Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Na stos rzuciliśmy swój życia los, na stos, na stos  (Zofia Mantyka)  2017-11-15

Na stos rzuciliśmy swój życia los, na stos, na stos

Słowo patriotyzm jest odmieniane przez wszystkie możliwe przypadki i – co ciekawe – dla większości znaczy zupełnie co innego. Oddanie się sprawie Ojczyzny – cóż to takiego? No właśnie. Kto jest uważany za patriotę, by nie powiedzieć „prawdziwego patriotę”, bo i taki termin niedawno ukuto? Czy Mickiewicz polskim patriotą był? Wbrew pozorom to nie są pytania retoryczne. W narodowym poemacie „Pan Tadeusz” wieszcz pisał „Litwo, Ojczyzno moja…”, a tu „rejwach”, bo nie tylko Litwini, ale i sympatyczni Białorusini twierdzą, że to ich wybitny poeta z Nowogródka. No i masz babo placek, takich przykładów jest bez liku. Jakby nie patrzeć, to I Rzeczpospolita jawiła się jako państwo wielonarodowe i wielokulturowe, stanowiące przy tym przyjazną oazę religijnej tolerancji.

Odzyskanie wolności i niepodległości po I wojnie światowej wcale nie było łatwe. Nie wszystkim się powiodło, choćby tacy Ukraińcy mieli zdecydowanie mniej szczęścia. Sowiecka Rosja rozlewając „proletariacką” rewolucję usiłowała zawłaszczyć i nasz kraj. Zdefiniowanie polskiego patriotyzmu w czasach II Rzeczpospolitej też trafia na liczne rafy. Czy prawdziwym patriotą był zabójca prezydenta Narutowicza? Co myśleli o patriotyzmie wykluczeni i dziady proszalne w podartych mundurach weteranów wojennych, stanowiący wówczas stały element krajobrazu? Uparcie nie chcemy dzisiaj pamiętać międzywojennej Polski, sugestywnie opisanej przez S. Grzesiuka w książce „Boso, ale w ostrogach”.

Po żydowskim holokauście w czasie II wojny światowej i dramatycznych deportacjach ludzi, uformowano Polskę jako sztuczny twór w okrojonych, przemeblowanych granicach. PRL to był etnicznie wykastrowany homogeniczny organizm. Święto 11 listopada zniknęło, bowiem Polska „prawdziwą” wolność odzyskała 22 lipca. Budowana edukacja historyczna nie budziła wątpliwości. Jeśli ktoś je miał, to mógł skorzystać z miłych turnusów reedukacyjnych z zabiegami krioterapii na Syberii, względnie zostać skutecznie wyleczony w kraju. Dokonywano zmian nazw ulic, placów, miast i świąt, weryfikowano bohaterów. Docierające kłamliwe informacje z Europy traktowane były jako kalumnie szkodzące Polsce. Już za samo ich słuchanie groziły represje. Prawdziwy patriota walczył o Pokój ze zdrajcami Ojczyzny i imperialistami.

Zegar tykał, socjalizm zdychał ekonomicznie, powstała „Solidarność” z TW Bolkiem i innymi - według aktualnie obowiązującej retoryki – zdrajcami Polski. Ubeckie komuchy z solidaruchami upichciły obiadek przy okrągłym stole. Podzielili się posiłkiem, ustalając strefy posiadania i zaczął się mroczny okres III RP z lansowaną „pedagogiką wstydu”. Święto 11 listopada triumfalnie wróciło, by wmówić Polakom pozory odzyskania wolności. Łże-elity żarłocznie rozkradały kraj, a słowo patriota zostało wykreślone ze słownika. Polska po wydostaniu się spod sowieckiego buta stała się niemieckim kondominium, osobliwie po roku 2004, gdy została gładko sprzedana Unii Europejskiej. Jedynie nieliczni patrioci z narażeniem życia chwalebnie to kontestowali, walcząc o polską tożsamość.

Arogancja „salonu” osiągnęła rozmiary oceanu, spychając poczciwych ludzi do podłej roli niewolnika, względnie do szukania miejsca poza granicami kraju. Młodzi prekariusze snuli się beznamiętnie w poszukiwaniu miejsca z nadzieją, że może jakimś cudem konkurs nie będzie ustawiony. No, ale „sorry, taki mieliśmy klimat” na zielonej wyspie. Pakowali więc walizki i żegnaj Polsko. Ówczesnym władcom należy sprawiedliwie oddać jedno - w swej bezczelności wcale nie kryli, że państwo jest „dzikie, teoretyczne, jednym słowem - gruz i kamieni kupa”. Protest przeciw tak urządzonemu państwu znalazł finał w wyniku wyborów w 2015 roku i pięknolica formacja, która nie miała z kim przegrać… przerżnęła z hukiem.

Suweren krzyknął „Basta!” i patrioci przystąpili do oczyszczania stajni Augiasza. Wprowadzane zmiany może i są dokonywane metodą gaszenia pożaru benzyną, ale ludziom się podobają. Jajogłowe lemingi kwiczą, że wypadałoby przeczytać coś więcej niż „Wstęp do prawodawstwa”, aby zabierać się za stanowienie prawa. A tu jak widać wcale niekoniecznie. No i co, że spora część reform ma postać gombrowiczowskiego „gwałtu przez uszy”, a spór między Miętusem i Syfonem - z dłubaniem w nosie i innymi wesołymi chwytami - kończy się podpisem „zaczarowanym ołówkiem” prezydenta. To jedynie imponderabilia, a toczone bitwy są skutecznie wygrywane, budząc sympatię i aprobatę większości.

Sędziowie w wieku 65+ niczym „mastodonty” będą zesłani na niezasłużony spoczynek. Redukcja poprzez próg wiekowy jest oryginalna. Dlaczego ograniczać się do sędziów, a co z pozostałymi? Wśród parlamentarzystów, samorządowców aż skrzy się od kosmopolitycznych „europejskich sługusów” i całe to towarzystwo też można przefiltrować odpowiednim durszlakiem. Patrząc na poczynania „młodych wilków” z jaką dezynwolturą przeprowadzają porządki, ręce składają się do oklasków. Krytyka Marksa nie wytrzymuje krytyki, bo jednak „byt określa świadomość”. O życiu człowieka decydują warunki ekonomiczne i nie ma zmiłuj, udawany sprzeciw przeciw tej tezie jest prawdziwy, jak altruizm Harpagona.

Pytania stawiane przez rozmaitych „paprykarzy” – „Jak żyć?”, czyli jak postępować, aby się jakoś utrzymać na powierzchni życia, oczekują uporczywie na odpowiedź. No właśnie – jak? Prawicowy populizm wypisuje recepty na to pytanie, obiecując „wykluczonym” konfitury, rewolucyjny walec przetacza się więc przez kraj. Wskazując „wrogów polskiego ludu” i budując nową narrację historyczną, miło pieści się ucho suwerena, komplementując wyjątkowe przymioty Polaków, ochoczo „zapisujących się” do obozu patriotycznego. Naszym reformatorom daleko przy tym do José Mujica – prezydenta Urugwaju, gdyż ten poczciwy frajer nie rozdawał publicznych środków, a swoje własne (sic!).

Rodziny w XX wieku miały po kilka lub nawet kilkanaścioro dzieci. Umieralność była spora, ale nikt nad tym szczególnie nie ubolewał, ot „Pan Bóg dał, Pan Bóg wziął”. Cywilizacyjne kaprysy kobiet z kretyńskimi pretensjami do równouprawnienia, konsumpcjonizm i inne plugastwa spowodowały załamanie demografii. Ministerstwo Zdrowia stara się ten proces odwrócić, elegancko propagując w reklamach prokreację z „króliczą” dynamiką. Wpisują się tym samym w krytykę papieża Franciszka, który coś tam bredzi, że katolik to nie królik i niekoniecznie musi mieć dużo dzieci. Uczestnicy Marszu Niepodległości okraszonego hasłem „My chcemy Boga” bezkompromisowo pokazują Europie, kto ma rację i dla kogo jest w niej miejsce. Triumfalne race nad Wisłą swym blaskiem oświecają chorą Europę.

Obserwując obchody Narodowego Święta Niepodległości odnosi się wrażenie, jakby to było najsmutniejsze święto w roku. Uczestnicy akademii wyglądają jak pacjenci w poczekalni do gastrologa, marsowa powaga i cierpiętnicze miny przywodzą na myśl uroczystości pogrzebowe. Przemówienia utożsamiają „patriotyzm” przede wszystkim ze śmiercią za Ojczyznę. Okazywanie oznak radości, czy broń Boże miłości do innych jest wybitnie niewskazane, to nie ten czas, tu chodzi o narodową sprawę i trzeba wzniośle na wysokim „c”. Niech Europa patrzy, zazdrości i drży – jakie potężne mocarstwo i lider „Międzymorza” rodzi się nad Wisłą! U nas i z nami żartów nie ma! Taki ma być przekaz! Jak to się ma do Dokumentu Konferencji Episkopatu Polski „Chrześcijański kształt patriotyzmu”? Trudno zgadnąć.

Spin doktorzy funkcjonujący na wszystkich piętrach władzy, począwszy od rządu, a na maleńkich sołectwach kończąc, z pracowitością Czerepacha przedstawiają żądany obraz i można im za przeproszeniem „skoczyć na puklerz”! Przez ostatnie tygodnie budowane jest napięcie… magicznym słowem „rekonstrukcja”, które ma przykuwać uwagę gawiedzi. Dyrygent orkiestry szafuje swoich hunwejbinów, upokarzając ich bez umiaru. Ci zaś prześcigają się w licytacji lizusostwa z okrzykiem na ustach „Ave, Cezar!”. A wszystko to nie dla siebie nie, po trzykroć nie - to dla dobra Polski, jak przystało na obóz patriotyczny.

Czym się różni koń od wielbłąda? Koń jest podkuty. Weźmy Małopolskę i zderzmy ranking gmin z wynikami plebiscytu na kapelusze dla najpopularniejszych samorządowców. Gmina z północy naszego powiatu w owym rankingu jest na dość odległym 128 miejscu wśród 181 sklasyfikowanych, ale jako jedyna w województwie może się pochwalić wójtem z… kompletem wszystkich 18 kapeluszy! Paradoks? Wcale nie, to bezdyskusyjny fakt, a z faktami się nie dyskutuje, podobnie jak z informacjami w radio Erewań. Warto przypomnieć sobie pierwszą polską powieść I. Krasickiego „Mikołaja Doświadczyńskiego przypadki” z cudowną krainą na wyspie Nipu. W brzeskiej gminie sytuacja jest równie interesująca. Po prostu nie ma rzeczy niemożliwych, a postrzegana rzeczywistość jest kwestią interpretacji przekazywanych Nipuańczykom, którą tworzy wszędobylski Czerepach.

Niekonwencjonalne zazwyczaj spektakle online z brzeskich sesji stanowią dla oglądających pyszną kabaretową rozrywkę. Jest tam w zasadzie wszystko, a nawet i więcej, nic tylko boki zrywać. Radni lubują się w wymyślaniu politycznych apeli i rezolucji, to ich modus operandi. Pasja z jaką analizują stan ulic może budzić powszechny zachwyt. Naiwny brzeszczanin myliłby się jednak myśląc, iż chodzi im o stan nawierzchni, chodniki, estetykę czy inne banalne pierdoły. Otóż nie, nasi wielce czcigodni rajcowie lewitują na wyższym pułapie. Oni pracują nad stanem… nazewnictwa ulic, to dla nich priorytetowa kwestia jest. „Nic, że droga wyboista, ważne że kierunek słuszny”! Bo jakby co – to i tak „przyjdzie walec i wyrówna”.

Ostatnio do katalogu najważniejszych gminnych tematów dorzucili jakże frapującą problematykę obyczajową – rodem z brazylijskich seriali. Na sesjach kontemplują smakowite opowieści z cyklu „co też jedna baba powiedziała drugiej babie”. Atrakcyjność i komizm obrad szacownego gremium podnosi ich uznany autorytet. Niezorientowanym mogłoby się wydawać, że to „wypadek przy pracy”. Nic bardziej mylnego – oni po prostu tak mają i już! Panujący wszechobecny rozgardiasz, kawiarniane pogaduszki, improwizowane wystąpienia, mentorskie monologi i brak obsługi prawnej czuwającej nad zasadami procedowania to – jak się wydaje - obowiązujący standard obrad komisji i sesji.

Mój jowialny sąsiad powiedział mi ostatnio: Pani Zosiu, zdarza się niekiedy, iż człowiek ulegając zgubnej melancholijnej megalomani zaczyna być przekonany, że wszystko wie… najlepiej, niczym bohaterka wiersza J. Tuwima „Zosia samosia”:

Jest taka Zosia,
Nazwano ją Zosia-Samosia,
Bo wszystko "Sama! Sama! Sama!"
Ważna mi dama!
Wszystko sama lepiej wie,
wszystko sama robić chce,
Dla niej szkoła, książka, mama
nic nie znaczą - wszystko sama!
Zjadła wszystkie rozumy,
Więc co jej po rozumie?
Uczyć się nie chce - bo po co,
Gdy sama wszystko umie?
A jak zapytać Zosi:
- Ile jest dwa i dwa?
- Osiem!
- A kto był Kopernik?
- Król!
- A co nam Śląsk daje?
- Sól!
- A gdzie leży Kraków?
- Nad Wartą!
- A uczyć się warto?
- Nie warto!
Bo ja sama wszystko wiem
i śniadanie sama zjem,
I samochód sama zrobię
I z wszystkim poradzę sobie!
Kto by się tam uczył, pytał,
Dowiadywał się i czytał,
Kto by sobie głowę łamał,
Kiedy mogę sama, sama!
- Toś ty taka mądra dama?
A kto głupi jest!
- Ja sama

Dla jasności – ostatni passus tekstu, zasugerowany przez sąsiada – przeznaczony jest i dotyczy wyłącznie niesfornie nieokrzesanej autorki felietonu.

Zofia Mantyka
 
comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com