1915 r

wiosce w Okocim.

 

Dn. 27.VI.1929.

 

Jestem teraz terminatorką. Uczę się szyć już od 1 marca u panny Franciszki Gutówny w Jadownikach zaraz przy marmoladziarni. Mieszka niedaleko miasta. Na razie jest mi tam bardzo dobrze. Ma ona matkę, ojca, trzy siostry i brata. Matka jej pochodzi z Uszwi, ojciec z Tarnowa. Ona jest urodzona w Tarnowie, zaś trzy siostry w Ameryce, wszak z Tarnowa pojechali do Ameryki, a braciszek znowu w Jadownikach tu gdzie mieszkają, bo zaś przyjechali z Ameryki.  Cała rodzina tak jak (… ?).  Każde prawie (dzieci) w innej miejscowości rodzone. Szycia ma bardzo dużo, więc gdy Pan Bóg pozwoli i Matka Najświętsza, w której tak ufam, to może jako nauczę się szyć. Wesołe jest tam życie i ruch tam panuje. Jedna siatki robi, druga (…?) te siatki, trzecia znów haftuje lub szyje albo matce pomaga w pracy domowej, braciszek znów uczy się wszak do szkoły zaczyna chodzić, ojciec do pracy idzie. To się pokłócimy to zaśpiewamy, to nas matka znowu pokrzyczy iż nie robimy, wszak jest zła, słowem żyć w młodocianych latach. Wracam do domu szarawym wieczorem.

 

Otóż poszłam dziś doszycia i wśród pracy, śpiewu i śmiechów zleciał nam dzień jak strzała. Mieliśmy śmiechu do syta a wieczorem wszak zobaczyłyśmy pięknego bociana, który kroczył, po mokrej łące i zbierał żaby. Mówiłyśmy że krąży koło nas i chce którejś coś zostawić, bo pewno mu bardzo ciąży. Wieczorem od szycia powracałam z koleżanką Bronką Merlakówną (Marlakówną?), która też chodziła do szycia, tylko do innej miejscowości. Zakończyłam dzień kolacją i modlitwą wieczorną.

 

Niedziela

Dn. 21.VII.1929

 

Wyszłam w niedzielę na przechadzkę po południu. Poszłyśmy obie z Helą Dudkówną: moją koleżanką najlepszą. Spotkałyśmy się z Jankiem Kalwarą, który jest krewny ze mną, ale jakie to krewieństwo to nawet nie wiem, podobno już dalsze. Poszedł on z nami. Za chwilę spotkałyśmy się znowu z Bórnogiem Władysławem, z chłopcem nielubianym przez nas jako też przez inne panny okocimskie, który także przytrzepił się (…) do nas. Spacerowałyśmy tak chwilkę i checowaliśmy, aż z tego do tego, poprzezbywali się Burnóg z Kalwarą, tak co aż się pokłócili.  Więc Kalwara rozgniewany pożegnał się i poszedł sobie. Za chwile pożegnałyśmy się z Bórnogiem i poszłyśmy się same przejść, ponieważ jego bardzo nienawidzimy. Miałyśmy śmiechu z obydwóch ponieważ się im rozchodziło o uniżenie honoru. Poszłam wieczorem jeszcze do Heli, śpiewałyśmy jeszcze trochę, uśmiałyśmy się serdecznie z nich jeszcze wszak to pięknie wyglądało gdy się kłócili. Późnym wieczorem pożegnawszy się z wszystkimi w domu co tam u nich byli i z Halinką wróciłam do domu. W domu pokrzyczeli mię rodzice, żem późno przyszła, ale ja wysłuchałam cierpliwie i poszłam spać.  Szybko dzień przeminął.

 

Dn. 30 VIII. 1929

 

W tym miesiącu odbyło się wesele mojej koleżanki Franciszki Kotrówny, a (także) terminatorki panny Franciszki Gutówny. Hodziła ona tam pół roku do szycia. Miała chodzić dłużej, lecz nie chciała płacić. Zresztą i tak coś w trzy miesiące później odbyło się wesele. Pokłóciły się trochę i na wesele już ich nie prosiła, a gdy chodziła do szycia to mówiła iż będą wszyscy od Gutowej na jej weselu. Miała sobie dać ślubną suknię szyć, lecz też nie dała. Na dobre widocznie pogniewała się. Śmiałyśmy się. Lecz cóż znowu nowego, zobaczymy? 

 

Otóż przychodzę jednego wieczora do domu, od szycia, rozglądam się , patrzę, i oto cóż zobaczyłam?!!  Franciszkę Kotrównę! z swoim narzeczonym, lub też już z swoim mężem za kilka dni. Nazywa się on Józef Zydron a przezwany jest Kurasem. Witam się z nimi i oto co słyszę! Przyszli prosić mamie za kucharkę a mnie za drużkę. Co prawda jesteśmy z nimi krewni nawet jacyś bliscy, bo zdajemi się ale na pewno nie wiem iż ona jest siostrą cioteczną. Ale nic z ich proszenia. Bo jak to mówią żeby nie wiem jak prosili, nawet po rękach i nogach całowali, to jak się niema ochoty iść, to na nic z wszystkiego. Tak samo i my. Mnie mówiła za drużkę z tym Bórnogiem com go już wspominała. Jakżeż miałam iść jak ja go nienawidzę. Jakżeż bym się z nim bawiła na weselu. Za nic w świecie nie dałam się zbić z słowa, nie! Rodzice mi zezwolili, lecz ja nie!  i nie poszłam! Mama także nie poszła bo się jej o coś rozchodziło, tatowi tez mówili o! …ale tata taki chybki. Pożegnali się i poszli z myślą iż pójdziemy. 

 

Wesele odbyło się w niedzielę, po południu o drugiej zdaje mi się był ślub w kościele Okocimskiem. Za najbliższą była Rozalja Krakowska  z Władysławem Stósem. R. Krakowska jest siostra cioteczna moja a także Stós brat cioteczny mój. Drużek miała kilka jako tez i starszych gości. Wesele było dość duże. Naprzód idzie muzyka i gra, basy dudnią a za muzyka postępuje Panna Młoda z bukietem w ręku, z welonem na głowie a także z rozpromieniona twarzą i uśmiechnięta tak, że aż się ludzie dziwowali że taka rumiana i uśmiechnięta jak nigdy taka nie była i pewno nie będzie!!  Tuż za panną młoda idzie pan młody całkiem do niej podobny, nawet tyleż samego zwrostu. Najbliższy i drugi drużba prowadzą pannę młodą a ich drużki pana młodego. Za państwem młodym postępują drużki z drużbami i reszta starszych gości. Ślub mieli dawany przez ks. pr. Józefa Stawiarskiego w tej parafji zamieszkałego. Po przyjęciu tego sakramentu pomodliła się p. mł. przed ołtarzem Matki Boskiej o dobre powodzenie, a ofiarując  bukiet z róż ten co miała Matce B. wyszła z całym orszakiem ślubnym. Szła! lecz już nie jako panna z drużkami pod rękę ja prowadzącymi, lecz jako mężatka już ze swoim mężem.

Byłyśmy z Helą Dudkówną  na chórze a także i kilka innych dziewcząt, wszak miałyśmy śpiewać Wenikreator  lecz nie zeszły się  wszystkie. Należała ona do St.N.M.P. Więc dobrze obserwowałam ten ślub. Wesele tak było ładne, lecz jak słyszałam nic goście na nim nie użyli. Wydała się ona bardzo młodo, bo dopieroż  17-ście lat miała. Gdy zaszłam do szycia na drugi dzień musiałam im od a do zet wyopowiadać wszystko. Jak się odbył ślub, jaką miała suknię i.t.p. Którego dnia był ślub to nawet niewiem,  bo zaraz nie pisałam,  a potem zapomniałam. I taki był ślub i całe wesele.

 

Dn. 5. IX .1929.

 

Dopiero pierwszy raz w moim młodym życiu tak się przytrafiło. Poszłam rano do szycia na ósmą godzinę. Dzień wśród pracy, śpiewu i śmiechu przeleciał jak strzała. Wracałam wieczorem sama.  Tuż w Okocimiu na gościńcu już spotykam koleżanki, które szły na śpiew do pana organisty Dzikowskiego. Poszłam i ja razem z nimi, gdyż także do St.N.M.P. należę, a jak wam wiadomo miałyśmy śpiewać na sumie w kościele. 

Wracam z śpiewu a także ze mną Hela Dudkówna i Władka Lewandowska. Idziemy sobie razem wszystkie trzy spacerem, aż naraz spotykamy się z dorosłymi a to już z najstarszymi ponieważ  już do wojska mieli odchodzić kawalerami i także z Stowarzyszenia a to; z Władysławem Dudkiem, Stefanem Gicalą i Szpilem Władysławem. 

 

I ot jak to się zrobiło? Nas było trzy i ich było trzech. Pobrali sobie, każdy po jednej i dalejże spacerować z nami! My doś głupio zrobiłyśmy żeśmy poszły, wszak była już późna godzina! A to; W. Dudek mnie, S. Gicala Helę a W. Szpil Władkę. Co prawda wieczór był piękny. Sucho było a księżyc nam tak jasno świecił że można było czytać!  Chodziliśmy po tym gościńcu tam i nazad z pół godziny . Idziemy sobie razem oboje, on mię pod rękę trzyma dobrze, wszak ja nie chciała aby mię trzymał, chciałam się wyrwać, lecz sił na tyle nie miałam. Po prostu byłam jeszcze głupia. Miałam zaczęte 15-ście lat, toć nie wiedziałam jeszcze jak się z chłopcami obejść. Tamte dwie były starsze, to były już mądrzejsze. 

 

Idziemy sobie spacerem a on z taką jakąś siłą czy miłością się patrzy na mnie, żem się już nie opierała tylko pod rękę mię prowadził i co mnie przycisnął do siebie to ja mu oczami podziękowałam, lecz nie wiem czy on to rozumiał. Nie wiem co za jakieś zaczarowanie padło na mnie, com się już nie wzbraniała.   Przez ten cały czas cośmy chodzili, patrzył się na mnie; a na zapytanie moje dlaczego się tak patrzysz, nawet  nie rozmawiasz, czy upatrujesz we mnie co? Brzmiała odpowiedź jego: iż dlatego się patrzy bo mnie szalenie kocha i kochał będzie  póki będę żyła, a upatruje we mnie dobrej żony i właśnie ją znajduje.

 

Powiedział iż musi się ze mną ożenić ! Lecz nie wiem czy on to prawdę mówi, wszak chłopcu wierzyć nie trza, lecz jakaś siła zdajemi się przyciąga nas do siebie  i kto wie czy do skutku nie przyjdzie, wszak od młodych lat się kochamy. Nie wiem, czy to dobrze czy źle! Lecz dość tego! myślę  sobie trza powrócić przecież już do domu! Tam rodzice pewno krzyczeć mnie będą: lecz choć kłamać nie wolno, ja zbujam ich, iż dłużej w terminie byłam. Uwierzyć muszą! Choć nie bardzo, bo wiedzą iż do tego czasu nie byłam, lecz ja naprzyświadczam, iż dużo szycia było, nie chcieli mię puścić  i tym  podobnie i krzyczeć może nie będą . Więc nie pożegnawszy się z tamtymi parami, bo gdzieś dali zostali wracam do domu razem z nim. 

 

Nie chciałam bardzo, aby mnię odprowadzał wszak bałam się, aby się rodzice nie dowiedzieli, lecz przymusem odprowadził mię przed ciotkę Stósową, ponieważ dalej nie chciałam, bom się rodziców bardzo obawiała. Tu stanęłam dobrą chwilę i on chciał mię pocałować, lecz ja jakoś odskoczyła i nie dałam się pocałować. Koniecznie domagał się abym ja go ukochała i ucałowała, lecz ja się z tropu zbić nie dała i nie zrobiłam tego. Jużem się wymówić inaczej nie mogła, wszak tak kręcę i na tą i na tą stronę, tu się obawiałam, aby mię ktoś nie podpatrzył i ze mnie się nie śmiał potem, więc mu muwię, iż może  przyjdzie czas puźniej kiedy, iż się będziemy mogli całować i kochać. Tak mówi: chciałbym do tego koniecznie dążyć. Jeszcze wiele innych drobnostek mówił lecz tego już pisać nie będę wszak mi nie opłaca. Jest to pierwszy mój dzień w którym chłopiec powiedział mi, iż mię kocha.  Wieczór ów będę pamiętała.

 

Dn. 20. IX.1930.

Opis wycieczki do Krakowa

 

Otóż wycieczka do Krakowa odbyła się 18 września w której brało udział 21 druchen i wielb. S.S. Karolina. Na godzinę 4-tą zebrałyśmy się w Ochronce, skąd wśród śmiechu  śpiewu, i radości wyjechałyśmy furami   na stację. Do pociągu wsiadałyśmy o godzinie 5,35 min a zajechałyśmy do Krakowa na godzinę siódmą. Ze stacji poszłyśmy najpierw do S.S. Karmelitanek, chcąc zobaczyć ciało Matki Marchocki Karmel. Ale nie zobaczyłyśmy, ponieważ już od 2 mieś. Ojciec św. Zakazał oglądać ciało zmarłej, więc wstąpiłyśmy tylko na chwilę do kaplicy S.S. Karmelitanek. Idąc z powrotem wstąpiłyśmy do kościoła Serca P. Jezusa gdzie odprawiały się właśnie msze św. Potem poszłyśmy na ulicę Straszewskiego i tam w Sekretariacie Związku Krakowskiego czekałyśmy na przewodniczącą. Ponieważ przewodnicząca nie mogła przybyć, więc zastąpił ją przewodnik. Najpierw przewodnik zaprowadził nas na Wawel, jako miejsce mieszczące najwięcej wspomnień i pamiątek. Jest to najdroższa pamiątka całej Polski. U podnóża Wawelu zatrzymałyśmy się chwilę i przewodnik mówił nam o obwarowaniu Wawelu i wskazał nam piękny pomnik Tadeusza Kościuszki, który to siedząc na koniu, w jednej ręce trzyma konia a w drugiej krakuskę trzyma do góry, jak gdyby zachęcał a po prostu witał wszystkich gości wchodzących na Wawel. I nas tak powitał, więc z ciekawością weszłyśmy na dziedziniec.

 

Tu zatrzymałyśmy się i przewodnik objaśniał nam móry Katedry i Wawelu, kto je budował, w jakim stylu którym wieku są budowane, kto je odnawiał i jakie jest pokrycie Wawelu. Katedra posiada trzy wieże, a najwyższa z nich jest wieża zegarowa. Na tym oto dziedzińcu byłyśmy do fotografji. Następnie poszłyśmy przed zamek królewski, gdzie przewodnik objaśniał nam móry zamku. Na zamku wznosi się kilka baszt, między którymi jest baszta nosząca nazwę „Kurzej Stopki” w której to miała być sypialnia kr. Jadwigi. Najpierw zwiedziłyśmy pierwszą świątynię chrześć. W Polsce, która jest bardzo szczupła, mieszcząca u góry dwa małe okienka. Obok można oglądnąć różne stare wykopaliska. Następnie oglądałyśmy zamek wewnątrz, bardzo ozdobne komnaty królewskie, które to niedawno zostały odnowione, gdyż cały zamek po wojnie był bardzo zniszczony. Ściany komnat są przybrane w bardzo piękne ogromne Arasy, różne obrazy, malowidła i rzeźby. Arasy przedstawiają życie biblijne i życie zwierząt. Bardzo dużo arasów zaginęło podczas ostatniej wojny światowej, a niedawno przywieziono kilka z Rosji, które Moskale zabrali. Sala zabaw rycerskich i poczekalnia przedstawiają malowidła zabaw rycerskich i turnieji w dawnych czasach i wiekach. Sala poselska w której zbierali się posłowie, jest nazwana „sala głów”, dlatego ponieważ w suficie mieszczą się głowy królów i znakomitych obywateli między którymi jest także głowa Prezd.Rrzeczp. Ignacego Mościckiego i dwie inne które niedawno zostały tam umieszczone. Z sali poselskiej można zobaczyć południowy widok Krakowa, więc z owego miejsca, przewodnik objaśniał nam, jakie Wierzyce przedstawiają niektóre kościoły, jakie budynki pamiątkowe, również „Kopiec Kościuszki” i.t.d.

 

Dalej zwiedzałyśmy sale (…) zwane salą (…), sypialnie i jadalnię Zygmunta III Wazy, dalej kapliczkę jego, gabinet przyjęć, salę broni i zbroi rycerskich w której mieszczą się szable i miecze złotem i drogiemi kamienimi wysadzane, sztandary polskie i sztandary zdobyte na wrogach. Nareszcie wyszłyśmy stamtąd i znalazłyśmy się w „Smoczej jamie”, do której idzie się 145-ma schodami w dół i w okręgł. Jest to miejsce, które Wisła wyrzeźbiła. Dawniej podobno ukrywał się okrutny rycerz w tej jamie, który napadał na ludzi i mordował więc przezywany był smokiem i dopiero od tego przezwiska nazywa się Smocza jama. Miejsce to ciemne, pełne pięknych i różnych kształtów,  po prostu jak gdyby skał.

Stąd poszłyśmy do Katedry na dzwon „Zygmunta”   który został ofiarowany Katedrze   przez króla Zygmunta I. Waży on 150 cetn.metr. dzwonią nim tylko na większe święta i uroczystości narodowe. Stamtąd widziałyśmy ogólny widok Krakowa. W Katedrze zwiedzałyśmy piękną kaplicę Zygmuntowską, perłę architektury Polskiej, dalej kaplicę Potockich, kr. Zofii kaplicę św. Krzyża i wiele innych, a także groby i posagi królów polskich. Dalej zwiedzałyśmy skarbiec kr. złote monstrancje, kielichy, obrazy, „Monstrancję” wysadzaną złotem, drogimi kamieniami z „relikwią Krzyża św.” Złotem i srebrem haftowaną infułę biskupa Krakowskiego i wiele innych cennych przedmiotów. Także piękne kapy, ornaty, złotem i srebrem haftowane, wysadzane drogimi kamieniami, między innymi ornat kr. Jadwigi nad którym pracowała 20 lat. Dalej zwiedzałyśmy grobowiec kr. polskich. Z Wawelu udałyśmy się do Muzeum Narodowego w Sukiennicach. Idąc, po drodze widziałyśmy teatr Juliusza Słowackiego. W Muzeum oglądałyśmy bardzo piękne obrazy, znakomitych artystów, malarzy polskich. Przewodnik objaśniał nam co przedstawiają poszczególne obrazy. Do najwspanialszych arcydzieł można zaliczyć dzieło Jana Matejki „Hołd Pruski”. Dużo pięknych obrazów przedstawia życie religijne, a do najwspanialszych należą „Pochodnie Nerona”. Godne uwagi są meble starodawne, bardzo misternej roboty i inne bardzo piękne rzeźby. W muzeum znajduje się także sukmana T. Kościuszki, miecze i kosy racławickie i inne piękne rzeczy pamiątkowe. Z muzeum poszłyśmy do browaru Jana Gieca, który to jest niedaleko stacji. Tu dostałyśmy obiad zamówiony przez Panią Baronową Patronkę naszą, za który składaliśmy Jej serdeczne „Bóg zapłać”.

Po obiedzie udałyśmy się przed rondel bramy Florjańskiej, czyli przed Barbakan, skąd widziałyśmy bramę Floryańską. Przewodnik zwrócił nam uwagę na stare móry i baszty jakie dawniej miasto otaczały. Następnie poszłyśmy pod pomnik Grónwaldzki, gdzie przewodnik objaśniał nam, kogo on przedstawia, typy i harakterystykę tych osób. Idąc plantami widziałyśmy pomnik Bochdana Zaleskiego, pomnik kr. Jadwigi i Jagiełły wzniesiony w 500-setletnią rocznicę Unji połączenia Litwy z Polską. 

Nareszcie znalazłyśmy się w bardzo pięknym zakątku Krakowa na plantach, gdzie znajduje się duży staw wśrodku z pięknym wodotryskiem. Po stawie pływały dwa piękne łabędzie, a w wodzie można było zobaczyć duże ryby. Idąc dalej widziałyśmy pomnik Artura Grottgera i pałac sztuk pięknych. Przy każdym pomniku przewodnik objaśniał nam kogo on przedstawia. Dalej zwiedzałyśmy kościuł św. Anny pochodzący z 16 wieku. Znajdują się tam piękne ornamenty i godny uwagi ołtarz Pijeta czyli opłakiwanie Chrystusa. Tu znajduje się grobowiec Jana Kantego. 

Potem znalazłyśmy się na dziedzińcu biblioteki Jagiellońskiej,  gdzie pośrodku stoi pomnik Mikołaja Kopernika astr. geogr. polskiego i tam przewodnik powiedział nam parę słów o biblijotece Jagiellońskiej.  Prawdopodobnie znajdowało się tam mieszkanie J. Kantego. Następnie przechodziłyśmy koło wieży ratuszowej o koło Sukiennic. Wieża ratuszowa, zwana zegarową, odgrywała dawniej tę rolę, co nasz magistrat. Sukiennice założył Kazimierz Wielki, lecz teraz są nowe, bo tamte się spaliły. Dalej widziałyśmy płytę kamienną na którym przysięgał T. Kościuszko. Tu miał stanąć pomnik, tylko powodu braku miejsca został umieszczony pod Wawelem. Z dala widziałyśmy pałac Chrabich Potockich. Następnie zwiedzałyśmy najstarszy z kościołów, mały kościółek św. Wojciecha, znajdujący się w rynku, pochodzi on z 12 – stego wieku. Przewodnik opowiadał nam piękne legendy o tym kościele. W pobliżu kościoła św. Wojciecha stoi pomnik największego naszego wieszcza polskiego  Adama Mickiewicza. Objaśniane miałyśmy, kogo on przedstawia, harakterystykę tych osób i życie A. Mickiewicza. Idąc do kościoła Panny Maryi widziałyśmy dom w którym mieszkał T. Kościuszko, po przysiędze.

Kościół Marjacki jest najwspanialszym arcydziełem świata sięga 1226r. Jest on budowany w stylu gotyckim malował go zaś bardzo pięknie Jan Matejko. Większa korona na wieży Marjackiej waży 400 kg. Największym arcydziełem jest Wielki Ołtarz rzeźbiony  przez Wita Stwosza, pracował on nad nim 12 lat. Jest to ołtarz, trybtykowy, czyli zamknięty, więc wewnątrz nie mogłyśmy go oglądać, gdyż tylko na większe święta i uroczystości zostaje odemknięty. Przy głównym ołtarzu znajdują się 3 przepiękne witraże. Jest pięknu ołtarz P. Jezusa ukrzyżowanego, rzeźbiony także przez Wita Stwosza i wiele innych ołtarzy i kaplic, między innemi godna uwagi kaplica M. Boskiej Loretańskiej.

W kościele Marjackim powtarzał jeszcze raz swą przysięgę w obliczu Boga T. Kościuszko. Dalej zwiedzałyśmy kościół pod wezwaniem św. Franciszka z Asyżu, fundowany w 13-stym wieku przez kr. Bolesława Wstydliwego. Mieści on dużo nagrobków i bardzo piękne witrarze. Na środku kościoła znajduje się grób bł. Salomei. Naokoło kościoła znajdują się krużganki Franciszkańskie mieszczące w sobie dużo pamiątek i portretów. Potem zwiedzałyśmy kościół O.O. Dominikanów, jedna ze wspaniałych świątyń Krakowa, zbudowaną w 13 wieku. Przy wielkim ołtarzu znajduje się nagrobek kamienny Leszka Czarnego. Na większą uwagę zasługuje kaplica Męki Pańskiej i kaplica M.B. Różańcowej. Są tu także krużganki, mieszczące piękne obrazy z życia O.O. Dominikanów. Więcej nie zwiedzałyśmy, bo już robiło się ciemno, więc przewodnik pożegnał się z nami, a myśmy poszły do Sukiennic na chwilę, a z tamtąd na stację.

Na stacji siadałyśmy o godz. 8-mej i w śród rozmów i śpiewu w pociągu, zajechałyśmy na Słotwinę na 9,50 min, zaś domu powróciłyśmy na 11-stą godzinę. Tak zakończyła się nasza wycieczka, pozostawiając nam bardzo miłe wspomnienia i wiele cennych wiadomości. Zaś najserdeczniejsze podziękowanie składałyśmy zacnej naszej Pani Baronowej Patronce, za opiekę i trud poniesiony dla nas, jak również za ofiarność Pani Baronowej Patronki. Składałyśmy serdeczne i starodawne „Bóg Zapłać”

 Dn. 22.IX.1930.

 

Był to poniedziałek. Poszłam sobie do szycia jak zawsze chodzę, z dobrą myślą, iż będę im opowiadać o wycieczce. Tymczasem inaczej było. Po wycieczce nie byłam tam dwa dni, a to piątek i sobotę, ponieważ byłam zmęczona i znowu jakąś pracę miałam wykonać w domu. Więc zachodzę, mówię „dzień dobry” a oni zamiast odpowiedzieć, to skoczyła na mnie majstrowa z taką złością, jakby poprostu zjeść mnie miała i rzekła: jakeś sobie nie była w tamtym tygodniu to i teraz nie musisz chodzić! Nie potrzebuję cię wcale! Ja oczy wystawiam co się stało, i opamiętawszy się z tego przelęknięcia, iż tak krzykła, mówię cicho i spokojnie, iż nie mogłam przyjść, bo byłam słaba po wycieczce. 

 

Co mnie to obchodzi! Mogłaś się przyjść zwolnić! krzyczy! Ja miałam szycia masę w tamtym tygodniu, więc byłaś mi potrzebną! Proszę pani! z łóżkiem miałam przyjechać do pani i zwolnić się dopiero? odpowiadam nadal spokojnie. Zresztą i tak tydzień wcześni mówiłam, iż pojadę w któryś dzień na wycieczkę, to w ów dzień do szycia nie przyjdę. A że byłam po wycieczce zmęczona więc jakżeż ja mogłam przyjść i szyć? Szyłabym i prułabym, bo słaba byłam więc nie potrafiłabym szyć. Nic mnie to nie obchodzi! nie potrzebuję cie teraz, krzyknęła, Aż nogą tupła i oczy omało płomieniem i nie zaszły, omało się nie rozpłakała, Myślała, iż ja jej do nóg będę padać, za kolana ją trzymać i błagać ze łzami:  Niech mnie pani nie oddala, już nigdy dnia nie opuszczę. Lecz ja nie głupia! pomyślałam sobie tylko, wszak jużem się nie odzywała, bom się obawiała, aby się nie rzuciła na mnie, iż jeszcze mnie prosić będzie! abym ja jej pomogła! Niech mnie zawczasu nie wygania! bom nic nie zawiniła. 

 

Nie, to nie! ustąpiłam spokojnie nie kłóciwszy się. Powiedziałam „do widzenia” i poszłam sobie spokojnie z uśmiechniętą twarzą iż skończyłam już ten po prostu, lecz nie powiem jaki termin. Z początku, nie powiem, było mi bardzo dobrze, gdym ja jej pieniądze dawała, lecz gdym za darmo już chodziłam, nie płaciłam jej, ona wówczas się wściekała, piorunów i różnych przekleństw spadło masę na dzień. Lecz ja se nic, a nic, z tego nie robiła. Nawet, choć tak piorunowała na różne sposoby, to taka jakaś byłam, iżem nawet tych przekleństw nie nauczyła się. Czasem nawet w tej jej złości, powiedziałam jej:  oj pani bo za te przekleństwa, kiedyś bardzo karaną pani będzie. To niech będę! odpowiadała i uciszała się. Czwarte pół roku miałam chodzić za pieniądze. Ona mi miała płacić. Lecz wściekała się, iż mi miała płacić. Tak nie mogąc mnie inaczej wygnać, wszak jej nie wolno było mię wypraszać bo taka była zgoda, tak na te dwa dni weszła com je opuściła, dopiero mię wygnała. Ja nie kłócąc się ani nawet nie dziękując za naukę poszłam. 

 

Ależ to byłam ucieszona, gdy przyszłam do Okocima, gdyż tam już nijak nie mogłam wysiedzieć w tych piorunach, a znowu strasznie tęskno było mi za Okocimem, iż ja w dzień nie mogę być w domu, w tym swoim rodzinnym gniazdku i  rodzinnej wiosce. I doczekałam się iż już będę, a na razie jestem. Jej matki w domu nie było, bo byłaby mnie tylko pokrzyczała i do domu była bymi nie dała iść. Lecz Bogu Najwyższemu i Matce Najświętszej dzięki składam iż się tak stało.

 

Dn.28.IX.1930.

 

W tym dniu przypadła niedziela. Niedługo czekałam i spełniły się moje myśli, a mianowicie to: „iż prosić mię będzie, abym jej pomogła, niech mię nie wygania zawczasu”. Było to tak. W niedziele po południu, poszła mama tam do Gutowej. Poszła, niby to podziękować za naukę, a przy tem dowiedzieć się, co też było tam mówione. Zaszła, a stara Gótowa i majstrowa proszą, abym przyszła, iż mię przyjmą, i majstrowa w złości tak powiedziała, bo była zdenerwowana na kogoś. Gótowa mówi: iż Frania myślała, gdy ją tak okrzyczy, to ona nie pójdzie do domu, tylko ja przeprosi. Tymczasem inaczej się stało; mówi: nie tak jak ona sobie myślała. Więc mówią iż miały przyjść po mnie, abym jeszcze przyszła, bym się nie gniewała, i wiele jeszcze innych rzeczy mamie nagadali. Mama przyszła i dalejże na mnie, dlaczego nie przeprosiłam i żebym jeszcze poszła do szycia. Lecz ja odpowiadam: mogła mię wyścigać jak psa bom jej nic winna nie byłam, a gdy mię wyścigała, niech teraz o mnie nie prosi. Jeszcze będzie mama widzieć, iż po mnie na miejsce przyjdą, lecz ja i tak nie pójdę. Na pewno już lecą! odpowiada mama. Przekona się mama, odpowiedziałam i poszłam spać.

 

Dn.3.III.1931.

 

Dawno nie pisałam, bo nie mogłam wszak byłam w zajęciu i znowu takie coś, co i nie chciało misie pisać. W tym otodni odbył się pogrzeb matki mojej koleżanki, Heli Dudkównej. 

Biedna, została sierotą, bez ojca, bez matki gdyż ojciec zginął na wojnie. Pogrzeb miała szliczny, zrobiony przez dzieci. Masę ludzi było prawie z całego Okocima, gdyż kobieta była lubianą przez wszystkich parafian tutejszych. Byli także i obce ludzie. 

Wieńców miała kilka. Jeden miała ofiarowany przez pracownice z drożdżowni wszak ona także była tą pracownicą. Drugi miała ofiarowany przez młodzieńców z Stowarzyszenia, gdyż zmarła była lubianą przez tych chłopców, a znowu byli kolegami ich dwóch synów. Resztę wieńców nawet nie wiem skąd było, zdaje mi się iż znowu od dzieci.

Cóż z tego, starszego syna który był lubiany przez śp. Dudkową nie było na pogrzebie. Jest on przy wojsku aż w Poznaniu więc nie zdążył przyjechać. Ksiądz był po ciało na miejscu. Mszę miała bardzo ładną. Na tej oto mszy św. śpiewali młodzieńcy z St. Tak z domu, jak i na cmentarz nieśli ją także kawalerowie. 

Cały orszak żałobny powrócił do domu. Wszystkie córki, a jest ich trzy krzyczały, strasznie. Syn Franek, jemu to boleść przeżynała serce lecz nie pokazywał tego. Jako mężczyzna wstrzymał płacz, lecz szczęki jego, bladość i wzruszenie pokazywały żałość jego. Biedny syn Władek przyjechał, lecz już po pogrzebie było. Jak to przykro było mu zapewne, gdy wszedł do domu i matki nie zastał. Odjechał, jeszcze matka w łóżku leżała chora, a przyjechał to jej nawet w trumnie nie zastał. Poszedł na grób i tam podobno płakał. Została cała rodzina pogrążona w smutku i żałości.

 

Dn. 25.III.1931.

 

I znowu spełniły się moje słowa wyrzeczone a to: iż przyjdą po mnie na miejsce. I przyszli. Wieczorem ja sobie szyję coś, aż tu słyszę pukanie. Mówię, proszę i co widzę? Oto wchodzi P. Gut z swoim syneczkiem, gdyż on go tu przyprowadził. Przyszedł prosić, abym przyszła pomóc szyć, bo mają masę, to mi zapłacą. Lecz ja powiedziałam, że nie pójdę bo jestem chora, a gdy wyzdrowieję to przyjdę. No dobrze tylko przyjdź. Posiedział troszkę poopowiadał coś nie coś i poszedł. Widzisz mamo czym nie prawdę mówiła, iż kto przyjdzie? Mówię gdy odszedł. Co prawda chorowałam wtedy na mums więc jeszcze chora byłam. Lecz gdybym była nawet zdrowa tobym była i tak nie poszła. I niedługo czekając doczekałam się iż przyszli po mnie.

 

Dn. 24.IV.1931.

 

Dnia tego gruchnęła w naszej wiosce Okocimiu straszna wiadomość, a to: iż dnia 24 IV wieczorem o  10-siątej godzinie zmarł najmożniejszy i najzacniejszy człowiek, opiekun całej wioski, a to: Jaśnie Wielmożny Pan Szambelan Baron Jan Goetz (czyli Giec) Okocimski. Człowiek był to bogaty i znany prawdopodobnie na cały świat. Gdyż miał on fabryki to przez odsyłanie wszystkich produktów mógł się zapoznać w całym świecie. Miał on też fabrykę w Okocimiu, fabrykę drożdży, piwa i.t.p. więc prawie cały Okocim pracował u niego. Więc też każdy go żałował boż był to człowiek nadzwyczaj dobry, zmarł w nietak późnym wieku, boż dopiero w 55tym czy 65tym. Tego na pewno niewiem. 

 

Pogrzeb odbył się w trzeci dzień po śmierci a to w poniedziałek. Przez całe dwa dni leżał w kaplicy w swoim pałacu. Pogrzeb odbył się piękny mimo iż zmarły niechciał żadnych wymysłów. Trumnę kazał sobie zwykłą sosnową, tak jak każdy prosty chłop i spełniono jego życzenie, taka była. Ludzi była straszna masa. 

 

Robotnicy z Browaru wszyscy byli. Wieziony był na platworni przywiązany pasami. Wieńców nie można było nawet zliczyć bo się ciągły i ciągły. Kilka dziesiąt wieńców nieśli mężczyźni a resztę było podobno wiezione. Jam nie widziała jak tam było: ponieważ dziewczęta z Stowarzyszenia miały śpiewać, więc musiałyśmy iść do kościoła, bo później byłybyśmy nie weszły. 

 

Z pałacu wynieśli go podobno lokaje i urzędnicy. Naprzód szedł krzyż i chorągiew czarna i zdaje mi się iż także sztandary czarne chłopców i dziewcząt, potem wieńce i wieńce potem znów zakonnic coś 16-20 z jednej i z drugiej strony drogi potem zaś księży 16stu wśród nich 2-ch biskupów. Za nimi ciało zmarłego na platformie, koło platworni z jednej i drugiej strony szli strażacy. Za zmarłym postępowali w strasznym żalu cała rodzina zmarłego, aha, a naprzód szła Jaśnie Wielmożna pani Baronowa Szamb. z synem synową potem córki wnuki i.t.d. 

 

Za tymi dopiero kroczyli grupami a to: podobno: urzędnicy, cały browar; Warzelnia, ślusarnia, flaszkownia, drożdżownia i.t.d. rolnicy i reszta ludzi. Była też cała orkiestra jaśnie wielmożnego zmarłego Jana Gieca Barona, z różnych wsi różne stowarzyszenia acha jeszcze dzieci szkolne okocimskie i znowu wszystkie dzieci studentki studenty z Brzeska, szli parami obok których szło nauczycielstwo. 

 

Weszli tylko do kościoła najprzód zakonnice, księża z biskupami, ciało zmarłego, cała rodzina zmarłego, i trochę urzędników i już był pełny kościół, acha jeszcze najpierw na chór weszli studenci bo też mieli śpiewać. Kościół cały był żałobny, nawet świece przybrane w żałobne kokardki z bukiecikami tak na katafalku jak i na ołtarzach. Zostało odprawione 16 mszy św. czy 18 przed trzema ołtarzami, na której z jednej mszy myśmy śpiewały żałobne pieśni, a na mszy biskupa śpiewali studenci z Brzeska. 

 

Po odprawieni mszy św. biskup z diecezji tarnowskiej miał modlitwy przed zwłokami zmarłego, oraz na ambonie pożegnalne kazanie. Kazanie miał piękne i tak żałosne że prawie wszyscy ludzie zgromadzeni w kościele płakali. 

 

Po kazaniu odprawiane były wilje, modlitwy i znowu biskup miał długie modlitwy a potem jak zawsze pokropienie i dalsze obrządki przed zwłokami zmarłego. Po wszystkich już obrządkach wynieśli ciało panowie do grobowca. Wyszłyśmy z kościoła lecz niestety już nic nie widziałyśmy, gdyż całą masą narodu obstawiony był kościół w około. Wśród modlitw i żałości zostało pochowane ciało Jana Gieca do podziemia kościelnego czyli grobowca rodzinnego. 

 

W tym dniu nasz ukochany Okocim stał się chwilowo małym miastem, gdyż ałt różnych, powozów, fijakrów, rowerów była wielka liczba, a do tego nieprzeliczona masa ludności z wszystkich zakątków ziemskich. Naraz potem wszystko ucichło i zamiast miasta został cichy, spokojny i na dłuższy czas żałobny Okocim.


Dn. 17.V.1931.

Otóż dnia tego został poświęcony przez ks. Józefa Stawiarskiego „dom ludowy” wystawiony jeszcze ręką zmarłego Jana Gieca. Otóż nie jego ręka wystawiła lecz jego pieniądze. I gdyby był żył byłoby piękne a zarówno wesołe poświęcenie gdyż z muzyką i z zabawą. Lecz niestety gdy tak „Bóg” zrządził niech się dzieje wola Jego. Z powodu żałoby było skromne poświęcenie.

Po sumie poszłyśmy my dziewczęta i chłopcy z swymi sztandarami oraz reszta ludności do domu ludowego. Stanęliśmy na podwórzu i zaczekaliśmy na państwa Baronów młodych. Gdy przyszli, oba sztandary stanęły wraz i ksiądz pokropił całkiem skromniutki ten śliczny budynek. Podczas pokropienia z ust każdego człowieka wydobywała się gorąca pieśń „Kto się w opiekę”. Po pokropieniu już wszystkiego weszłyśmy do jednej z sal i tam Pan Baron rozpoczął przedmowę iż przez śmierć ojca nie ma nic nijakich wymysłów. Potem miał przedmowę P. Sady zastępca wójta czyli pana Barona młodego Antoniego, a na ostatku Józef Gołąbek dyrektor szkoły Okocimskiej i na uczczenie zmarłego było pięciominutowe spokojne cichutkie milczenie. A potem wszystkiem rozeszliśmy się do domu.

Dn.25.V.1931.

Był ten dzień bolesny dla naszej rodziny, gdyż rano o 5-tej godzinie zmarł mój wujek dobry człowiek Władysław Stós. Chorował on ze trzy miesiące lecz prawie nic nie leżał tylko chodził. Zdawało się iż wyzdrowieje lecz niestety śmierć go zabrała stąd. W latach nie tak wielkich gdyż w 50-sieci dopiero.

Pozostawił żonę i trzech synów w żałości strasznej. Jeden został na stałego przy wojsku, drugi poszedł tuż w kwietniu do wojska, a trzeci najmłodszy był przy rodzicach. Pogrzeb odbył się całkiem skromny w trzeci dzień rano. Ksiądz wyszedł tylko przed cmentarz po ciało gdyż na miejsce nie chciał przyjść bo trochę zamało pieniędzy mu ciotka dawała.

Na pogrzeb przyjechali obaj synowie więc byli wszyscy. Ludzi było dużo. W kościele została odprawiana msza św. wilje. Po pokropieniu ciało wynieśli synowie wszyscy trzej i czwartego se dobrali na cmentarz, po odśpiewaniu modlitw przy grobie wśród płaczu matki, rodziny także i synów spuścili ciało do grobu.

Po pogrzebie odbyła się w domu konselacja, był odmawiany różaniec za zmarłego wujka. I tak wśród strasznej żałości została nie tylko matka i synowie lecz cała rodzina, gdyż człowiek był to bardzo dobry. Wieczny odpoczynek i światłość wiekuistą niech mu „Pan Bóg” da.

Dn. 10.VI.1931.

Ha, ha, dzień odpustowy przeszedł pięknie. Po południu rodzice moi poszli na wesele Banaszkiewicza wdowca, gdyż mieli zaproszenie. Wesele było w Jadownikach.

Więc zostałam w domu z bratem 6-letnim gdyż nas więcej nie ma. Siedzę wieczorem w domu sama niby z braciszkiem, już miałam iść spać bo mi się przykrzyło, była godzina 8 lub wpół do dziewiątej aż tu naraz wchodzi P. Golisowa z uśmiechem na ustach z radością w oczach i mówi iż mi niesie prezent z odpustu, i śmieje się. Ja zgłupiałam, bo skądbym się domyśliła iż mi jakiś prezent niesie i pytam się jej  skąd? od kogo?

A ona w śmiech i mówi iż od chłopczyka. Pytam się jej od którego? lecz ona nie chciała mi powiedzieć, ale po długich napięciach powiada iż od Kazka Zydronia niesie mi czekoladę i trochę cukierków lecz cukierków mi nie niesie bo zjadła z bratem z rodzicami i  mężem.

Tak! odpowiadam to ja będę prezenta dostajać  a wy mi będziecie zjadać i buchłam śmiechem to ja teraz prezenta nie biorę, bo jedno mówię iż nie cały a drugie iż mógł sobie sam przyjść, i dać mi a nie przez kogo. Lecz ona mówi iż on się wstydził przyjść, mówi co! jak chłopak daje to i bierz! głowę mu bajchluj, aby inne jeszcze kupował.

No i czekoladę z śmiechem wziełam pośmiałyśmy się trochę i poszła do domu. Ledwo ona wyszła, już mam iść się  założyć, gdy tymczasem słyszę pukanie. Przelękłam się, bo myślę, kto też teraz idzie jak tu rodziców nie ma. Mówię proszę! patrzę i oto widzę dwóch młodziutkich kawalerów, a to: jeden Władysław Zydroń, drugi Bronek Kądziołka.

Aż zdziwiło mnie i trochę się zlękłam poco oni przyszli? Lecz przywitali się, ja poprosiłam ich do usiądnięcia, no i zaczęliśmy rozmawiać. Ja później ich przeprosiłam, wyszłam na pole się wyśmiać bo nie mogłam się wstrzymać ze śmiechu, a wiecie z czego? Otóż z tego, gdyż nie chcący a naumyślnie zobaczyłam po płaszczem W. Zydronia takie coś jak serce z odpustu. I nie omyliłam się, bo otóż gdy weszłam leżało ono na łóżku w papierze owinięte, lecz ja udałam iż go nie widzę.

Porozmawialiśmy jeszcze trochę posiedzieli jeszcze trochę i poszli. Ja udawszy iż do ostatka nic nie widziałam pożegnałam się z nimi. Gdy poszli już sama do siebie w wielki śmiech uderzyłam. Iż mało z nim rozmawiam a serce mi na miejsce, umyślnie przyniósł. Dzień odpustowy zakończył się przynoszeniami prezentów! Ha! ha! ha! ha! ha!                                                                                                                                         

Dn.30.VIII.1931.

Ha! ha! nie ma jak tak! Po weselach sobie chodzę i dobrze mi jest, tak ludzie powiadają. Zarabia i nie ma gdzie pieniędzy podziewać więc musi na wesela chodzić. Boże kochany! co do tego po weselach się nachodziłam, aż drugi raz dopiero.

Zarabia, pieniędzy nie ma gdzie podziewać więc musi chodzić! Co prawda! Jestem teraz szwaczką czyli krawczynią, szyję na swoją rękę w domu. Dobrze mi się powodzi zarabiam dobrze. Lecz znowu tak iżbym pieniędzy nie miała gdzie podziać ho! ho! to znowu tak niema dobrze. Bo zawsze się dziura jakaś na nie znajdzie. Zresztą ja pieniędzy nie mam przy sobie tylko mamie oddaję więc taż mama nimi rządzi a nie ja. „Bogu Najwyższemu” dzięki, gdyż ulżyłam trochę rodzicom już nie nakładają na mnie pieniędzy, więc też cieszę się iż „im” mogę dopomóc. Chcę jak najwięcej im ulżyć abym im tak już nie ciążyła.

Aże na wesele poszłam, to znowu nic złego się nie stało. Bo jak prosili to trza nie odmawiać tylko iść! Bo może na cię taka kolej spadnie iż będziesz potrzebować gości, a nie będzie chciał ci nikt przyjść, więc też co będzie.

Więc też i ja nie pogardziłam tylko za pozwoleństwem rodziców poszłam, było to dnia 25.VII.1931r. Wczas rano zebrałam się a to już o godzinie 5tej byłam gotowa gdyż ślub miał być o godzinie wpół do ósmej, a że goście i państwo młodzi daleko od siebie mieszkali więc musieli wcześniej wszystko rozpocząć.

Było to wesele Rózi Krakowskiej mojej siostry ciotecznej, która oddała rękę Adamowi Wójtowiczowi. 5-ta godzina wybiła i przychodzi po mnie drużba. Juzef Szydek już to poraz drugi z nim idę na wesele. Przyniósł wódkę, popiliśmy, co prawda ja nie bo nie mogę używać, bo mi szkodzi na zdrowiu, tylko rodzice i po krótkim czasie poszliśmy. Spotkaliśmy się z muzyką, która czekała na starostów, a to na Kuropatwińskich, którzy mieszkali niedaleko nas i poszliśmy razem.

Po zebraniu się gości u panny młodej i po błogosławieństwie ruszył cały orszak weselny piechotą do kościoła. Drużek miała 13-ście a starszych gości było 50-ci.

Ślub odbył się w Okocimiu w kościele parafialnym dawany przez ks. Józefa Stawiarskiego tutej obecnego. Młodzież męska czyli z stowarzyszenia zaśpiewała podczas ślubu „Venikreator” i „Pod twą obronę”.

Po skończonej mszy wyruszyliśmy napo wrót do domu panny młodej i tam odprawiła się dopiero uczta weselna. Weszliśmy do stancji i o dziwo! zobaczyliśmy stoły ułożone w kształcie podkowy, nakryte serwetami bieluchnymi i uginającymi się po prostu pod różnymi smakołykami. Pyszniły się między nimi śliczne złotawe buchty ułożone pod pękami bukietów kwiatowych. Ciastka z taką miną przychlebiającą się patrzyły na gości iż każdy je musiał przybliżyć do ust. Flaszki z różnymi trunkami wywyższały się i pyszniły między innemi smakołykami iż każdy z gości a zwłaszcza z męszczyzn chwytali je do rąk i pobrzękując kieliszkami wyprużniali je. I znowu stanęły na stole, lecz nie z dumą bo próżne były tylko z smutkiem i złością gdyż każdy nimi tylko potrącał i odżucał na bok.

Po śniadaniu skończonym na którym była bieluchna kawa lub kto chciał, herbata i placki mieszanina z chlebem i różne drobiazgi, zaczęli goście bawić się rozśmieszającymi mowami i różnymi figlami i śpiewami.

Zaczęliśmy tańczyć lecz dopiero o 12-stej godzinie, gdyż wcześniej nie mogliśmy gdyż odprawiała się suma w kościele. Więc nie chcieliśmy znieważać wiary katolickiej.

Acha! wnet po śniadaniu odbyła się fotografia. Fotografistka przyjechała na miejsce. Odbyła się ona na podwórzu za domem do której stanęli wszyscy goście wraz z państwem młodym.

Później dopiero zaczęliśmy się bawić. Podczas tańcu zemdlał najbliższy, lecz wniedługo dokrzysili się go. Najbliższym był brat pana młodego Stanisław Wójtowicz. Bawiliśmy się ładnie tańczyliśmy do 8-mej godziny wieczór gdyż później naschodziło się dużo chłopców nieproszonych a zwłaszcza jadowniczaków wię obawiali się aby nie było bitki. Więc przy piwku i różnych plackach siedzieliśmy dróżbowstwo i starsze goście do północy. Drużki i drużbowie zebraliśmy się w jednej stancji i wśród śpiewu śmiechu i rozmów zleciał czas szybko.

Pożegnawszy się poszłam z drużbą i razem z mamą, gdyż mama była za kucharkę a razem znowu i Milka Zydroniówna z swoim drużbą Frankiem Legutkiem do domu. Przyszliśmy do na wpół do dwunastej. Wesele było piękne i ja się też dobrze ubawiła…                                                                                                                                   

Dn.15.VIII.1931.

Przypadała w tym dniu uroczystość „Matki Boskiej Zielnej”. W ten uroczysty dzień odbywa się odpust w Jasieniu, na który to wybrałyśmy się: ja, ciotka Skórnóżka wdowa młoda siostra mojej mamy i Agnieszka Zydroniówna koleżanka. Dzień był piękny ciepły, a do tego powiewał wietrzyk miły więc nam gorąco nie było.

Bardzo lubię tam chodzić na odpust wogóle cały niemal Okocim tam chodzi, gdyż ukochana jest przez naszą wioskę „Matka Boska”. Zaszłyśmy tam na zaczęcie kazania. Kazanie było piękne wygłoszone na polu przez jakiegoś księdza dla mnie nieznanego.

Po kazaniu odbyła się uroczysta „suma” której to wysłuchałyśmy stojąc na podworcu kościelnym. Narodu była straszna masa a nie brakowało także kramarek i ogórków kiszonych! Ha! ha!

Po skończonej sumie oraz procesji udałyśmy się z powrotem do domu. W drodze spotkała nas oczekująca już na nas Józia Nieciówna z Jasienia. Zaprosiła ona nas na obiad. Poszłyśmy.

W drodze do Józi napotkałyśmy na jakiegoś znajomego chłopca Józi, który towarzyszył nam. Nareszcie zaszłyśmy gdyż kawał drogi do niej było. W izdebce małej lecz schludnej i czyściutkiej zasiadłyśmy do obiadu przy stole nakrytym serwetą. Na pierwsze danie miałyśmy rosół z ziemniakami. Potem po kawałku mięsa gotowanego z pyszną mizerją ze smietaną której to mizerji zjadłam talerz pełny. Na trzecie zaś danie dostałyśmy czubaty talerz krajanych klusek maszczonych chwest, których to nikt się nie tknął bo gdzież ten przysmak po pysznej mizerji. Po obiedzie dostałyśmy piwa, a na deser placki.

Posiedziałam tam ze dwie godziny i dostawszy bukiet z georginii poszłam do domu. Tamte jeszcze zostały lecz ja musiałam lecieć bom musiała jeszcze upiąć welon pannie młodej. Kawał drogi odprowadziła mnie Józia. Przyszłam do domu była może godzina 4-ta. Dzień przeleciał jak strzała.

Dn.16.VIII.1931.

W tym oto dniu a była to niedziela odbył się ślub Stanisławy Kargulówny z Michałem Babrajem. Na tym weselu miałam być za drużkę a niby nie miałam być. Rano wstałam wcześnie i taka nie ubrana poszłam upiąć ten welon jej do reszty z ta myślą iż za drużkę nie pójdę.

Tymczasem stało się inaczej. Kończyłam ją ubierać gdy nadeszła muzyka z panem młodym drużbami i innymi gośćmi. Przyszli drużbowie lecz niestety drużek nie mieli. Więc cóż robić. Jak zaczęli państwo młodzi prosić mamę aby mi koniecznie pozwoliła, gdyż mama tam była, bo była za kucharkę, tak z niechęcią wielką pozwoliła mi. Ja nie miałam wcale ochoty iść gdyż dopiero byłam i znowu  był taki drużba co go nie nawidziłam. Lecz przyszedł drużba a był Bronek Klich, do domu przyniósł wódkę i ja miałam nadzieję iż mi tato nie pozwoli więc byłam ucieszona, lecz jakby tatę odmieniło z wielką radością kazał mi iść.

Byłam wściekła! lecz cóż zrobić. Zebrałam się, bukiet na prędkiego ciotka Stóska mi zrobiła, drutem takim byczym podobno go związała i jakąś starą wstążką obwiązała. Przypięłam mu a w duchu myślałam że: Masz pierniku (…?) kawałek drutu za to iż z tobą idę na wesele. Już mam iść lecz patrzę się jak się będzie żegnał. Pocałował jedną ciotkę i drugą w rękę. Następuje kolej na tatę. Oczy rozwarłam szerzej i patrzę. Dochodzi, rękę podaje pochyla się niżej i w rękę też całuje, a tato jak tato zawsze dowcipny trochę podpity trochę wesoły powiada sobie po wniosku: „Ej, cegóz mię całójez przeciez ja nie baba”. Jak nie dam susa na pole, jak parsknę śmiechem na całe usta, a ciotki wybiegły za mną i karcą mię abym się wstrzymała, a same się śmieją aż drybcą i mówią, ale śmoknął, tylko mlasło.

Nareszcie poszliśmy. Ślub miał się odbyć przed sumą; lecz niestety! zaszliśmy już późno, akurat na kazanie, które było wśród mszy. Nie zaczekaliśmy w babińcu aż się kazanie skończy tylko poszliśmy. Jesteśmy w połowie kościoła, aż tu naraz ksiądz krzyczy z ambony stanąć. Na jeden raz, jakby w marszu, wszystko stanęło, do taktu ucięło! Nie przeszkadzać mi groźnie krzyczy. Jakeście późno przyszli, teraz stójcie! czekajcie wy! na mnie! teraz jak ja czekałem na was!

Po skończonej sumie czekamy i czekamy aż ksiądz wyjdzie dać ślub, a tu jak go niema, tak go niema! Zaczęliśmy się niecierpliwić, aż nareszcie poszedł raz i drugi ojciec pana młodego, dopiero ledwo ksiądz przyszedł, i powiedział mi żebym na was nie zważał jakbym ślubu jeszcze nie dał, niechby byli czekali dokąd mnie by się podobało, za to iż ja ich tak prosił by się nie spuźnili a oni się nie stawili. Ślub odbył się w naszym Okocimskim kościułku przez obecnego nam tu księdza J.S. Ha! ha! mieliśmy my i wszyscy ludzie do gadania że im to tak ksiądz zrobił.

Nareszcie wygłodzeni znajdujemy się w domu panny młodej przy stołach nakrytych lecz nie bieluchnymi lecz dość brudnymi serwetami. Podano nam obiad rosół z ryżem i kapusta z ziemniakami, kiszką i kawałkiem mięsa pieczonego. Acha, przed i po obiedzie była wódka a na stołach stały placki i ciastka.

Po skończonym obiedzie uprzątnięto stoły i zaczęliśmy tańczyć. Ach, co ja miałam z tym drużbą. Nie mogłam nijak z nim tańczyć, strasznie mnie plecy bolały. Od siebie szeroko mię trzymał, pewnie z metr, i niech grają jak chcą, polkę czy tam walca lub inne zawsze jednakowo tańczy. Zawsze tylko dryb, dryb, dryb, dryb. Bawiliśmy się ładnie, ja od drużby uciekała, tańczyłam ze wszystkim, i byle tylko nie z nim.

Najbardziej ubawiłam się z najbliższym Władkiem Legutkiem, gdyż on się ze swą drużka nie bawił, bo był taki zadowolony z niej, jak ja ze swego drużby. Po południu odbyła się fotografia, a wieczorem zaczęli się bić i już z drużbą i mamą poszliśmy do domu a razem z nami Antek Jędrzejczyk i Józek Szydek.

W domu posiedzieliśmy chwilę, a potem wszystko się rozeszło. Wesele było do niczego: Jeść nic nie chcieli dawać, a piwa to już nikt nie zobaczył, gdyż sama tylko rodzina nim się nasycała. Modlitwą wieczorną skończyłam dzień.

 Dn.19.VIII.1931.

W dniu tym zemdlałam i rozpoczynała się już to poraz drugi jedna i ta sama choroba. Lecz tym razem lechcej mi przelatywała ta choroba niż ostatni raz a było to w marcu.

Pierwszym razem zemdlałam tak silnie, iż matka nie miała nadziei żebym żyła, tylko żem nagle umarła. W tym omdleniu, nie wiem! czy mi się śniło, czy mi się coś ukazało, coś piękne bieluchne, i ja ręce wyciągam do tego widzenia, lecz co to było to niewiem, i chce biegnąć do tego, uśmiecham się iż takam szczęśliwa! aż tu naraz woła mię ktoś! Z jękiem przytomność odzyskuję i słyszę, lecz bardzo głucho, iż to głos matki płaczącej, która mię już wyratować nie mogła, tylko płakała i wołała: Janka co ty robisz! słyszę! jak młodszy brat mój krzyczy wniebogłosy i woła Janiusiu!

Strasznie byłam zła gdym się z tego widzenia obudziła, dlatego iż ja taka szczęśliwa była! a tu krzyczą! i wołają na mnie Janka! Janiusiu! Oczy rozwarłam szeroko, przecieram je gdyż mi się zamykały, chcę wstać, biegnąć i ratować, gdyż myślałam iż się gdzieś pali dopiero mie budzą z snu, lecz niestety! nie mogłam się zerwać, coś mię przypierało do ziemi. Zamkłam powieki, chcę się jeszcze wrócić do tego widzenia, lecz na nic moje przymykanie ocz! i to wielkie pragnienie!.

Byłam strasznie zła! Zdawało mi się że wszystkich potargam za to iż mię zbudzili i od tego widowiska oderwali. Boże! zamiast podziękować matce za ratowanie, gdyż może już blisko byłaby śmierć gdyby nie matka, to ja z taką złością patrzyła na nią, jak gdyby mi coś złego zrobiła!

Nareszcie przytomność otrzymałam i rozwierając otrzy szeroko matka zawlokła mię na łóżko. Zaraz później pojechałam do doktora. Zapuchnięte miałam za uchem na szyi, i doktor nie mógł się wyznać nawet na tej chorobie. Ledwo w książce wynalazł i mówił iż zapalenie zausznice.

Właśnie i teraz drugi raz to samo mi się powtórzyło. Lecz nie długo chorowałam. Dał Pan Bóg iż wyzdrowiałam.

Dn.6.IX.1931.

Nadeszła niedziela. Ja, jak zawsze chodzę na sumę do kościoła tak i dziś byłam na niej, a potem na nieszporach. Z nieszporów szłam z koleżanką Stefą Węglowską, którą zapraszałam, by przyszła do mnie na gruszki, lecz coś ją zaszło i nie przyszła. Za to przyszła Hela Kraczkówna koleżanka i Józek Szydek.

Gdy tak siedzimy i zajadamy smacznie grószki, nagle pojawia się w drzwiach domu postać człowieka, patrzę i widzę iż Franek Dudek przyszedł do nas. Hoć kochany Franku do nas i zajadaj smacznie gruszki z nami.

Posiedzieliśmy więc trochę podjedliśmy gruszek razem z moimi rodzicami, pośmialiśmy się, a potem wyrószyliśmy wszystko czworo w drogę. Odprowadziliśmy Helę a sami poszliśmy jeszcze na spacer na wieś.

Lecz pomyślałam o powrocie do domu. Więc odprowadzili mnie obaj do domu. Stanęłam chwilę z nimi gdyż rozmawialiśmy. Opowiadał różne żarty Franek, aż wreszcie mówi iż chciałby bym została jego bratową, czyli żebym wyszła za jego brata Władka.

Kocham go i czasem wspominam sobie o nim…. Lecz czy wyjdę za niego, tego nie wiem, myślałam tak sobie. Jakie przeznaczenie czeka Władka to go nie minie, odpowiedziałam mu. Nic mu więcej nie mówiłam, gdyż Szydek stał obok. Żalił się Franek nad swoim losem, jak mu matka odumarła, jak nie maż teraz do kogo się pożalić, słówko jakieś przemówić, zostałem sierotą na całe życie bez ojca i bez matki. Porozmawialiśmy jeszcze trochę wszyscy, a potem rozeszliśmy się do domów.

Dn.8.IX.1931.

Dzień ten, który nadszedł był dniem wtorkowym. W ów dzień był odpóst w wiosce Gosprzydowej, na który to, miałyśmy a mamą zaproszenie do naszych krewnych. Lecz w nocy zasłabła nam krowa i mama została już w domu, a sama wyruszyłam w drogę, lecz do krewnych już nie szłam, tylko do kościoła.

Szła także ciotka Skórnóżka, Stefa Dudkówna i Józia Nieciówna z Jasienia pochodząca, były to me znajome poszłyśmy więc razem. Na rowerach jechali zaś Antek Jędrzejczyk i Józek Szydek. Nareszcie zaszłyśmy, a oni zajechali.

Kościółek tam mały stary i drewniany. Opowiadają ludzie, że ten oto kościółek woda przyniosła i zostawiła na tym oto tam miejscu. Lecz choć tak mały to owszem garną się ludzie masami do niego i pomieści on wszystkich. I myśmy tam poszły, by uklęknąć przed cudownym obrazem „Najświętszej Marii Panny” i pomodlić się.

Kazanie wygłoszone zostało na polu przez nieznanego dla mnie księdza. Suma odbyła się punkt godz. 10-ta. Wówczas odprawiało się bardzo uroczyście i pięknie. Swoimi pieśniami przystroiły ją jeszcze piękniej dziewczęta z tamtejszej wioski. Horągwie i figurki zostały trzymane w rękach ludzkich przez całą sumę. Do figurek dziewczęta ubrane były w strojach ludowych, co wyglądało bardzo ładnie. Po zakończeniu sumy odbyła się procesja wokoło kościoła.

Po skończonych obrzędach poszłyśmy do domu. Wprawdzie ja dużo nie szła, zostawiłam tamtych a sama siadłam na rower Antka i pojechałam do domu. Jechałam kawałek z Szydkiem, lecz znim było źle jechać, więc zeskoczyłam, a znowu go nienawidzę więc z całej siły maleńki kawałeczek ujechałam. W drodze uczyli mnie jeździć. Acha zapomniałam powiedzieć iż dostałam przecież od nich czekolady.  Podziękowałam im za jazdę i pożegnawszy się poszłam do domu. Ręsztę dnia zakończyłam szyciem.

Dn.20.IX.1931.

Była to niedziela. Wysłuchawszy rannej mszy, przyszłam do domu, gdzie musiałam gotować obiad. Po południu zebrałam się i poszłam (brak dalszej części).

…ombrometr jest to przyrząd, do mierzenia do mierzenia ilości opadów deszczu i śniegu.

„Na powitanie gości przy „Opłatku”.

W naszej gromadzie – my wszystkim radzi,

Którzy do nas przybyli,

By z wsią pospołu

U tego stołu

Jak z braćmi zabawili.

 

Witamy gości my, ludzie prości

Sercem i chlebem z solą,

I kolędami,

I opłatkami,

Radością serca i dobrą wolą.

 

Oj ciężka dola – pług, sierp i pola,

Co potem swym zroszony,

Gromy i burze,

Pioruny w chmurze,

Nad sobą zawsze mamy.

 

Lecz gdy plon zbierzem i chlebem świeżem

Gościm kto wejdzie w progi,

To w ową porę,

W sercu nam gore,

Bo nam gość każdy jest grogi.

 

W wiejskim zespole – w rolniczym kole,

Duch dobry wciąż panuje,

Bo miłość z wiarą,

Idą wciąż parą,

Zła wola nic nie psuje.

 

Prośmy gości – my ludzie prości,

Z całego serca, szczerze,

By w pierwszej chwili,

W głos zanucili,

„Do szopki hej pasterze”

Józef Kapuściński