Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Kanikułowe imprezy w grajdole.  (Zofia Mantyka)  2017-07-06

Kanikułowe imprezy w grajdole.

Za nami letnie przesilenie i najdłuższy dzień w roku z poszukiwaniem kwiatu paproci, który -podobnie jak „złoty pociąg” - znaleźć arcytrudno.  A szkoda, gdyby się powiodło, może spełniłyby się nadzieje na lepsze życie dla naszych rodzimych White Trash. Lato to „sezon na kleszcza”, choć strach przed jego ukąszeniem jest chyba ciut mniejszy niż wizja wieszczonych plag związanych z inwazją „ciapatych”. My tu w swojskim „grajdole” chcemy żyć w poczuciu bezpieczeństwa i izolacji. Sam termin „grajdoł” jest nasz i nikt nam go nie zabierze. Nie widziałam żadnej plaży, poza tymi nad polskim Bałtykiem, by ktoś rano pędził i kopał rezerwacyjny „grajdół” - to socjologiczny fenomen.

Czas, gdy Słońce znajduje się w gwiazdozbiorze Wielkiego Psa, upływa nam na urządzaniu swojskich imprez. Ich rozmach i charakter zależy od pomysłowości organizatorów. Zdarzają się ambitne pozycje, jak choćby udana „dębińska” próba bicia rekordu Polski biegu w gumofilcach, ale bywają i mniej spektakularne i nie do końca przemyślane. Na festynie w Krośnie Odrzańskim strażaccy druhowie pokazali, że potrafią się pysznie bawić, ostrzeliwując armatką wodną burmistrza. Hecnie schłodzony włodarz gminy pławił się jakby trochę mniej udanie, lądując w szpitalu z uszkodzeniem gałek ocznych.

TVP pokazała nieskrępowaną zabawę na „Imieninach pana Janka” i srebrną galę piosenki „25 lat disco-polo” z miłosnym przekazem, że - „wszyscy Polacy to jedna rodzina”. I nieważne - z mydełkiem Fa, czy bez. Znane melodie i jakże poetyckie teksty. Frazy typu: „Ruda tańczy jak szalona, rzeczywiście to jest ona! Rudą lalę pokochałem, z Rudą noce są wspaniałe!”, czy „Mężu chodź kupimy sobie cadillaca, to wydatek spory, ale frajda jaka” – nie mogą nie wzbudzić zachwytu. Telewizja zamierza udoskonalić audycję „Jaka to melodia”, wzbogacając ją o piosenki „patriotyczne”. Jak widać program „rewitalizacji” inteligencji nabiera rozpędu.

Na krakowskim rynku nudziarstwo – 30. Międzynarodowy Festiwal Teatrów Ulicznych, pod głupawym hasłem „Fahrenheit 451” (temperatura palenia papieru). Ma to być wydumany obraz życia ludzi, którym zabrania się… posiadania i czytania książek. Świat w którym zakazana jest literatura, sztuka, filozofia, opanowany przez „kulturę obrazkową” z jej głównym narzędziem - telewizją. Zatem świat totalitaryzmu, gdzie terror zastępuje medialna manipulacja, formatująca umysły i emocje. Ot takie łzawe rojenia „łże-elit”, które jak przystało na „złogi”, tworzą sobie jak w „Seksmisji”, skowyczące „ogniska dekadencji”.

Czy „narodowe” media - wstając z kolan - się… potknęły i znów plackiem leżą przed kolejną władzą, usiłując widzów do grajdoła wcisnąć? Dokładnie rok temu, z okazji Roku Europejskiej Stolicy Kultury we Wrocławiu, telewizyjna „dwójka” transmitowała koncert gwiazdy zespołu Pink Floyd, Davida Gilmoura z udziałem Zbigniewa Preisnera. Teraz pokazywani są „artyści” wyraźnie lepiej celujący w gusta publiczności. Suwerena dopieszcza się na różne sposoby, chętnie poprzez swojską – niekiedy pedagogizującą - rozrywkę, względnie pokazowe branie pod but tych, którym się lepiej powodzi. To do ludzi trafia, to lubią. Czy jesteśmy wtłaczani w mentalny, kulturowy, obywatelski grajdół?

Stefan Kisielewski, przedstawiając naszą sytuację w czasach PRL-u, łaskaw był powiedzieć: „To, że jesteśmy w dupie, to jasne. Problem w tym, że zaczynamy się w niej urządzać”. Czy jak owi „Straszni mieszczanie”, co to - „Głowę rozdętą i coraz cięższą, Ku wieczorowi ślepo zwieszają. Pod łóżka włażą, złodzieja węszą, Łbem o nocniki chłodne trącając” - zachęceni doraźnym rozdawnictwem pieniędzy wierzymy, że każdy potrzebujący dostanie to, co chce? Po prawdzie, suwerenowi twór zwany konstytucją wisi jak przysłowiowe „kilo kitu”, ergo – to ileś tam kartek zwykłych „bzdetów”, których nigdy nie przeczyta. Gówno go obchodzi jej kształt i dylemat czy będzie ona porządkująca, czy też może skłócająca państwo i jego obywateli.

Nasz grajdół jest nasz i nikt obcy nam go tu nie będzie urządzał. To nie jest za przeproszeniem jakiś tam kahał. W Polsce ludność, po dokonaniach Hitlera i Stalina, to prawie monolit, zarówno narodowościowy jak i religijny. Wywoływane fobie są raczej na polityczne zamówienie. Lewacy, którzy oburzają się na Episkopat w sprawie in vitro, aborcji czy związków osób tej samej płci – o ironio - widzą w uchodźcy twarz… Chrystusa! To Himalaje szczytów hipokryzji. Dla odmiany prawacy - traktujący uchodźców jako paliwo polityczne - w tej kwestii nie liczą się nawet ze zdaniem Kościoła. Ot taka maleńka, frywolna psota.

Katolicyzm opiera się na kościelnej hierarchii. Reguły wyznania są określone, a doktryna o nieomylności papieża nie pozwala - ot tak sobie - powiedzieć: „mam inne zdanie niż głos ze Stolicy Piotrowej”. To zabawne, że ci którzy swój byt polityczny zawdzięczają wsparciu Kościoła, ów głos otwarcie postponują. Czy powstanie nowy reformatorski odłam katolicyzmu, z ambicjami sortowania ludzi? Czym zastąpią sakramentalne „Miłuj bliźniego swego jak siebie samego”? Zdumiewające, jak łatwo trafiają do osób, którzy mentalnie mogą mieć wątpliwości czy gaszenie ognia „od pioruna” nie jest aby świętokradztwem - gdyż w ich pojęciu „Bóg dobrze wiedział, w którą chałupę przypieprzyć”.

W myśl ich narracji trzeba „zamurować” granice, bowiem w przeciwnym razie ulice spłyną krwią. Powstaną muzułmańskie getta, a szariat zniweczy polskie prawo. Nakręca się spirala strachu i nienawiści do obcych. Nie można oczywiście udawać, że zagrożenie nie istnieje, ale dowcip polega na tym, że obcy u nas już są! I to nie jest UFO. W miastach egzotyczne restauracje, czy UberEATS to widok powszechny. Hindusi, Arabowie, Chińczycy, Wietnamczycy, a i topowi Syryjczycy. I to nie tylko rzucające się w oczy branże gastronomiczne, ale też i lekarze, handlowcy itd. Trudno nie wspomnieć o Czeczenach, czy Ukraińcach, gdyż ci ostatni są już wszędzie. Jak z tego wybrnąć?

Polityczne paliwo tragedii smoleńskiej powoli się dopala i przestaje wywoływać zamierzony efekt, zatem sprawa uchodźców nadaje się idealnie do spolityzowania. W obliczu zderzenia ze skutkami „wielkich reform” potrzeba gorącego tematu jest - nomen omen - paląca. Po entuzjastycznie przyjętym programie „500 +”, zbliżają się sprawy trudne, które rządzącym sympatii raczej nie przyniosą. Scentralizowany system finansowania służby zdrowia, sieć wybranych szpitali i wyciąganie ręki do obywateli po dodatkowe opłaty, czy też podniesienie składki, wywoła niemiłe zamieszanie. A osobliwa likwidacja NFZ poprzez… jego utrzymanie, to dziwaczne gonienie własnego ogona.

Stwierdzenie: „ Nigdy nie zgodzę się na przepisy, które podzielą pacjentów na lepszych i gorszych”, brzmi jak ponury żart. Ten podział z dnia na dzień staje się coraz głębszy, a dyrektorzy szpitali powiatowych dostający synekury w radach nadzorczych banku Pekao SA, na pewno nie są lekiem uzdrawiającym. Tymczasem leki drożeją w okamgnieniu. Co z pacjentami szpitali, które w sieci się nie znalazły? Kto dziś leczy zęby w placówkach publicznych? A jakie są terminy do specjalistów? Bywa, że i kilka lat, nawet jeśli przypadek jest pilny! Dla tych, co nie mają pieniędzy, jedynym balsamem pozostają podniosłe… egzorty.
Trwające od ponad dwudziestu lat reformy systemu ochrony zdrowia znakomicie ilustrują fachowe kompetencje kolejnych ekip rządowych i przypominają mi stary szmonces:
„O Icku skarżącym się rabinowi, że jego zięć nie potrafi pić wódki i grać w karty.
– Ależ Icek, taki zięć to skarb.
– Ależ rebe, on nie potrafi pić wódki, ale pije, on nie potrafi grać w karty, ale on gra”!

No cóż - „nie śmiejemy się, bo jest nam wesoło, ale po to, by było nam wesoło”. Kiedyś wszystko było pod dyktando komitetów partii, starsi to pamiętają, nic nie można było zrobić bez stosownej zgody. A jak to działa dzisiaj? Mojemu pokoleniu, które w szkole więcej się uczyło, a mniej dyskutowało, doskwierało ograniczenie wolności. Belfrowie, gdy uczeń nie przeczytał lektury, nie wzywali pedagoga, aby szukać kryzysu jego osobowości, dranie traktowali, że to lenistwo jest i karcili. Nie przypuszczałam, że pomimo wywołanego chaosu w szkołach, znajdę powód, by ambiwalentnie chwalić „reformę reformy” edukacji.

Wprowadzenie gimnazjów - jak zapewniali „reformatorzy” – miało wyrównać edukacyjne szanse dzieci. Chwalebny postulat, który jak to postulat spełnia się… po stu latach. Reforma była szalona i dlatego znalazła pełną aprobatę AWS-u, którego lwią część stanowili… dzisiejsi „reformatorzy reformy”. Oczywiście nikt z nich się teraz o tym nawet nie zająknie. Koszty reformy były wysokie, a samorządy robiły wszystko, by wprowadzić reformę jak najtaniej, bo odpowiedniej „kasy” - podobnie jak i obecnie - nie dostały. W dodatku aspiracje wójtów, by tworzyć licea i szkoły średnie nawet na wioskach, dopełniły reszty.

Jakość kształcenia przeszła w ilość, szanse edukacyjne zostały „wyrównane” w dół, a dzieci w gimnazjum poczuły się już… licealistami. Po ukończeniu gimnazjum ignorowały zawodówki i co żyw pędziły do szkół wieńczących naukę egzaminem maturalnym i hajda na… sui generis studia, a potem… na zmywak! Obecna – jak ją autorzy nazywają - „ogromna” reforma reformy to leczenie tamtego szaleństwa przez kolejne szaleństwo. Szczęśliwie brak miejsc wymusi selekcję i wreszcie do szkół średnich trafią uczniowie odróżniający Petrarkę od Palikota. No może się rozmarzyłam, ale przynajmniej umiejący czytać i pisać. Na ile pojawi się szansa „odgruzowania” szkolnictwa zawodowego i na Boga nie przez fascynującą zmianę nazwy na „branżowe”?!

Czy zabieg ten zmieni mentalność wśród wybierających szkołę? Oni najchętniej chcą mieć zawód… "niemęczący" - youtubera, czy testera gier komputerowych! W dodatku chcą szkół, w których nie trzeba się męczyć i uczyć. Słyszymy, że Polska ma stać się piękna dzięki nauce estetyki, a wzrost poziomu edukacji jest przesądzony poprzez znaczące wzmocnienie akcentów… narodowo-religijnych! Wrogowie „dobrej zmiany”, czyli czerwona „lumpen-inteligencja” straszą pracowników szkół groźbą utraty pracy, ale według zapewnień władz to plugawe kłamstwo jest i ma być zupełnie na odwrót.

Mój przemiły sąsiad bawił się setnie, oglądając przebieg ostatniej sesji w naszej gminie. Barwna była dyskusja, oddająca heroiczną walkę władz o zapewnienie wody dla mieszkańców. Ostre zarzuty, kierowane do inspekcji sanitarnej za zburzenie miru naszego grajdołka, były ponoć odkrywczo sympatyczne. Gdzież te czasy, gdy w Brzesku braki wody były oczywistą oczywistością? Łza się w oku kręci. A brawurowe poświęcenia decydentów, abyśmy mogli móc… napełnić wiaderko wodą z beczkowozu – bezcenne. Postaci „Czerepachów”, teatralnie walczących o „dobro wspólne” niczym fredrowski Papkin, wpisują się zgrabnie w konwencję kanikułowych imprez.

I wreszcie pod sam koniec sesji, gdy miotający się z gorąca i zmęczenia radni pragnęli ostatkiem sił wydostać się już na zewnątrz i skrócić swe męki - ni z gruszki, ni z pietruszki - padła propozycja wprowadzenia dodatkowej, nowej uchwały. Niecierpiący ani chwili zwłoki projekt ma zapewne fundamentalne znaczenie dla rozwoju gminy, dotyczył bowiem… sposobu wypłacania diet dla radnych, będących jednocześnie radnymi i sołtysami! Na sali mała konsternacja, i co - jakby podobno „oczywiste” – nie było radcy prawnego urzędu. Projektu nie zgłoszono przy uchwalaniu porządku obrad, ani nawet po „obiadowej” przerwie. Nikt jednak zbytnio nie protestował, jedynie przewodniczący wydawał się jakby nieco zaniepokojony.

Powaga obrad przybrała sympatyczną postać imieninowej „domówki”, podczas której podchmielone towarzystwo wpada na miły pomysł ustalenia wysokości składki na kolejną flaszkę, aby „dziabnąć” strzemiennego. Sesja transmitowana online, więc trzeba oddać - radni wykazali się transparentnością, pokazując jak beztrosko debatują. W upiornym pośpiechu przedzierali się przez labirynt zawiłości zapisów, by „przy otwartej kurtynie” i „na kolanach”, bez kompleksów tworzyć i stanowić prawo. Obecność prawnika mogłaby im może przeszkadzać. Acha, ponoć to była sesja absolutoryjna, lecz tym tematem akurat sobie nadmiernie głowy nie zaprzątali, bo i po co. „O tempora o mores” – chociaż, bo ja wiem, może podczas kanikuły to nic szczególnego i tak ma być?

Zofia Mantyka


comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com