ŻYDZI W USZWI

Fragmenty praca zbiorowej uczniów Publicznego Gimnazjum w Uszwi

 napisana w roku 2003 pod kierunkiem mgr Teresy Czesak. 

 

„Naucz nas, że pod słońcem Twoim nie masz Greczyna ani Żyda...”

 Julian Tuwim

 

Niniejsza praca zawiera materiały dotyczące relacji polsko - żydowskich w Uszwi na tle historii ze szczególnym uwzględnieniem tragicznych losów rodziny Goldbergerów ukrywających się w naszej wsi podczas II wojny światowej. Chcemy ocalić od zapomnienia fakty świadczące o szlachetnych odruchach serca mieszkańców Uszwi wobec Polaków wyznania mojżeszowego, ale także przypomnieć wydarzenia naznaczone okrucieństwem. Musimy pamiętać o historii naszej "małej ojczyzny", o ludziach, którzy ją tworzyli, bo tylko "szanując przeszłości ołtarze" możemy budować nasze dziś i nasze jutro.

Co wniesiemy do Europy, jeśli zatracimy własną tożsamość? Jakie będzie nasze współżycie z innymi narodami, gdy nie nauczymy się szacunku dla innego języka, religii i kultury?Mamy nadzieję, że zebrane przez nas informacje przyczynią się do propagowania idei tolerancji. (...)

 

W pejzaż Uszwi i całej gminy zbiorowej na trwałe wpisała się obecność Żydów. W XIX i w pierwszej połowie XX wieku ludność pochodzenia żydowskiego zajmowała się tu głównie działalnością handlową, chociaż niektórzy z nich wykonywali również różne usługi rzemieślnicze, a także posiadali i uprawiali w niewielkiej ilości ziemię i hodowali bydło. Praktycznie każda rodzina znana tu była z przezwiska, co w Uszwi było na porządku dziennym. Nie ma dziś wśród najstarszych mieszkańców Uszwi osoby, która by znała choć jednego Żyda we wsi z nazwiska i imienia. Pytani o Żydów Uszwianie podają przezwiska: "Szimek", "Cielicka", "Drożdżos", "Mosiek".

 

Najbardziej znana we wsi była rodzina Fischerów (Szymon, Chana, Regina, Paulina, Rywka, Mojżesz, Salomon, Anna, Estera, Abraham, Berta, Rozalia i Dawid). Mieszkali na Krzyżowej, na rogu, obok zagrody Anny i Andrzeja Rabiaszów. Szymon prowadził dużą gospodarkę: 2 konie, 4 krowy, wynajmował do pracy robotników. Prowadził też na szeroką skalę handel końmi, sklep wielobranżowy, wymianę zboża na mąkę, wyszynk wódki. Tu też znajdowała się bożnica (dom modlitwy) dla wiernych wyznania mojżeszowego z całej gminy Uszew. "Szimek" według relacji jako jedyny z Żydów nosił długą brodę, a jego żona wypiekała macę. W sobotę wszyscy Żydzi świętowali. W ten dzień sami nawet nie palili w piecu, nie sprzedawali także żadnych towarów nawet na usilne prośby.

 

Znana od pokoleń była rodzina Jakubowiczów (Kiwa, Roża, Amalia, Tauba, Salomea, Bronisława, Józef, Szymon, Eugenia). Ich zabudowania znajdowały się na parceli, na której obecnie mieszkają dwie rodziny, tj. Wanda i Franciszek Bystroniowie oraz Adela i Franciszek Zychowie. Kiwa był rzeźnikiem. U niego prawie cała wieś kupowała mięso wołowe. Prowadził też karczmę.

 

Wiele osób przewinęło się przez duży murowany dom położony na parceli, gdzie obecnie znajduje się dom ludowy. Tu mieszkali Federgrinowie (Mojżesz, Róża, Fajga, Pinkas, Samuel, Feliks, Leon). Podobnie jak i inni zajmowali się drobnym handlem. Sklepik z wyrobami tytoniowymi, zwany trafika, był zawsze dobrze zaopatrzony. Jednemu z nich, Leonowi, nadano przydomek "Cielicka", a to dlatego, że skupował po wsiach cielęta. Inny z kolei. Pinkas, zajmował się oprawianiem obrazów i szkleniem okien. Zawsze był przygotowany i na miejscu, gdy odbywały się we wsi wesela i zabawy, by natychmiast zaszklić okna po bójkach czy przypadkowym wybiciu szyb.

 

Na części obecnej posesji Franciszka Rojka i Marii Kotarby (Bychawskiej) mieszkała rodzina Goldbergerów (Kalma, Izaak, Chaskel, Gizela). Kalma ("Kołma") miał małe gospodarstwo rolne, chował krowę i, jak wszyscy jego koledzy, prowadził drobny "geszeft". Skupował i sprzedawał, co się tylko dało, m.in. skórki królicze.

 

W domu, w którym obecnie mieszkają Józefa i Franciszek Warkoczowie, żyła bogata rodzina Silberspitzów (Mojżesz, Hersz, Aron, Balbina, Bronisława, Helena, Rozalia, Jan). Hersz ("Heśla"), podobnie jak jego ojciec, był handlarzem i rolnikiem. W roku 1936 działkę leśną, którą posiadał w Grabalinach, sprzedał Antoniemu Gotzowi-Okocimskiemu, a część domu wraz z gruntem i zabudowaniami gospodarczymi Janowi Chmurze i wyjechał z Uszwi.

 

Tuż przy moście, obok starego budynku rodziny Bobrów mieszkał Chaskel Goldberger, z zawodu rzeźnik. Ożenił się z Tonią Ungerówną z Dębna.

 

W Zawadzie Uszewskiej na obecnej posesji rodziny Krystyny i Stanisława Kozubków mieszkała rodzina Weissbartów (Szymon, Mojżesz, Tauba, Leon, Lejb, Jakub, Wolf, Wolwek, Maria, Juda, Sara, Frania).

 

Nie można w końcu pominąć dwóch rodzin mieszkających w budynku zwanym murowańcem, który formalnie od połowy XIX wieku należał do Gnojnika, ale jeszcze przez cały okres międzywojenny i w pierwszych 5 latach wojny ludzie w nim mieszkający ciążyli do Uszwi. Tu też dzieci chodziły do szkoły. Jedną tych rodzin była rodzina Naftalego Krausa i jego żony Beili, a ich dzieci występowały pod panieńskim nazwiskiem matki, Goldbergerów (Efraim, Helena i Lejbisch). Kontynuowali oni z początku tradycję karczmarzy, następnie prowadzili rzeźnię i sprzedaż mięsa wołowego a po śmierci Naftalego był tu sklep artykułów spożywczych i powszechnego użytku.

 

Drugą, która tu mieszkała, była rodzina Arona Eichenholza. Był on krawcem. U niego też pracowała w charakterze krawcowej córka Krausa, Helena. Ponadto przejściowo mieszkali w Uszwi lub pracowali w charakterze propinatora - Hersz Lejb, rzeźnik - Szymon Steinlauf, drobny handel prowadziły - Ella Kempler i Róża Buchfuhrer, a młyn na Uszwicy dzierżawili Jan Harsche i Mateusz Knuples, których dzieci Maria, Michał i Izaak uczęszczali do szkoły w Uszwi.

 

Stosunki między mieszkańcami Uszwi a Żydami układały się dobrze. Można powiedzieć, że obie społeczności nie wchodziły sobie w drogę. Dzieci obu narodowości chodziły razem do szkoły. Uszwianie byli zależni od Żydów. Mogli u nich sprzedać i kupić prawie wszystko. Żydom z kolei potrzebni byli Uszwianie, aby mogli prowadzić handel, który był ich głównym źródłem utrzymania. Zostali zapamiętani z tego, że dawali towary na "bórg", ale później konsekwentnie upominali się o swoją należność. Żydzi wraz ze swoją kulturą, sposobem bycia i religią wrośli w ówczesną rzeczywistość wsi tak mocno, że wszyscy nasi rozmówcy zgodnie twierdzą, że traktowali ich tak jak Polaków. Z pewnością zdarzały się drobne nieporozumienia. Do Uszwi docierały też hasła antysemickie, które jednak nie trafiały tu na podatny grunt. Pomoc udzielona rodzinie Goldbergerów ukrywającej się w Uszwi w czasie wojny jest najlepszym dowodem tego, że mieszkańcy wsi byli ponad uprzedzeniami narodowościowymi. W tych tragicznych czasach deptania godności narodu żydowskiego Uszwianie potrafili dostrzec w Żydach swoich braci.

 

HISTORIA RODZINY GOLDBERGERÓW

 

Chaskel Goldberger i jego żona Toni z domu Unger pochodząca z Dębna przybyli do Uszwi z synem Jankiem (niektórzy twierdzą, że był on przybranym synem Chaskla). W Uszwi urodziły się im jeszcze trzy córki (według niektórych dwie). Mieszkali w miejscu, gdzie obecnie znajduje się sklep pana Pawełka. Chaskel był rzeźnikiem i miał jatkę. Toni, piękna i sympatyczna kobieta była bardzo życzliwa dla mieszkańców Uszwi. Pani Julia Kural zapamietała, jak opatrywała skaleczenia polskim dzieciom. Janek zachęcany przez księdza niejednokrotnie zostawał na lekcji religii w szkole.

 

Po wybuchu wojny Goldbergerowie oraz ich krewny Pinkas Federgrin jako jedyni Żydzi nie opuścili Uszwi. Ukrywali się początkowo w różnych miejscach. Toni z najmłodszą córką przebywała u pani Karaś na Kątach. Rodzina Chaskla mieszkała także w pustym domu za cmentarzem. W dzień przebywali w piwnicy, w nocy wchodzili do domu. Pomagali im w tym czasie rodzice pani Alfredy Kotarby. Później zaczęli się ukrywać w bunkrze w lesie zwanym Grabalinami na granicy z "Piskorką" (pagórkowaty teren, na którym znajdowały się pola uprawne). Było to miejsce położone na uboczu daleko od wsi. Bunkier miał wymiary 4 x 4 m i posiadał komin umożliwiający ogrzanie się w zimie.

 

Rodzina Chaskla najczęściej korzystała z pomocy Wojciecha Kotfisa. Jego dom był najbliżej kryjówki. Przychodzili raczej nocą. Otrzymywali jedzenie, mogli sobie coś ugotować. Pojawiali się także we wsi. Chodzili po domach, gdzie otrzymywali żywność.

 

Jedna z mieszkanek Uszwi wspomina, że pewnego wieczoru zjawił się w domu jej rodziców Pinkas zwany "Pinkiem". Przyszedł po chleb. Gdy siedział w kuchni wszedł nagle Niemiec, upominając, aby zasłonić okna. Na szczęście nie  zwrócił uwagi na Pinkasa. Nasza rozmówczyni do dzisiaj pamięta paraliżujący strach domowników.

 

Chleb dla rodziny Chaskla wypiekała także matka pana Stanisława Z. Chaskiel przychodził zawsze wieczorem. Pan Z. jako mały chłopiec często zanosił do lasu worek z chlebem. Ukrywający się Żydzi ścinali także drzewa w lesie, za które otrzymywali od ludzi kukiełki (słodkie plecione bułki wypiekane w Uszwi) Aby przeżyć wykopywali ziemniaki z okolicznych pól.

 

Uszwianie wiedzieli o obecności Żydów w Uszwi, nikt jednak o tym nie rozmawiał. Szczególne współczucie budziły dzieci Goldbergerów. Ci, którzy pomagali rodzinie za wszelką cenę chcieli ją ocalić. Żydzi mieszkali w bunkrze około 3 lat.

 

Niestety ktoś zdradził. Niektórzy wskazywali na gajowego. Żona syna Wojciecha Kotfisa twierdzi, że mogli to być właściciele pól, z których Żydzi wykopywali ziemniaki. Nie ma jednak pewności co do prawdziwości którejś z hipotez. Faktem jest, że w niedzielne popołudnie w maju 1944 r. (niektórzy twierdzą, że był to maj lub czerwiec 1944 r.) żandarmeria niemiecka, policja polska udała się do Grabalin, gdzie dokonała się tragedia.

 

Wersji tego wydarzenia jest kilka. Najpierw Niemcy prawdopodobnie dostrzegli dziewczynkę zrywającą jagody. Zginęła jako pierwsza. Potem została zastrzelona Toni z najmłodszą córeczką na ręku i drugą starszą. Mężczyźni próbowali uciekać. Pinkasa schwytał pies i zaczął szarpać. Za chwilę został zastrzelony. Udało się uciec Chasklowi i Jankowi. Pierwszy pojawiał się jeszcze w Uszwi. Mieszkańcy wsi ponownie przyjmowali go w swoich domach, często nawet u nich nocował. Później podobno został zastrzelony w Gródku. Informacje, że Janek przeżył nie zostały potwierdzone. Ciała zabitych Żydów pochowano najpierw we wspólnej mogile. Prawdopodobną wydaje się relacja pani Alfredy Kotarby, której ojciec opowiadał, że zwłoki Żydów wywożono z Uszwi. Fakt ten potwierdza synowa Wojciecha Kotfisa. Według niej ciała rozstrzelanych mogły zostać pochowane na cmentarzu żydowskim w Brzesku tzw. "Kierkowie". Tam jednak nie ma żadnych śladów tego wydarzenia.

 

Po tragedii, która wydarzyła się na "Piskorce" mieszkańcy Uszwi przez kilka dni żyli strachem o własne życie. Obawiali się szczególnie ci, którzy pomagali Żydom. Domniemali, że Niemcy dowiedzieli się o nich. Jednocześnie nie mogli pogodzić się z faktem, że rodzina Chaskla nie doczekała tak rychłego przecież końca wojny.

 

W miejscu śmierci Żydów nie ma żadnych symboli tragedii. Materialne ślady ich obecności w Grabalinach nie istnieją. Pamięć ludzka ocaliła jednak od zapomnienia fakty. Historia ukrywających się Żydów bardzo mocno tkwi w świadomości starszego pokolenia. Znają ją także uczniowie naszego gimnazjum. Oby przetrwała dla przyszłych pokoleń.

 

POSTAĆ WOJCIECHA KOTFISA

 

Według danych z parafialnej "Księgi chrztów" (Liber natorum tom X) Wojciech Kotfis urodził się 30 marca 1866 roku jako syn Marcina i Wiktorii. Jak czytamy w parafialnej "Księdze małżeństw" (Liber capulatorum tom VII) w roku 1894 ożenił się z Józefą Kowalczyk. Ojciec narzeczonej udzielił swojej córce pozwolenia na zawarcie związku małżeńskiego, gdyż była nieletnia: "Ja niżej podpisany, ojciec małoletniej córki mojej Józefy Kowalczyk pozwalam na jej wejście w związek małżeński z Wojciechem Kotfisem, co przy dwóch niżej wymienionych świadkach jako nie umiejący pisać znakiem krzyża potwierdzam"

 

Akt chrztu

 Wojciecha Kotfisa

Wyciąg aktu zawarcia małżeństwa

 Wojciecha Kotfisa

 

Wojciech Kotfis miał siedmioro dzieci, które już nie żyją. W młodości służył w wojsku austriackim, gdzie nauczył się języka niemieckiego. Odznaczał się wysokim wzrostem (około 2 m) i jak wspomina synowa Stanisława Kotfisa "był prosty jak świeca". Mieszkał wraz z rodziną przed "Piskorką". Zajmował się gospodarstwem. Uprawiał pola, które kiedyś otrzymał jego ojciec od Austriaków za zasługi wojenne. Miał też piękny sad.

 

Przez mieszkańców Uszwi był postrzegany jako "inny". Inność Wojciecha Kotfisa wynikła z jego nietypowych jak na gospodarza zainteresowań. Posiadał bardzo rozległą wiedzę. Był uznawany za mądrego człowieka "filozofa". Czytał książki i gazety, interesował się polityką. Odwiedzali go księża i urzędnicy. W znajdującej się przed domem altance, gdzie lubił przesiadywać, niejednokrotnie dyskutował ze swoimi gośćmi. Do kościoła chodził rzadko, ale gdy szedł, ubierał się w białe rękawiczki, garnitur, zabierał laskę i kapelusz. Służył do mszy świętej będąc już żonatym. Jako mąż i ojciec odznaczał się surowością. Lubił porządek i dyscyplinę. Był pedantem w tym, co robił. Wpajał dzieciom szacunek dla ojczyzny i człowieka. Zapewne kierując się tymi wartościami zdecydował się na ryzykowną pomoc żydowskiej rodzinie Goldbergerów ukrywającej się podczas II wojny światowej niedaleko jego domu.

 

Żydzi przychodzili do Wojciecha Kotfisa wieczorem. Mogli się ogrzać, coś zjeść i otrzymać chleb oraz inne pożywienie. Tak było przez 3 lata. Niestety najprawdopodobniej ktoś zdradził. Niemcy odwiedzili Wojciecha Kotfisa dwukrotnie. Pierwszy raz przyszli zapewne na zwiady. Rozmawiali z nim przed domem. Opowiadał im o swoim pobycie w wojsku austriackim. Jeden z Niemców na pożegnanie nawet mu zasalutował.

 

Niestety druga wizyta zakończyła się jego tragiczną śmiercią, poprzedzoną rozstrzelaniem Żydów. W 1944 r. żandarmeria niemiecka zjawiła się przed domem Kotfisa. Jeden z Niemców schował się za gruszą, inni rozmawiali z gospodarzem. Nic nie wskazywało na to, że za chwilę padnie strzał. Podczas pożegnania żandarm stojący za drzewem strzelił. Wojciech Kotfis zginął na miejscu. Żona nagabywana przez Niemców nie przyznała się do pomocy Żydom, zrzuciła całą winę na męża wiedząc, że nie żyje i tak uratowała swoje życie. Udała się do wsi z prośbą o pomoc. Pan Stanisław Kotarba i pan Franciszek Kurtyka pomogli jej przenieść ciało męża do stodoły. Na drugi dzień zwłoki owinięte w prześcieradło zostały przewiezione na cmentarz m.in. przez pana Jana Warkocza i pochowane prawdopodobnie przez Jakuba Bukowicza, Andrzeja Pawełka i Karola Rabiasza. Nie było trumny, mszy świętej i zapisu w księdze parafialnej. Nabożeństwo żałobne zostało odprawione kilka dni później. Strach i obawa o własne życie były zbyt duże.

 

Ciało Wojciecha Kotfisa zostało pochowane na cmentarzu, gdzie obecnie spoczywa.  Wojciech Kotfis był niewątpliwie indywidualnością w społeczności uszewskiej. Wymagający dla najbliższych, otwarty na wiedzę i świat, współczujący braciom - Żydom. Czy tolerancji nauczył się z książek? Bardziej zasadne wydaje się twierdzenie, że ich lektura pomogła mu w kształtowaniu światopoglądu, w dostrzeganiu mechanizmów rządzących historią. Aby dostrzec w człowieku innej narodowości brata, aby pomóc mu ocaleć, ryzykując własnym życiem nie potrzeba tomów publikacji, potrzeba odruchu serca i wrażliwości, których nie można się wyuczyć, gdyż z nimi można się tylko urodzić. Ale oprócz zalet ducha Wojciech Kotfis posiadał jeszcze jedno - odwagę bycia prawdziwym człowiekiem w czasach pogardy dla człowieczeństwa.


Wywiad z panią Alfredą Kotarbą

 

Co pani wie na temat rodziny żydowskiej, która ukrywała się w Uszwi w czasie wojny?

 

Najpierw ukrywali się pół roku w pustym domu u sąsiada. Właściciele byli we Francji. Ja nie wiedziałam, tyle tylko co podsłuchałam w nocy. Przychodzili do nas ciągnąć wodę. Mama im pomagała, wynosiła mleko w umówione miejsce. Jak upiekła 5 bochenków chleba, to zawsze jednego brakowało. Ja nieraz pytałam się, gdzie on jest, to mnie skrzyczeli, bo wszystko było w wielkiej tajemnicy. W dzień Żydzi siedzieli w piwnicy (ich było chyba pięcioro), w nocy wchodzili do domu, bo się kurzyło z komina, a okna były zabite. Jakoś dowiedział się o tym wójt, bo miał dozór nad tym domem i nakazał, aby Żydzi się wynieśli, bo wszyscy pójdą tu z dymem, jeśli ktoś doniesie. Ludzie przecież idą w pole, krowy tędy ganiają. Po pół roku wynieśli się. Chociaż mamy pole na Piskorce, ja nie wiedziałam, że tam są. Nie kazano nam dzieciom chodzić na jagody i grzyby. Ludzie musieli wiedzieć, bo to trwało trzy lata. Nie wiadomo, kto ich zdał Niemcom. Jedni mówili, że gajowy. W zimie mieszkali chyba u Kotfisa, latem w bunkrze. Kotfis był bardzo dobrym człowiekiem. Żal mu było tych dzieci, przecież to niewinni ludzie. Każdy chciał, ich uchronić, żeby się uratowali. Pewnego dnia (ja miałam 8-my rok) na motorach jechali Niemcy. My pod strachem myśleliśmy, że wszyscy zginiemy. Wiedzieliśmy, że ktoś zdał, że Niemcy się dowiedzieli. Tata nigdzie nie odchodził. Jeszcze mama mówiła, żeby uciekał z domu, żeby się ratował. Tata mówił, że jeśli ucieknie, będzie podejrzany, że pomagał. Słyszeliśmy strzały. Wyły psy. Baliśmy się. Najpierw zastrzelili Żydów. Jeden się chyba uratował - Janek. Nie był razem z rodziną, ale słyszał krzyki Niemców. Ukrył się w mendlu ze zboża. Potem Niemcy poszli do Kotfisa. Miał 2 psy. Najpierw zastrzelili Kotfisa, a potem psy. Kotfiskę wyprowadzili na pagórek, na skarpy i całą drogę ona płakała, a Niemcy strasznie na nią krzyczeli. Podobno pytali się, kto jeszcze pomagał tym Żydom, bo przecież oni sami nie mogli wyżywić całej rodziny. Ona nie wiedziała, co po niemiecku do niej mówili. Mówiła, że nie chciała, ale mąż ją bił i musiała słuchać, że ona niewinna. Tutaj słyszeliśmy wszystko. Był tam żandarm Schulz. On wiedział, co Niemcy do niej mówili. Tłumaczył Niemcom, (bo później mówił), że ona niewinna, że tu nikt nie pomagał. I tak ona i my uratowaliśmy się. Jak już wszystko ucichło i oni odjechali, Kotfiska przyszła z krzykiem do mojego ojca i Kurtyki, żeby zanieśli Kotfisa do domu. Bardzo się bali, ale poszli i zanieśli. Na drugi dzień rano (już nie pamiętam) wzięli go na wóz i pochowali na cmentarzu bez pogrzebu, bez niczego, przecież nie wolno było. Żydów zakopano w jednym dole, ale po jakimś czasie (tyle pamiętam) wywieźli ich na wozie, ale nie Niemcy. Ojciec mówił, że w osłonach były rzucone ciała i skropione wapnem. Gdzie ich później pochowano, nie wiem.

 

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały: Agnieszka Bober
Barbara Gałęziowska
Anna Gurak


Wywiad z panią Stanisławą Kotfis, żoną syna Wojciecha Kotfisa

 

Jak pani zapamiętała Wojciecha Kotfisa?

Ja Wojciecha Kotfisa nie znałam osobiście tylko ze zdjęcia. Był bardzo podobny do mojego męża Andrzeja.

 

Jaki był Wojciech Kotfis?

Miał siedmioro dzieci. Był wysoki i prościutki jak świeca. Służył w w wojsku austriackim. Miał gospodarstwo. On był taki "panek". Służył już do mszy św. będąc już żonatym. Do kościoła mało chodził, ale jak już szedł, to ubierał białe rękawiczki, garnitur, zabierał laskę i kapelusz.

 

Ludzie mówili że był "inny", dlaczego?

Widzieli w nim filozofa, kogoś lepszego. Był bardzo mądrym człowiekiem jak na tamte czasy. Był oczytany, miał bardzo dużo książek, czytał gazety. Przychodzili do niego księża i mądrzy ludzie, szychy, urzędnicy i wymieniali się książkami. Interesował się polityką. Umiał mówić po niemiecku. Był dobrym chłopem.

 

Jakim był ojcem?

Z żoną się lubili, szanowali się, chociaż był surowy dla niej i dla dzieci. Porobił wszystko w polu, przygotował np. rządki pod ziemniaki, a później żona zabierała dzieci i sadzili, a on do altanki, książki wyrozkładał, gości się naschodziło. Tym się zajmował. Jeszcze nikt nie wiedział, czy będą samoloty górą lecieć, że będzie wojna, a on już wiedział. Nie wiem, gdzie podziały się te książki. Wymagał od dzieci i od żony, wszystko musiało być porządnie zarobione. Był pedantem. Wpajał dzieciom szacunek dla ojczyzny i człowieka. Jego syn Andrzej walczył we Francji.

 

Proszę opowiedzieć o tragicznej śmierci Wojciecha Kotfisa?

Pomagał Żydom, którzy mieli bunkier na pagórku około kilometra od jego domu. Przychodzili do niego wieczór pojeść sobie, żona piekła dla nich chleb, nosiła im jedzenie. Niemcy przyszli najpierw na zwiady. Siedzieli na ławce i rozmawiali z Kotfisem. Jeden na pożegnanie zasalutował. W dzień rozstrzelania przyszło 4 Niemców z psami. Najpierw zobaczyli chłopca -Żydka. Później musieli zauważyć innych. Poszczuli ich psami: zastrzelili Żydówkę z dzieckiem. Później rozmawiali z Kotfisem. Jeden schował się za gruszą. Śmiał się. Gdy się żegnali, ten stojący za gruszą strzelił i zabił go na miejscu. Żona była wtedy w domu. Wyszła i zobaczyła zastrzelonego męża. Ją też zawołali. Broniła się i zwalała wszystko na męża. Ciało zaniosła do stodoły zawinęła w prześcieradło. Na drugi dzień pochowali go na cmentarzu, m.in. chował go Jan Warkocz. Ciała Żydów pochowali w fosie. Później kazali wywieźć je gdzieś na "Kierków" [cmentarz żydowski, brak tam jakichkolwiek śladów].

 

Co się stało z bunkrem?

Jeszcze 25 lat temu były jego szczątki. Dom Kotfisa został rozebrany. Koło domu było pole, które ojciec Wojciecha Kotfisa otrzymał od Austriaków za udział w jakiejś wojnie. Teraz wszystko zarosło.

 

Dziękujemy za rozmowę.
Rozmawiały: Karolina Pasek, Barbara Bober


Wywiad z panią Zofia Potoczek

Ile rodzin żydowskich mieszkało w Uszwi i czym się zajmowali?

W Uszwi mieszkali:

  • Chaskiel - prowadził ubój bydła i cieląt

  • Kiwa - prowadzili handel i ubój

  • Szumek - miał sklep i gospodarstwo rolne

  • Kołma - zajmował się gospodarstwem

  • Cielicka - skupował mleko i jego przetwory

Co było odmiennego w ich zachowaniu?

Żyli tak jak wszyscy ludzie, jedynie nie chodzili do kościoła, a dzieci na lekcje religii. Nie jedli też wieprzowiny.

 

Jak mieszkańcy Uszwi traktowali Żydów?

Jak normalnych sąsiadów. Żyli dobrze i w zgodzie. Chodzili do ich sklepów, kupowali u nich mięso, wymieniali zboże na mąkę.

 

Jaka była rodzina Chaskla Goldbergera?

Była to dobra rodzina, mieli troje dzieci. Zajmowali się skupem bydła.

 

Gdzie się ukrywali i kto im pomagał?

Ukrywali się w lesie, gdzie ich później rozstrzelali. Wcześniej Chasklowa z małym dzieckiem jak uciekała, ukrywała się w naszej stodole. Myśmy o tym nic nie wiedzieli, dopóki nie usłyszeliśmy płaczu dziecka. Płakała i prosiła nas o mleko i żywność. Mówiła, żeby się nie bać, że jak się ściemni, to w nocy pójdzie dalej. Mama jej dała mleka i coś do jedzenia. Nazajutrz rano już jej nie było i nie wiedzieliśmy, gdzie poszła. Później jeszcze kilka nocy przychodził jej starszy syn, pukał w okno i prosił o jedzenie. Mama zawsze mu coś podawała, a kto im pomagał, nie wiem, bo każdy bał się do tego przyznać.

 

Dziękuję za rozmowę.

Rozmawiała: Monika Pabian


Informacje uzyskane od państwa Z., którzy chcieli zachować anonimowość.

 

Przed wojną było w Uszwi kilka rodzin żydowskich. Mieli sklepy. Można było u nich wszystko sprzedać. Polacy dobrze żyli z Żydami, chociaż pojawiały się hasła typu: "Bij Żyda". Chaskel był rzeźnikiem i sprzedawał mięso. Miał 2 albo 3 córki i syna Janka. Rodzina Chaskla i Pinkas w czasie wojny ukrywali się w bunkrze na pograniczu Grabalin i "Piskorki". Raz jako mały chłopiec byłem w lesie z ojcem i zauważyłem bunkier. Podszedłem i otworzyłem właz. Zobaczyłem tam Pinkasa. Od tej pory Chaskiel i Pinkas przychodzili do nas do domu, Przynosili zboże, mama wypiekała im chleb i dawała mleko. Ostatni raz przed rozstrzelaniem zaniosłem im 5 bochenków chleba w umówione miejsce. Ścinali także drzewa w lesie i nosili do domów w zamian za kukiełki. Chodzili do wielu rodzin, ale we wsi nikt o tym nie rozmawiał. Żydzi i Kotfis zostali rozstrzelani pod koniec maja lub w czerwcu 1944 r. , chodziliśmy wtedy na maliny. Była niedziela. Z Niemcami szedł polski policjant Schulz. Wiem, że Pinkas zaczął uciekać i szarpał go pies. Zastrzelili żonę Chaskla i dzieci oraz "Pinka" i Kotfisa. Ciała Żydów pochowano na skraju lasu. Widziałem mogiłę chodząc na maliny, ale mogli później wywieźć je na "Kierków". Kotfisa pochowali najpierw w wale koło cmentarza. Chował go Andrzej Pawełek, Jakub Bukowicz i Karol Rabiasz. W dzień tragedii przez wieś przeszła groza. U nas w domu wszyscy się bali. Myśleliśmy, że któryś z Żydów przed śmiercią powiedział, kto im pomagał. Strach był bardzo duży. Ludzie ubolewali, że tuż przed zakończeniem wojny Żydzi musieli umrzeć.

 

Pani Z. wspomina:

 

W jeden wieczór przyszedł do nas Pinkas po chleb. Siedział w kuchni przy piecu. Nagle do kuchni wszedł Niemiec. Kazał nam zasunąć okna. Na szczęście nie zauważył Pinkasa. Nie pamiętam, kiedy się tak bałam jak wtedy. Strach był ogromny, mogliśmy wszyscy zginąć.


Wywiad z panią Julią Kural

 

Przed wojną w Uszwi mieszkało kilka rodzin żydowskich. Jak wyglądało ich życie?

W Uszwi mieszkał "Kołma" na Rynku, "Mosiek", Chaskiel, "Cielicka", "Drożdżos". Mieli sklepy, jatki z mięsem, konie chowali, jeździli do Tarnowa i Nowego Sącza, wozili towary: zboże, piwo. W sklepach dawali na bórg do pół roku, a jak nie płaciłeś, zabierali majątki. U Szimka była karczma. W ich święta nawet w piecu nie palili, tylko świętowali. Mieli swoją bożnicę. Szkodliwi nie byli, nikomu nic nie mówili. Do szkoły dzieci chodziły tak jak i wy. Na lekcji religii dzieci wychodziły. Nieraz ksiądz mówił Jankowi od Chaskla, żeby nie uciekał, to został. Ubierali się normalnie. Mężczyźni byli wygoleni, tylko "Szimek" miał długą brodę.

 

Jak traktowali Żydów mieszkańcy Uszwi?

Tak jak Polaków. Oni wychodzili do ludzi, ludzie do nich. Nikt się nie wtrącał, tyś jest Żydem, a ja Polakiem.

 

Jaki był los Żydów po wybuchu II wojny?

Ani jeden się nie wrócił. Wszystkich pozabijali i wyjechali. Chaskiel został i ukrył się w lesie.

 

Jaka była rodzina Chaskla?

Syn Janek, córka chodziła do trzeciej klasy i jeszcze była jedna malutka. Chaskiel miał ładną żonę, damę. Dobra była. Jak się dziecko skaleczyło, to nogę owinęła. Na niektóre dzieci pokrzyczała, czemu się biją.

 

Czy Chaskel z rodziną od razu ukrywali się w bunkrze?

Najpierw po pustych domach. Tam, gdzie wiedzieli, że ich ludzie nie wydadzą. Może byliby przetrwali, bo był rok 44, na jesieni, a Niemcy w styczniu zaczęli uciekać. Najpierw żona Chaskla przebywała długo z dziećmi na Kątach. Babcia Karasionka ulitowała się nad nią. Miała kuchenkę i tam mieszkała. Ludzie wiedzieli, ale nikt się nie wtrącał w takie sprawy. Ich bunkier był ukryty, miał wymiary 4 x 4 m. Palili w nim w zimie. Kopali ziemniaki na polach. My dzieci pierwsze zauważyłyśmy, ale nikt nie mówił.

 

Kim był Wojciech Kotfis?

Mieszkał w polu. Miał gospodarstwo, 3 morgi pola. Był wysoki, około 2 metrów. Żydzi do niego przychodzili, zagrzali się, ugotowali sobie coś.

 

Co pani wie na temat rozstrzelania Żydów w Uszwi?

Szło czterech Niemców, trzech Polaków, policjanci z karabinami i pies. Ja z bratem pasłam krowy. Słyszałam strzał. Mówili, że najpierw zabili małą Żydówkę, która zbierała borówki. Potem zabili matkę z najmłodszą dziewczynką. Chaskiel z Jankiem uciekli. Pinkasa dobili na łąkach. Później nie było słychać o nich, ale Chaskiel się tu nieraz plątał. Jak stoi dom Kamyckiego, to on nieraz przesiedział przez noc na strychu. Nieraz szedł, ja go widziałam, wieczór jak byłam u macochy. Ktoś pukał do drzwi. Macocha się odzywa: Kto tam?- Ja swój. Przyszedł późno, ale macocha go wpuściła. Dała mu trochę chleba, ale prosił, żeby nikomu nie mówić. Ktoś mówił, że Chaskiel zginął w Gródku jak przechodził przez gościniec. Kotfisa też rozstrzelali razem z Żydami. Często siedział w altance. Świadkiem była żona. Mówiła do Niemców " zabiliście mi pieska", a oni odpowiedzieli : "Tego na dwóch nogach". Żona opowiadała, że siadła na podwórku i rozpłakała się. Doszła do rodziny na Rynku. Kotfis został pochowany w wale na cmentarzu. Mszy pogrzebowej nie było. Owinęli go w płachtę i pochowali. Kto chował Kotfisa i Żydów nie wiem.

 

Dziękujemy za rozmowę.

 

Rozmawiali : Karolina Pasek,
Michał Ciura


Wywiad z państwem Franciszkiem i Józefą Warkocz.

   

Ile rodzin żydowskich mieszkało w Uszwi ?

"Kołma", Chaskiel, Szimek "Drożdżos", Kiwa - pięć rodzin.

 

Czym zajmowali się uszewscy Żydzi ?

Handlem, mieli sklepy. Kołma i Szimek obrabiali pole, zajmowali się gospodarstwem. W obecnym państwa domu mieszkała rodzina żydowska. Jacy to byli ludzie? Dobrzy, spokojni, uczciwi. W tym domu mieszkały 4 osoby przez 3 lata. Żydówka była krawcową. Miała dwoje dzieci. Jak odwoziłam do Zakliczyna na początku wojny na pamiątkę zostawili mi szafę, którą mam do dzisiaj.

 

Czy Żydzi mieli swój kościół ?

Tak. Modlili się u Szimka. Tam im nikt nie przeszkadzał, nikt tam nie chodził. Dzieci żydowskie chodziły razem z polskimi do szkoły z wyjątkiem religii. Na tę godzinę wychodziły.

 

Jak mieszkańcy Uszwi współżyli z Żydami, co o nich myśleli ?

Żyli normalnie. Tak jak każdy, jeden z drugim. Nie mieli złośliwości do Żydów. Chaskiel interesował się handlem, Kiwa także. Żyli z ludźmi jak Bóg przykazał .

 

Jaki był los rodzin żydowskich po wybuchu wojny ?

Wszyscy byli "spędzani" do getta. Gdy wyjeżdżali, nie myśleli, że pojadą na takie mordy. Polacy bali się spotykać z Żydami. Niemcy ogłosili przez gminę, żeby nie ukrywać Żydów i powiedzieć, jeśli wie się o ich ukrywaniu.

 

Czy mieszkańcy Uszwi wiedzieli o tym, że w Grabalinach ukrywają się Żydzi?

W Grabalinach ukrywała się rodzina Chaskla. Mieszkali wcześniej tam, gdzie jest dzisiaj sklep u Pawełka. Do czasu wyszukania przez Niemców, nikt z wyjątkiem Kotfisa nie wiedział.

 

Kim był Wojciech Kotfis i w jaki sposób pomagał Żydom?

Kotfis był rolnikiem. U niego w domu wypiekali chleb i gotowali.

 

Co może Pan powiedzieć o rozstrzelaniu Żydów i Wojciecha Kotfisa w 1944 roku ?
Nic. Wiedziałem, że była obława, ale udziału w tym nie brałem. Z opowiadań wiem, że była obława przez Niemców i Polaków, którzy obowiązkowo musieli brać udział w tej nagonce. Tam byli Żydzi rozstrzelani i pochowani, ale gdzie nie wiem. Nie wiem też, kto chował Kotfisa i gdzie.

 

Kto doprowadził żandarmerię ?

Policja polska musiała iść, ale kto ich wydał nie wiadomo. Składano winę na różnych, ale to wszystko nieprawda. Uratował się Chaskiel i jego przybrany syn Janek. Uciekali prawdopodobnie na Kobyle. Chaskiel był postrzelony i umarł, Jan jeszcze żył i odwiedzał nocą Uszew. Ktoś go tam widział.

 

Co się stało z majątkiem Żydów ?

Były kupowane przez wójta i innych ludzi. 

 

Dziękujemy za rozmowę.

 

Rozmawiały: Dominika Stelmach
Justyna Radzięta


Wywiad z panią Janiną Witkowską

 

Co pani może powiedzieć na temat Żydów, którzy kiedyś mieszkali w Uszwi?

To był Chaskel, "Szimek" (jego syn chodził ze mną do szkoły, jak była religia, to wychodził), "Kołma", "Drożdżos", bo miał drożdże. Żydzi zajmowali się handlem, skupem mleka, z którego robili sery i sprzedawali w Brzesku. U "Szimka" była bożnica. W sobotę świętowali i choćbyś na kolanach klękał, Żyd ci nic nie sprzedał. W Brzesku byli sami Żydzi. Mieli wszystkie sklepy. Sprzedawali nawet różańce i książeczki do modlenia. Adwokat był Żydem, sędzia był Żydem. Wszyscy się uczyli, bo mieli za co. Ci Żydzi z miasta wymądrzali się. Mówili do Polaków: "Wasze są ulice, nasze kamienice". W czasie wojny zrobili w Brzesku getto, a później wywieźli Żydów do Oświęcimia.

 

Jak mieszkańcy Uszwi traktowali Żydów?

Jak wszystkich. Nikt im nic nie mówił. Dzieci żydowskie bawiły się z polskimi. Chłopcy czasem podśmiechiwali się z Żydów. Ja traktowałam Żydów i Polaków jednakowo. Żydzi nic mi nie byli winni.

 

Znała pani Chaskla Goldberga?

Miał sklep, nie był obraźny. Jak trzeba było, to "zborgował". W czasie wojny ukrywał się w Grabalinach. Pomagał mu Kotfis.

 

Znała pani Wojciecha Kotfisa?

Tak, niedaleko jego domu mieliśmy pole. On orał krowami, bo nie miał koni. Miał sad. Nie chodził do kościoła. Jak się poszło po coś do niego, to pożyczył, odzywał się. Niemcy zabili Żydów i jego. Pochowali go bez trumny. Tyle wiem.

 

Dziękujemy za rozmowę.

Rozmawiały: Barbara Bober
Renata Rozciecha


Bibliografia:

  1. Danter Sz., Las sprawiedliwych, Warszawa 1968.

  2. Hauman H., Historia Żydów w Europie Środkowej i Wschodniej, Warszawa 2000.

  3. Sady R., Uszew - z dziejów wsi, klucza i gminy, Kraków 1999.

  4. Zawidzka I.,Cmentarz żydowski w Brzesku, Brzesko 2001.

Opracowała: Mgr Teresa Czesak

Całość opracowania przeczytać można tutaj »