Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Mieliśmy swoją Wenecję. Wspomina Andrzej Kupiec.  (Andrzej Kupiec, Jacek Filip)  2017-10-15

Mieliśmy swoją Wenecję. Wspomina Andrzej Kupiec.

Kiedy przed wieloma laty przyjechałem do Brzeska, nie omieszkałem odwiedzić „mojej Wenecji”. Osiedle to było już przeznaczone do likwidacji. Mieszkała na nim ostatnia rodzina, czekając na nowe lokum. Zaspokajając ciekawość, wszedłem do jednego z opuszczonych mieszkań. Za drzwiami wejściowymi na prawo prowadziły schody na pierwsze piętro. Przez okno można było dostrzec „kawałek” Wenecji. Przez chwilę byłem znowu małym chłopcem...

 

Autor wspomnień w latach 1965-66. W tle kiosk przy Placu Kazimierza Wielkiego.(*)

„Starsi ludzie mieszkający w tej okolicy pokazują dziś miejsce przy ulicy Wąskiej, gdzie był staw nazywany przez nich jeziorem i gdzie mieli doskonałą ślizgawkę. (...) Dodać jeszcze należy, że ulica Wąska i cały ten teren, łącznie z domami Wenecji, do roku 1951 należały do wsi Pomianowa. Granica między Pomianową i Okocimiem przebiegała środkiem Uszwicy aż do granic miasta. Ten rejon, a szczególnie domy wybudowane nad Uszwicą zawdzięczają nazwę Wenecja rzece, która je opływała i często zagrażała powodziami. Ta część dzisiejszego miasta, a dawniej Pomianowej, odgrodzona była także jazem .” [1]

Mapa (plan Pomianowej) z 1907 r. [2]

Dla przejrzystości zaznaczono położenie Wenecji oraz obecną ul. Wąską, przy której w tamtym czasie stały tylko dwa domy. Jeden z nich był opisany wcześniej na portalu. [3]

„W nowszych czasach pamiętna była powódź w roku 1934. Rozszalał się Dunajec, rozlały Wisła i inne rzeki południowej Polski. Rozlała też Uszwica na nieznaną w historii skalę. Starsi ludzie pamiętają tę powódź. Zalane zostały domy na Wenecji i po drugiej stronie rzeki, woda podeszła dawnym jazem i przecięła ulicę Wąską, tak że tam mieszkający ludzie robili tratwy z wrót i przy ich pomocy przedostawali się na drugą stronę i do budynków gospodarczych.” [4]

Powódź w roku 1934. Zdjęcie wykonał p. Edward Zawartka. [5]

Wenecja, jak ją pamiętam, to półwysep z jednej strony połączony z lądem tzw. polami Stramskiego a z trzech okrążony przez Uszwicę. Dojście do tego siedliska było możliwe albo ulicą Wąską, albo po przejściu ulicą Cegielnianą przez drewniany most. W okresach powodzi most ulegał uszkodzeniom, był stale reperowany, aż w końcu „zabezpieczyła” go gruba stalowa lina, której koniec opasano wokół bardzo starego potężnego dębu. Idąc na Wenecję, można było przy niskim stanie wody w Uszwicy przejść po kamieniach, skracając w ten sposób drogę.

Przed paroma laty byłem w Norwegii nad Sognefjord. Aby dalej wędrować przez pasmo górskie, musiałem przejść wąskim strumykiem przez jeziorko po zanurzonych w wodzie kamieniach. Trochę się bałem, ale moja głowa zareagowała natychmiast: „To nic nowego dla ciebie, przecież robiłeś to już wiele razy, nic ci nie grozi, idź spokojnie po tych kamieniach, tak jak przed pięćdziesięciu laty na Wenecji.” Miejsce to nazywało się Jettegrytene. Do dzisiaj nie chcę wiedzieć, co to oznacza po polsku.

Centralnym punktem Wenecji był tzw. Front, na którym dzieci bawiły się od rana do wieczora, a dorośli dzielili się najnowszymi wiadomościami z pobliskiego browaru czy zasłyszanymi w radiu. Dyskutowano nad tym, co napisano w „Gazecie Krakowskiej” i „Echu Krakowa”. Telewizja to była jeszcze daleka przyszłość.

Jak na tamte czasu sama zabudowa osiedla była bardzo przemyślana. Istniały małe parterowe i duże, z piętrem, mieszkania. Do małych (jak u Babci) wchodziło się nie od Frontu, tylko od leżących po drugiej stronie ogródków działkowych. Natomiast duże mieszkania, jak np. rodziny Baranów, miały dwa wejścia: od Frontu i od ogródków. Mieszkania ogrzewano węglem lub drewnem, a dzięki zainstalowanym bojlerom (w kuchni nad piecem) można było korzystać z ciepłej wody. Zainstalowane wewnątrz pieca rury podczas palenia zamieniały zimną wodę na ciepłą. To był już wyraźny postęp. Wenecja była skanalizowana, ubikacje znajdowały się w mieszkaniach. Dla każdej rodziny wybudowano piwnicę oraz komórkę. Ta ostatnia służyła jako spiżarka lub mini spichlerz. Dziwi mnie bardzo, że nie pamiętam, aby ktoś z mieszkańców posiadał psa. A może to tylko kwestia pamięci?

Od strony rzeki w ogródkach działkowych mieszkańcy uprawiali warzywa, rosły też tutaj drzewa owocowe: jabłonie, grusze i śliwy. Latem można było już z daleka oddychać zapachami kwiatów, kopru, pomidorów, zielonego groszku, papierówek, napawać oczy widokiem grochu pnącego się po wbitych w ziemię długich tykach. W ogródkach oprócz uprawiania warzyw i owoców hodowano króliki (rodzina Serwatków), a prawie wszyscy wenecjanie posiadali kury, kaczki lub gęsi.

Jako dzieci czuliśmy się tutaj bezpiecznie, wolni, kochani przez rodziców i dziadków. Odwiedzałem moją babcię Kunegundę Kupiec, która długie lata mieszkała na Wenecji wraz z mężem Janem Kupcem, pracownikiem browaru, a po jego śmierci – samotnie. Na wakacje przyjeżdżał z Tychów mój kuzyn Zbyszek Pyrek, więc krąg chętnych do zabawy powiększał się o „obcokrajowca”. A moimi kumplami z tego okresu byli: Jerzy i Jan Puskarczykowie, bracia Płachtowie: Jurek, Paweł, Andrzej, Krzysiek i Janusz Baranowie, Andrzej Płaneta, Marek Kural, Henek Habryło, a także będący na wakacjach u babci bracia Piotr i Paweł Twardowscy oraz Erwin Matuszczak.

Chłopcy bawili się we własnym gronie, podobnie dziewczynki. To były dwa równoległe do siebie światy, które, jak pamiętam, nigdy nie szukały ze sobą styczności.

Tato Zbyszka Pyrka jeździł już w latach 1961- 62 škodą octavią. Kiedy bawiliśmy się na „Froncie” lub na drewnianym moście, mieliśmy na oku, to co działo się na ulicy Cegielnianej. W momencie, gdy czarna škoda pojawiała się na wahliwym moście, przybiegaliśmy, skąd kto mógł, żeby zobaczyć to cudo. Wujek Ryszard robił rundę wkoło Wenecji a za samochodem formował się korowód fanów motoryzacji. Każdy, kto miał dwie nogi lub cztery łapy, eskortował przybyszów. Dorośli wychodzili przed dom, wyglądali oknami, tak jakby nagle pojawiło się UFO lub przyjechał cadyk z Leżajska. My, malcy, nie mogliśmy dotykać samochodu, tylko z bijącym sercem oglądać, by w taki sposób reagować przed ponad pięćdziesięciu laty na „nowe”.

A jakie rodziny zamieszkiwały wtedy Wenecję? Olchawowie, Białkowie, Baranowie, Habryłowie, Sromkowie, Kupcowie, Kuralowie, Misińscy, Płachtowie, Serwatkowie, Szostowie, Grzywnowie, Piechowiczowie, Twardowscy. Pan (Henryk?, Tadeusz?) Twardowski, ojciec Zdzisława, byłego piłkarza Okocimskiego Klubu Sportowego i pracownika browaru, brał udział w II wojnie światowej, będąc osobistym kierowcą generała Władysława Andersa. Zapamiętałem, że kiedy o panu Twardowskim opowiadał mój ojciec, to używał słowa „służył”.



Na Wenecji, z tyłu fragment domu Płachtów

Niedaleko osiedla stała, założona przez barona Goetza, stara cegielnia. Materiał do produkcji wydobywano z pobliskich terenów, zostawiając wyrobiska, w których później gromadziła się woda. Wyrobiska te nazywaliśmy „Gliniankami”. Tam pływaliśmy, wędkowaliśmy i podpatrywaliśmy ptaki, które w glinianych ścianach drążyły gniazda. Na terenie cegielni pod specjalną konstrukcją dachową czekały przeznaczone do wywozu wypalone cegły. Wydaje mi się, że dyrektorem tego zakładu był pan Michał Damasiewicz, wujek lub tato mojego kolegi Stasia. Obok cegielni mieszkali Maderscy i Kapciowie. Ci ostatni posiadali dwa stawy rybne, gdzie mogliśmy bez strachu wędkować. Ci, którzy czekali na „połów swego życia”, to Paweł Płachta z braćmi Andrzejem i Jurkiem, Zbyszek (Binek) Pyrek, autor niniejszych wspomnień, Marek Kural, Henryk Habryło i inni, ale nazwisk już nie pamiętam. To także oni wraz ze swoimi rodzinami tworzyli historię tego skrawka brzeskiej ziemi.

Za wyrobiskami stała już nieużywana wówczas (lata sześćdziesiąte XX wieku) oczyszczalnia wody używanej do produkcji piwa. Nazywaliśmy tę budowlę „Kanałami”. Aby na ich dno dotrzeć, musieliśmy zejść, trzymając się metalowych uchwytów, co wcale nie było łatwe. To było świetne miejsce do zabaw, gdyż panował tam cały czas mrok, było ślisko i żyło mnóstwo żab. „Kanały” to miejsce, przed którym mieliśmy duży respekt, a nawet strach.

Moja Mama i ja poniżej "Kanałów" na Wenecji

A ostatnim „etapem” naszych zabaw na Zielonce był tzw. staw Malagi. Mogli tutaj wędkować tylko pracownicy browaru. Opowiadania „wujka” Malagi o tym, jak powalił suchą bułką niedźwiedzia i często powtarzane przez niego „ty korwa młotku” obrosły legendą. Zimą na „stawie Malagi” graliśmy w hokeja. Na początku poruszaliśmy się po lodzie z pomocą przykręcanych do butów łyżew firmy Junak lub Śnieżka, by wkrótce zamienić je na panczeny (tak często nazywano, choć błędnie, łyżwy hokejowe). Kije do gry wycinał nam z desek pan Stefan Ropek, który miał stolarnię przy ulicy Długiej. A prawdziwe „hokejki”, czyli takie z zakrzywionymi „łyżkami”, dostaliśmy od byłego gracza KTH Krynica – Władysława Michalika, który bardzo często odwiedzał swoich teściów mieszkających na Wenecji (rodzina Płachtów). Kije te były produkowane przez znaną w tym czasie firmę Władysława Smolenia z Męciny koło Zakopanego.

Taflę lodową na stawie przygotowywaliśmy sami, polewając na rozłożony koc wodę. Następnego ranka mieliśmy taflę – „szklankę”. W czasie długiej i mroźnej zimy hokej stanowił dla nas dyscyplinę numer jeden. A grali: Jan Puskarczyk, najlepszy z nas, jeśli chodzi o technikę jazdy i opanowanie krążka, Andrzej („Ana”) Franczak, Zbyszek Płaneta, Marek („Tretjak”) Latasiewicz, Jurek i Andrzej Płachtowie, Marek Osmęda, Wiesław Japa, Krzysiek Baran, Andrzej („Kotlet”) Płaneta oraz autor tych wspomnień. Nikogo nie trzeba było ciągnąć na siłę; ta paczka była zawsze gotowa na wielogodzinne, bo często aż do ciemności, współzawodnictwo. Idąc na „hokeja”, zabieraliśmy z sobą jedzenie, które zresztą po chwili zamarzało, i termosy z gorącą herbatą. Krótka przerwa na odśnieżenie tafli, nowy wybór drużyny, w międzyczasie wzmocnienie sił posiłkiem, i z powrotem do grania.

W miejscach po stawie, cegielni, „Kanałach”, „Gliniankach” czy wysypiskach browarskich śmieci powstała nowa, większa i nowocześniejsza część Browaru Okocim.

Odeszło w zapomnienie to co stare, prymitywne, mało wydajne, zastąpione zostało nową, lepszą ideą bądź rozwiązaniem. Z tym trzeba się pogodzić, jeśli świat ma się rozwijać, ale o historii tego skrawka brzeskiego życia należy pamiętać. Na nią składały się przecież losy dziesiątków rodzin, którym na pewno ciężko się żyło, choć w dziecięcych oczach rzeczywistość bywała piękna i na wszystko patrzyło się pozytywnie.

Do dzisiaj stykam się z sytuacjami, ludzkimi reakcjami, utworami muzycznymi a nawet zapachami, z którymi mogę zaraz kojarzyć czas, miejsce i okoliczności sprzed kilkudziesięciu lat. Automatycznie pojawiają się w mojej głowie zdarzenia, postaci, obrazy, które na szczęście do dzisiaj są w niej głęboko zakodowane. Sam siebie pytam dlaczego? Odpowiedź może być tylko jedna, a mianowicie taka, że miałem bardzo barwne, bezpieczne i szczęśliwe dzieciństwo. Nim oddychałem pełną piersią.

I jak tu nie kochać tych lat?

Jacek Filip: W czasie powodzi w 1997 roku Wenecja, wtedy jeszcze zamieszkana, znalazła się pod wodą, podobnie jak znaczne obszary południowej części Brzeska. Po tej powodzi trochę zmieniono koryto Uszwicy przy ulicy Brzegowej i Szkole Podstawowej nr 1, a w okolicy ulicy Cegielnianej przeprowadzono konserwację dna tej rzeki. W 1998 roku mieszkańcy Wenecji zostali przesiedleni do bloku przy ulicy Partyzantów.


fot. Jacek Filip

Wiązało się to także z budową obwodnicy w kierunku Tarnowa. I właśnie ten rok można uznać za koniec takiej Wenecji, jak opisana w powyższych wspomnieniach.

Przesłane listownie wspomnienia Andrzeja Kupca opracował i uzupełnił Jacek Filip przy współpracy Zbigniewa Stósa.

Aktualizacja: 30 października 2017r.

Przypisy i piśmiennictwo.

(*) - Kiosk, mający kształt wieloboku, stał tam długie lata. Sprzedawano w nim we wtorki i piątki (wtedy na obecnym Placu Kazimierza Wielkiego odbywał się targ) materiały na ubrania i wyroby tekstylne, nabiał, mięso oraz wyroby mięsne. Kiosk posiadał wydzielone stoiska.

[1] – J. Burlikowski, Kronika miasta Brzeska 1385 – 1944, t. 3, str. 30.
[2] – J. Burlikowski, Kronika miasta Brzeska 1385 – 1944, t. 3, str. 31.
[3] - Z. Stós "Rozebrany został przedostatni drewniany budynek piętrowy ze starej, XIX-wiecznej, zabudowy Brzeska."
[4] – J. Burlikowski, Kronika miasta Brzeska 1385 – 1944, t. 3, str. 36.
[5] – J. Burlikowski, Kronika miasta Brzeska 1385 – 1944, t. 3, str. 35.


Od admina: Po zapoznaniu się z powyższymi wspomnieniami Marek Sukiennik przysłał heliograf "Wenecji" z lat 20 XX w. formatu 18x13 cm, na karcie 24 x 18 cm.


Na zdjęciu, poza budynkiem mieszkalnym dla pracowników Browaru, widać także most łączący "Wenecję" z ul. Cegielnianą. Most ten został zniszczony w trakcie powodzi w 1934 r. a na jego miejsce wybudowano nowy, który również uległ zniszczeniu w  latach 60. Na jego miejsce wybudowano jedynie kładkę dla pieszych. Po zniszczeniu kładki przez Uszwicę na przełomie lat 60/70, mieszkańcy Wenecji chcący dostać się na ul. Cegielnianą i/lub Okocimską, korzystali z pozostałości tej kładki w postaci stalowych dwuteowników, które leżały w wodzie. Oczywiście było to możliwe jedynie przy niskim stanie wody w Uszwicy. W tym czasie przedłużono ul. Wąską, aby umożliwić mieszkańcom dostęp do miasta.

Młodzieńcy siedzący na barierce mostu to zapewne przyszli ojcowie kolegów Andrzeja Kupca. Kto wie, może między innymi jest także jego ojciec?



Zbigniew Stós
16 październik 2017 r.


comments powered by Disqus



Copyright © 2004-2017 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com