I wojna światowa

 

NATARCIE NA WZGÓRZA ORTIGARA I LEPOZZE

Natarcie na wzgórza Ortigara i Lepozze odbiło się echem nawet w austriackim Parlamencie w Wiedniu. Chodziło o zajęcie wzgórza wysokiego na 2100 metrów, które zapewniało obu stronom panowanie nad drogami zaopatrzenia i w ogóle dawało wgląd na tyły walczących stron, a które włoska piechota opanowała przez zaskoczenie.

Był to rok 1916. Na odcinku około 1400 metrów po którym można się było poruszać, ustawione zostały cztery baony falami w głąb, 40 baterii artylerii i 3 haubice 305 mm. Ogień artylerii 10 minut, a po przeniesieniu ognia atak 3 fal piechoty i za nimi jedna fala z zaopatrzeniem w amunicję i żywność.

W czasie montowania przez sztaby całej operacji odpoczywaliśmy w barakach na Monte Rover. Dla podtrzymania morale przed natarciem korzystaliśmy z dowolnej ilości alkoholu i soku cytrynowego o dziwnym, ale nie cytrynowym smaku. Uczta powtarzana przez parę dni miała jednaki program. Koledzy siadali przy stole barakowym i rozpoczynali pijaństwo, przy czym za każdym kieliszkiem śpiewało się tę samą pieśń: „Allach ist Got, Allach ist Got und Mahomet und Mahomet der ist sein Profet” (Allach jest bogiem, a Mahomet jego prorokiem). Tę bezmyślna piosenkę powtarzało się przy pierwszym kieliszku na siedząco, przy drugim na stojąco, przy trzecim stając na krzesłach, przy następnym stojąc na stole i znowu zaczynało się od nowa, siedząc na krześle, a raczej na barakowej ławce. Taka była zaprawa do walki o wzgórze przykryte wiecznym śniegiem, nie topniejącym w czasie krótkiego lata.

Błogosławienie wojsk rosyjskich przez popów brane już było jako żart. Na to samo patrzeć mi przyszło, ale już czułem powagę chwili.

Kiedy ustawiały się fale do natarcia, przy czym baon stawał w dwuszeregu nie mogąc się rozwinąć szerzej – kapelan wojskowy ze styryjskiego pułku wszedł na duży kamień i krzyżem błogosławił nas, tę masę która wkrótce miała przemienić się w mięso armatnie. Tylko nielicznym miało udać się przejść włoski ogień zaporowy i zdobyć szczyt. Ponura cisza, półciemna noc oświetlana rakietami włoskimi na włoskim przedpolu i naszymi w naszym rejonie ugrupowania wyjściowego do natarcia. Ja ze swoimi karabinami maszynowymi bezpośrednio za prawym skrzydłem baonu z zadaniem otwarcia ognia po opanowaniu szczytu. Mam mapę i zdjęcie lotnicze na którym narysowano drogę mojego posuwania się. Ogień prowadzi tylko artyleria. Pierwsza fala ma tylko granaty ręczne i sztylety oraz latarki elektryczne, którymi daje znać, że wdarła się w okopy włoskie.

Brak było malarza, który uchwyciłby moment otwarcia ognia przez 40 baterii na odcinek 1400 metrów. Morze ognia na wysokość kilkunastu metrów a wyżej dym. Półmrok zamienił się w jasny dzień. Eksplozje pocisków dział 305 mm dodają powagi chwili. Przewidziany ogień zaporowy włoski nie przeszkodził, aby natarcie zostało uwieńczone sukcesem. Na szczycie powitał mnie silny wysokogórski wiatr. Gdyby nie głęboki śnieg, trudno byłoby się utrzymać.

Wtem, jakby spod śniegu, wyłoniło się włoskie przeciwnatarcie. Prowadził je kapitan w wieku około 50 lat, z dziwnie sumiastymi wąsami. Oczywiście spotkaliśmy się naprzeciw. Odruchowo ja i on oddaliśmy do siebie strzały rewolwerowe i jak to na wojnie – on pozostał w śniegu, siedząc nieruchomo, a ja po tylu latach piszę o tym zajściu.

Wzgórze zostało zdobyte i utrzymane. Ten sam kapelan, który nas błogosławił, chodził teraz po pobojowisku i zbierał rannych, a błogosławił zabitych.

 

UŚCISK DŁONI CESARZA KAROLA

Z kompanii, która liczyła około 200 ludzi, po bitwie pozostało przy życiu 27 żołnierzy. Między nimi i ja. Zostaliśmy skierowani na odpoczynek do miejscowości letniskowej nad brzegiem jeziora Levico. Tam również mieliśmy otrzymać uzupełnienia.

Nagle alarm. Cesarz Karol przyjeżdza i chce nas zobaczyć. Uformowaliśmy dwuszereg na szosie i czekamy. Drogą nadjeżdża wielki samochód marki Daimler i wysiada z niego sam Karol, cesarz monarchii austro-węgierskiej. Za nim wysiadają cesarzowa Zyta, w zaawansowanej ciąży, ubrana w długą suknię, z włosami upiętymi w wysoką fryzurę oraz grubas - adiutant płk Lobkowitz z pudełkiem nowych odznaczeń „Karl-Truppen Kreuz”.

Cesarz podchodzi do każdego po kolei i osobiście przypina odznaczenie mówiąc: „Za zdobycie szczytu Monte Ortigara”.

Orkiestra baonu złożona z artystów i wirtuozów zagrała nam przy świetnym obiedzie między innymi melodię „Gdybym był królem”. Podobała mi się muzyka i smaczny obiad z zakąską ze ślimaków pod ostre austriackie wino. Człowiek przestaje reagować na śmierć nawet bardzo bliskich kolegów i przyjaciół. Żyje chwilą i nie myśli wcale o przyszłości.

Dostąpiłem tego dnia jeszcze jednego zaszczytu. Otóż cesarzowa pozwoliła sobie zrobić ze mną zdjęcie fotograficzne jako niecodzienną pamiątkę.

Koło posłów polskich w parlamencie w Wiedniu wykorzystało sukces zdobycia szczytu w Alpach przez polskie baony (mój trzeci i drugi) do podkreślenia wysiłku Polaków na rzecz Austrii.

Cesarz Karol jeździł wówczas po zapleczu frontu w Tyrolu i dekorował zasłużonych.

 

 

Okres międzywojenny – służba w kontrwywiadzie

 

AFERA ILINICZA

Zgłosił się do sztabu warszawskiego młodzian o nazwisku Styrowski, który podając się za porucznika, adiutanta osobistego szefa Sztabu Głównego, nawiązał kontakt z agentem wywiadu rosyjskiego. Agent ten zaproponował mu współpracę i wyraził zainteresowanie zakupem dokumentów, jakie uda mu się przynieść z kancelarii szefa sztabu.

Własną siecią potwierdziliśmy rzeczywistość kontaktów i podjęliśmy prace, którymi osobiście kierowałem. Działania należało prowadzić bardzo ostrożnie, bo ze strony rosyjskiej ambasady sprawą zajął się osobiście poseł Wojkow, który „połknął” już nie jednego podstawionego przez nas człowieka.

Musieliśmy zachować pozory, że ten Styrowski kręci się po sztabie głównym rzeczywiście jako adiutant szefa sztabu, jak również, że ma dostęp do rożnych tajnych dokumentów, bo stale śledził go rosyjski wywiad. Praca trwała długo, bo chodziło nam o sprawdzenie, czym interesuje się przede wszystkim wywiad rosyjski i jak głęboko sięgają jego informacje na temat naszych tajemnic wojskowych.

Wreszcie pewnego dnia zaczęliśmy otrzymywać, pisane po polsku na bardzo cienkim papierze, pytania o konkretne kwestie. Staraliśmy się „sumiennie” na nie odpowiadać. Nasze biuro fałszowania dokumentów dla służby wywiadowczej było tu bardzo pomocne. Oryginalne tajne dokumenty poddawane były bardzo szczegółowej analizie i na ich podstawie przygotowywano fałszywki. Porucznik Zaćwilichowski, szef biura, miał naprawdę dużo pracy.

Równocześnie Rosjanie wyznaczyli łączników między poselstwem, a rzekomym adiutantem Styrowskim. Pytania miał dostarczać niejaki Ilinicz, który jako szef grupy polskich przemysłowców był rok wcześniej w Moskwie, aby nawiązać kontakty handlowe między polskim przemysłem, a Rosją. W zamian za ustępstwa i kilka lukratywnych kontraktów, zobowiązał się do współpracy.

Odpowiedzi odbierać zaś miała łączniczka – Polka, która przybyła do Warszawy przez Paryż, jako nauczycielka języka francuskiego, a była wnuczką Polaka wywiezionego na Syberię po powstaniu w 1863 roku.

Prace operacyjne trwały, ale zauważyliśmy, że wywiad sowiecki zaczyna się za bardzo interesować rolą naszego „adiutanta”. Zachodziła obawa, że zostaną wycofani z pracy łącznicy, a poza tym baliśmy się, że Styrkowski może nie wytrzymać nerwowo i zdradzi się przed Rosjanami. Zapadła więc decyzja zakończenia sprawy, czyli złapania Ilinicza z dowodami szpiegostwa w ręku, to jest z pytaniami dawanymi przez ambasadę rosyjską. Sędzia szczególnej wagi Luksenburg wydał nam natychmiast akt aresztowania Ilinicza i łączniczki.

Kontakt został umówiony w bramie na ulicy Nowogrodzkiej. Ilinicz miał się zjawić osobiście. Znałem go jedynie z opisu. Miał jako znak szczególny duży tłuszczak na prawej skroni. Akt aresztowania miał kpt. Kucharski (późniejszy szef bezpieczeństwa w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych), który zamykał ulicę od strony zachodniej, od Marszałkowskiej. Ja obrałem miejsce naprzeciw domu, w którego bramie miało odbyć się spotkanie, w sklepie z napojami i maglem. Wziąłem coś do picia, zapłaciłem i nawiązałem rozmowę z klientem magla, aby nie zwrócić uwagi, że długo nie wychodzę. Moi agenci byli ukryci w sąsiednich bramach. Nasz „adiutant” wszedł do umówionej bramy. O wyznaczonej godzinie zajechała dorożka, z której wysiadł Ilinicz i też wszedł do bramy. Przerwałem wesołą rozmowę, jaką prowadziłem, wybiegłem ze sklepu i wskoczyłem do środka, a za mną moi ludzie. Zobaczyłem tylko tłuszczak na skroni i natychmiast nakazałem aresztowanie. Równocześnie zabroniłem jakichkolwiek rozmów.

Wsiadłem do czekającej dorożki i natychmiast pojechałem Nowym Światem do sądu na Miodową. Chodziło mi o jazdę po ruchliwej ulicy, aby uniknąć strzelaniny z ochroną rosyjską, która zjawiła się i jechała za nami. Bramy sadu na Miodowej były otwarte. Wjechałem bez kłopotu i przekazałem Ilinicza sędziemu Luksenburgowi, a później dostarczyłem doniesienie, dawno już przygotowywane. Żadnego przesłuchania nie zrobiłem. Oczekujący od strony Marszałkowskiej Kucharski z nakazem aresztowania został powiadomiony, że ma wracać i nakaz aresztowania doręczyć sędziemu. Gdybym pozwolił w bramie Iliniczowi na rozmowę, mógłby się zapytać czy posiadam nakaz aresztowania i byłbym w kłopocie. Działanie szybkie i stanowcze zawsze dopomaga w potrzebie.

Po wyroku Ilinicz został wymieniony na jednego z naszych agentów zatrzymanych w Moskwie, a w przededniu wybuchu wojny w 1939 roku mieliśmy informacje, że pracował w Niemczech na rzecz Niemiec i Rosji, a przeciw Polsce.

Wkrótce potem przyprowadzono mi do biura na przesłuchanie łączniczkę. Otwarcie zeznała, że jest ideową komunistką, chociaż jej dziad był zesłańcem polskim na Sybir. Przyznała się do współpracy z siecią szpiegowską ambasady i cichym głosem zaśpiewała mi zwrotkę Międzynarodówki. Uszanowałem w niej kobietę. Bez żadnych dalszych rozmów oddałem ją żandarmowi do odstawienia do sadu na ulicy Miodowej. „Adiutant” stracił pracę i otrzymał jedynie pouczenie, że na ten temat wolno mu rozmawiać.

Pamiętam, że podczas prowadzenia tej sprawy przez dłuższy czas korzystałem ze świetnych rosyjskich papierosów, dawanych z ambasady, ale się skończyły, bo kontakt został przerwany, a sprawa zamknięta.

 

 Okres powojenny – Wetzlar

 

KOMENDANTURA DLA OBOZU WETZLAR

Jako pierwszy zespół, zostałem wyznaczony na komendanta obozu w Wetzlar, gdzie Amerykanie grupowali byłych jeńców wojennych. Dano mi możliwość wybrania kilku oficerów.

Na swojego zastępcę wybrałem mjr Mazurkiewicza z 27 DP z czasu wojny 1939 roku, bardzo solidnego poznaniaka. Dolepiono mi na adiutanta i szefa zaopatrzenia oficerów z krakowskiej dywizji, a na baony, już mniej mi znanych kapitanów. Mazurkiewicz okazywał mi pełną lojalność, a „załoga” krakowska – fałsz, złośliwość i prawie wrogość od samego początku. Natychmiast rozpoczęli urządzanie drugiej władzy, a różnego rodzaju machlojki w zaopatrzeniu, w które nie miałem wglądu, zaszły tak daleko, że co pewien czas amerykański oficer żywnościowy musiał robić kontrole i zabierał nadwyżki, których nie zdążyli upłynnić poza moimi plecami.

Sprawdziło się zdanie wypowiedziane przez Ludendorfa, że gdyby nie był niemieckim generałem, to chciałby być austriackim oficerem żywnościowym. Ten mój kapitan żywnościowy był w wojsku austriackim właśnie podoficerem żywnościowym. Umieli ci ludzie tak prowadzić rozrachunki na papierze, że zawsze „byli kryci”, a żołnierz był okradany z należnej mu porcji. Te z kolei były sprzedawane, a pieniądze trafiały do kieszeni tych specjalistów.

 

OBÓZ WETZLAR

Pewnego dnia zajechał do obozu w Dössel amerykański samochód ciężarowy i zabrał wybraną załogę do obozu Wetzlar.

Był to obóz, w którym miała się formować polska brygada. Na miejscu zorganizowałem trzy bataliony i sztab pułku z możliwością dalszej rozbudowy w miarę napływu ludzi.

Cały czas dowożono byłych jeńców wojennych, byłych więźniów obozów koncentracyjnych w pasiakach i osoby wywiezione w czasie wojny na roboty do Niemiec. Stan liczebny rósł jak na drożdżach.

Kłopot miałem od samego początku z byłymi żołnierzami AK, którzy nie uznawali żadnej władzy i osłabiali mój autorytet. Amerykanie liczyli, że potrafię utrzymać porządek, a tymczasem AK-owcy urządzali awantury tak w obozie, jak i w mieście. Straszny element. Dzicz zdolna do rabunków i innych przestępstw. Uznawali tylko pobieranie żywności, a żadnych rozkazów porządkowych nie chcieli słuchać. Takie zachowanie się „żołnierzy” polskich musiało mieć wpływ na decyzję władz amerykańskich o jak najszybszym zastosowaniu umowy z Jałty i odesłaniu tego „towarzystwa” do Polski.

 

NAPŁYW LUDNOŚCI CYWILNEJ

Ludność cywilna masowo opuszczała tereny zajmowane przez wojska rosyjskie i ci, którzy chronili się pod władzę Amerykanów, napływali także do obozu Wetzlar. Dostarczono mi proszku na odwszenie, który miał być sypany na każdego przybywającego jako środek dezynsekcyjny. Zabieg ten odbywał się na placu obozowym. Nowo przybyli musieli rozebrać się do naga, byli obsypywani proszkiem po całym ciele i ubraniu i dopiero wówczas mogli wejść do obozu i otrzymać pożywienie. Nie było żadnej różnicy co do płci. W jednym szeregu stawały kobiety i mężczyźni i robota szła z wiarą, że w ten sposób ratujemy ludzi i siebie przed tyfusem, który wszy roznosiły.

 

KOMENDANT GARNIZONU WETZLAR

Przez pewien czas, na prośbę Amerykanów, pełniłem także funkcję komendanta garnizonu Wetzlar. Jako komendant zwróciłem się do miejscowego szpitala o zarezerwowanie dla mnie kilku łóżek dla obsługi obozu. Otrzymałem odpowiedź, że brak miejsc. Oświadczyłem wówczas, że wyznaczę nowego komendanta szpitala, którym będzie pułkownik-lekarz – Żyd. Zrobiło to silne wrażenie na władzach szpitala i oświadczono mi, że mam do dyspozycji dowolną liczbę łóżek, bylebym tylko nie przysyłał tego nowego komendanta. Oczywiście zgodziłem się, bo w ogóle nie miałem żadnego lekarza Żyda w stopniu pułkownika.

Obóz ulokowany był w koszarach, które zostały wybudowane już za rządów Hitlera. Nowoczesne urządzenia, chłodnia na żywność, prysznice, kanalizacja. Nim objąłem obóz, kwaterowali tu Rosjanie. Spalili jeden z budynków i zniszczyli chłodnie na mięso. Chłodnie kazałem oczyścić i naprawić naszym oficerom-inżynierom. Inżynier z miasta, który je budował, przybył ze łzami w oczach, aby podziękować za naprawę.

Tak się złożyło, że Amerykanie, nie mając chłodni, zaproponowali mi kilka ton bekonu. Nic im nie mówiąc poprosiłem o przysłanie mi mięsa. Załadowałem go do chłodni i sukcesywnie zużywałem na potrzeby obozu. Nagle Amerykanie dowiedzieli się o chłodniach i grzecznie zapytali, czy mogą dostać coś z tego bekonu. Oczywiście zaproponowałem korzystanie z dowolnej ilości.

 

ZMIANA POLITYKI

Do Wetzlar przewieziono mnie ze strefy okupacyjnej brytyjskiej. Początkowo, jak już wspomniałem, miano z nas - byłych jeńców wojennych, organizować 3 Korpus polski.

W Wetzlar Amerykanie na początku traktowali nas jak żołnierzy, nawet na wartowni u wejścia do obozu stał uzbrojony, polski wartownik. Niedługo potem plany wyjazdu kadry oficerskiej na szkolenie do Anglii zostały odroczone. Najpierw powiedziano nam, że w rejonie lotniska pojawiły się grupy dywersantów niemieckich i odlot zostaje opóźniony. Równocześnie jednak odczuliśmy zmianę w sposobie traktowania. Od razu zredukowano nam porcje żywnościowe, do porcji głodowych, wydawanych według przepisów dla Rosjan. Interwencje nic nie pomogły.

Postanowiłem czasowo uzupełniać żywności z obozu dla osób cywilnych, gdzie porcje były większe. Dostawałem stamtąd nadwyżki chleba. Jeżeli chodzi o mięso, to we własnym zakresie zorganizowałem zaopatrzenie w formie zakupu na wolnym rynku. Ponieważ nie chciałem zadrażniać stosunków z Amerykanami zakupione mięso poleciłem wwozić do obozu nie przez bramę główną, ale od tyłu przez rozbity mur otaczający koszary.

Ostatecznie wieści o naszym odlocie na przeszkolenie ucichły zupełnie. Zabrano mi kilka karabinów, jakie miałem na wartowni i nazwano nas obozem byłych jeńców wojennych. Zaczęła działać rosyjska interwencja, w której domagano się ścisłego egzekwowania umowy jałtańskiej w kwestii powrotu jeńców i ludności cywilnej z Niemiec do Polski.

Zaczęły się szykany w różnej formie. Porcje żywnościowe – głodowe. To wszystko miało nas zmusić do wyjazdu. Wytrzymywałem jednak te szykany licząc na pomoc naszych organizacji wojskowych. We Frankfurcie zaczęła funkcjonować polska Misja Wojskowa. Była to grupa oficerów wysłana z Londynu przez dotychczasowego ministra spraw wojskowych. Ta jednak nie przejawiała żadnych chęci poprawy sytuacji.

W tej napiętej atmosferze, pewnego poranka zjawia się u mnie, jako komendanta obozu, oficer amerykański i zapowiada przeniesienie obozu do Darmstadt.