Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

„Wróg, śmiertelny wróg, kolega z listy partyjnej”.  (Zofia Mantyka)  2017-05-04

„Wróg, śmiertelny wróg, kolega z listy partyjnej”.

Całkiem niemała liczba ludzi czuje swoisty absmak do wszelkiej maści archaizmów i barbaryzmów. Trefnisie używający takiego języka uważani są za pozerów i snobów, a w dodatku przecież nigdy nie wiadomo, czy aby taki nie zamierza…  człowieka obrazić? Rzekoma potrzeba manifestowania sprzeciwu dla „języka ulicy” niczego nie tłumaczy. Osoby pokroju Młynarskiego, Przybory, Kofty, Kisielewskiego i długo można by wymieniać, nieodwołalnie odchodzą, a z nimi uciążliwa konieczność wertowania słowników wyrazów obcych.

Zasób leksykalny niestroniący od nietuzinkowych wyrazów i kunszt operowania słowem to już zamierzchła przeszłość. Współczesna wszechobecna polszczyzna stanowi mieszankę budzących sympatię swojskich wulgaryzmów i dość dziwacznych anglosaskich neologizmów. 63% Polaków w ubiegłym roku nie przeczytało ani jednej książki, stąd ich arsenał wyrazów nie cierpi na nadmiar wyszukanego słownictwa. Ubogi język i braki erudycyjne w żadnej mierze nie są powodem do zasromowania. Znani politycy suto okraszają swe wypowiedzi słownictwem bachicznym i ze swadą tokują, że „cezar na Rubikoniu przekroczył bramy Rzymu”.

W czasach zanikania tradycyjnego czytelnictwa młodzi ludzie zdają się powoli zapominać, iż poza iPodami i smartfonami istnieje jeszcze coś tak niezwykle egzotycznego jak książka drukowana. Lem w „Powrocie z gwiazd” przepowiadał powstanie e-booków, nie podejrzewał jednak, że ludzie przestaną czytać. Urządzane z przytupem  akcyjne czytanie niewiele zmienia. Kto jeszcze czyta fantastykę Lema? Ba, a kto pamięta o Lamie, autorze „Wielkiego  świata Capowic”, który ukuł przepyszne określenie tromtadracja, tak celnie pasujące do obecnych politycznych przemówień? Przesympatyczny ojciec Leon Knabit przekonuje, aby czytać już tylko bardzo dobre książki bo…  na dobre niestety nie ma już czasu.

Bohaterowie serialu „Świat według Kiepskich” nawet i na te bardzo dobre „bynajmniej” nie znajdują „możliwości”. Film w przerysowanym krzywym zwierciadle ilustruje ambicje i język statystycznego suwerena. Dawne standardy przaśnego życia przedstawione w „Konopielce” jakże nieporadnie niekonwencjonalne, obecnie mogą już tylko wywołać uśmiech politowania. Dzisiaj jesteśmy na wskroś nowoczesnymi Europejczykami. Żyjemy w królestwie wirtualnego ekshibicjonizmu.

Selfie i różnorakie filmiki lawinowo umieszczane w internecie stają się wiernym lustrem naszych zainteresowań i aspiracji. Pojawiające się przy nich lajki czyli „polubienia” i wytworne komentarze typu „ale zajeb…! ” ,”super!” „czad!” - to wyżyny zachwytu sprawiające satysfakcję autorom. Aktywni użytkownicy Twittera i Facebooka w większości może nie mieli możliwości zetknięcia się ze złotą myślą sformułowaną przez Marka Twaina: „Lepiej jest milczeć i sprawiać wrażenie głupiego niż mówić i rozwiać wszelkie wątpliwości”.

Obserwując konsekwencję z jaką administrator portalu „ walczy” o transparentność obrad na sesjach naszej gminy, można być pełnym uznania. Czy hołdując łacińskiemu przysłowiu „per aspera ad astra” - przez trudy do gwiazd – uważa, że upór i nieustępliwość niczym kropla drążąca skałę przyniosą rezultat? Na marginesie pojawia się przewrotne pytanie – ciekawe ilu mieszkańców gminy interesuje sposób głosowania na sesjach? Ba, a ilu jest zainteresowanych jakimikolwiek wydarzeniami na tych obradach? Przypuszczam, że stosunkowo niewielu.

Krótkotrwałe zaciekawienie zdarza się tylko incydentalnie w przypadku jakichś zapalnych sytuacji. Wiedza o tym kto, kiedy i jak głosował, może i może mieć znaczenie, ale tylko może. Wiedza, że radny nie jest oportunistą i potrafi głosować w zgodzie ze swoim sumieniem - to jest ilustracja jego wizerunku. I tylko tyle lub aż tyle. Zapewne część radnych, niczym „diabeł święconej wody”, boi się transparentności i utraty regaliów przy nieudanej reelekcji.

W obwodach jednomandatowych może to mieć jakiś wpływ na ich szanse wyborcze. W wyborach do rad powiatu czy województwa jest kompletnie bez znaczenia. Tam króluje ordynacja wyborcza z uświęconymi listami, gdzie najostrzejsza rywalizacja odbywa się między kandydatami z tej samej listy. „Wróg, śmiertelny wróg, kolega z listy partyjnej”, to dość znane porzekadło wśród ubiegających się o wybór.

Możliwość przegrania mandatu na rzecz koleżanki czy kolegi z własnej listy jest bowiem nieporównanie większa niż na rzecz kogoś z listy konkurencyjnej. Komitety tak starannie układają listy, by każda startująca osoba „przyciągnęła” możliwie największą ilość głosów. Ponad 2/3 głosów uzyskują kandydaci, którzy nie zostaną wybrani. Sytuacja jest fikuśna. Wyborcy głosują na kogoś, kogo znają i szanują, a wybrany zostaje znów ten najbardziej rozpoznawalny, bowiem głosy na pozostałych rozpraszają się i najczęściej wygrywa „ten co zwykle”.

Stąd choroba „partiokracji”, czyli „partyjnego zamordyzmu” trawiąca parlamentarzystów. Głosują oni „na rozkaz”, często przeciwko interesom okręgu z którego się wywodzą. Wiedzą doskonale, że niesubordynacja skutkuje zaprzepaszczeniem szansy na reelekcję, gdyż wódz ugrupowania wywali kandydata na „zbity pysk”, albo da mu miejsce „zająca na liście”. Obserwując podejmowane uchwały wydaje się, że podobnie wygląda sytuacja w samorządach. Tu chyba również merytoryczne rozstrzygnięcia podejmowane są z punktu widzenia partyjnych dyspozycji.

Na szczeblu wojewódzkim to zapewne częsta reguła, a i na powiatowym, czy gminnym  pewnie też nierzadki determinant decydujący o głosowaniu. Radni mają świadomość, że „słowo wróblem wyleci, a wołem wróci”, więc w zdecydowanej większości przyjmują oportunistyczną postawę. Jeśli już któryś zdecyduje się na szarżę nieposłuszeństwa, to ma świadomość, iż może spotkać go sympatyczny los bohatera z rembrandtowskiego obrazu „Lekcja anatomii doktora Tulpa”.

Przed nami dyskusje dotyczące zmian w ordynacji samorządowej. No i jak Szanowni Czytelnicy sądzicie - w jakim kierunku pójdą ewentualne zmiany? Jak zapytywał Kisiel, „zgadnij Koteczku” dla czyjego dobra powstaną wyrafinowane regulacje? No to jest chyba oczywista oczywistość, że…  dla dobra demokracji! To suweren „decyduje” i jest w sytuacji bohatera molierowskiego „Męża pognębionego”. W końcu nie ma zmiłuj - „ sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało”.

 „Nie zawsze pięknie pachnie, kto zawsze pięknie pachnie”, a awers ma swój rewers i świat tak właśnie funkcjonuje. Jak mówił był - trudniący się niezbyt wytwornym sposobem zdobywania pieniędzy - mąż do żony: „Moja droga, gdybym ja nie śmierdział - ty byś tak nie pachniała”. Wszystko jest jedynie kwestią  smaku…  i tolerancji. Tak, tolerancji. Nie ma dziś chyba bardziej nadużywanego słowa niż tolerancja.

Napisałam kiedyś felieton „Czy dwa plus dwa to pięć? Nie, sześć!”. Tolerancja zabrania by broń Boże krytykować tych, którzy twierdzą, że… właśnie pięć, czy nawet sześć. I chcąc nie chcąc należy im - w obawie przed konsekwencjami - z uległą skruchą  przyznać, że jednak mają ciut racji? Zwłaszcza, że cztery to ponoć obrzydliwie „podejrzana” cyfra i podobno większość jej nie lubi. A ci, którzy się mimo wszystko upierają, że jednak cztery, to ewidentnie „nasi wrogowie są” i basta.

Podejmowanie prób widzenia spraw takimi jakie one są bez ulegania presji nie jest łatwe i przysparza jedynie wrogów. Kiedy co rusz słyszymy o „gorszych i lepszych”, przychodzą mi na myśl historyczne skojarzenia i dlatego w takich momentach czasem sięgam po pióro. Zadając sobie pytanie - czemu mi się jeszcze chce? Może to siła duszy w którą wierzę? O jej istnieniu przekonamy się może kiedyś, kiedyś…  to znaczy po śmierci.

Gdy widzę próby dzielenia ludzi, powracają stare pytania, które sobie kiedyś zadawałam. Jak to się stało, że nawet i ci spośród Niemców, którzy byli ludźmi wykształconymi i kulturalnymi, też stali się ludobójcami? Byli w stanie mordować w tak bestialski sposób i stworzyli „fabryki śmierci”. Dlaczego dali sobie wmówić, iż są „lepsi”? Jak uczciwym, religijnym ludziom można tak okrutnie namieszać w głowach? Dlaczego można przerobić miłych spokojnych ludzi w szwadrony żołnierzy gotowych bez pytania zabijać w imię głoszonych haseł! Wojna niszczy wszystko i wszystkich.

Naiwni myślą, że tolerancja to termin określający dialog z poszanowaniem poglądów, wierzeń i cech innych. Czy człek tolerancyjny to uległy, chybotliwy niezguła? Czy istotnie nikt nie może mieć stuprocentowej pewności swoich racji? Czy jedynie człowiek o mentalności bolszewika, obojętnie lewicowy czy prawicowy ma pewność? A może w życiu jednak jest tak jak mówił poeta - „Pewność jest piękna, ale niepewność piękniejsza”?

Przed nami rozliczne niepewności. Czy smog to bujda czy zagrożenie? Bułgaria już ma pewność, bo Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu skazał ją na dotkliwą karę finansową za zanieczyszczenie środowiska. Jeśli „walka” ze smogiem nie wyjdzie u nas poza fazę planów, to niechybnie podzielimy jej los. Jest w tym jednak i pewien wątek optymistyczny, a to lawinowo wzrastająca ilość zgonów powodowana jakością środowiska, która może uratować nam budżet ZUS-u. Jak to mówią „nie ma tego złego…  co by na dobre nie wyszło”.

W szkołach też trochę niepewności, kłócą się wszyscy ze wszystkimi. Na dyrektorów szkół spadła miła „czarna robota” zwalniania nauczycieli. Biedacy jakoś nie mogą pojąć, dlaczego hucznie głoszone więcej znaczy…  mniej? Czyli znów - niezapowiadane pięć, ale paskudne cztery. Równie niepewna jest piękna pewność modelu „autarkii”. W dylemacie: czy nadal  uczestniczyć w paneuropejskim utopijnym „projekcie Kalergiego”, czy też polskiej odmianie projektu „dżucze” z upragnioną autonomią - zdajemy się zmierzać…  no właśnie, gdzie? 

Na ile to, co się dzieje jest realistyczne? Nie wiem. Jeden z moich ulubionych pisarzy Jarosław Hasek, autor „Przygód dobrego wojaka Szwejka” w książce „Zniknięcie posła” ma na takie spekulacje swoją ocenę: „Realizm polityczny jest metafizyczny i wyłącznie racjonalistyczny na praktycznej bazie realizmu idealistycznego. Ciężko się w tym wyznać. Przykładowo byłoby to mniej więcej tak: Ktoś kupił jabłka, jadł jednak śliwki, pestki zakopał i wyrosły z nich daktyle”. A jak będzie, zobaczymy.

Zofia Mantyka

Postscriptum

Mój uroczy sąsiad zaskoczył mnie znowu:

„Pani Zosiu, jako pilny czytelnik portalu na którym papla pani o tych swoich rozterkach, mam dla pani „feedback”, czyli informację zwrotną wysłaną kiedyś przez forumowicza. Otóż cierpiąc na nadmiar wolnego czasu międli pani „w koło Macieju” według napuszonego schematu teksty, z których nic nie wynika! Jako typowy polski „mędrek”, przyrządza pani mało strawne dania, upstrzone obcymi wyrazami, cytatami z najrozmaitszych dziedzin, mającymi podkreślić elitarną salonowość”. 

Po prawdzie, aby nieudolnie nabazgrać coś z grubsza przypominającego felieton nie potrzeba wiele czasu, to dość miła i niezbyt absorbująca grafomańska zabawa. Jestem przekonana, że autor recenzji, bez kłopotu może sięgnąć po pióro i daleko lepiej ode mnie zapoznawać Czytelników ze swoimi przemyśleniami. Może będą cieszyły się dużą poczytnością? Moje teksty mają ponoć trochę wiernych Czytelników i to powód, że ośmielałam się je pisać.

Portal „za wielką wodą” posiada sporo przeciwników, ma również i zagorzałych zwolenników. Ile osób zagląda tu jedynie w poszukiwaniu taniej sensacji i dla hejtowania wszystkich i wszystkiego? Nie wiem. Najistotniejsze, że wielu ludzi dzieli się tu swoimi pasjami, wspomnieniami, piszą wiersze, relacjonują wycieczki, spotkania. Moim zdaniem to portal wyróżniający się na tle innych brzeskich serwisów. Jest oryginalny i stanowi w dodatku swoistą kronikę naszych czasów i czasów minionych na ziemi brzeskiej.

Nie ma zbyt wielu felietonów, które ilustrując zjawiska w prześmiewczej formule dają szansę na więcej dystansu do nas samych. Myślę, że byłoby miło, jeśli pojawiłyby się w większej ilości, pisane przez innych autorów. Autora recenzji szczerze i gorąco do tego zachęcam, proszę do nas dołączyć. Pisząc – na ile potrafię - staram się nie być jednostronnie zafiksowana, ale jeśli mi się to nie udawało, „mea culpa”. Po prostu pisałam to, co mi aktualnie wpadło do głowy - bez kalkulowania czy i komu to się spodoba lub nie.

A styl i język, którym się posługuję - już tak mam i mimo wszystko liczę na wyrozumiałość Czytelników, podpierając się ostatnią kwestią starej hollywoodzkiej produkcji „Pół żartem, pół serio” – nikt nie jest doskonały. Zainspirowana sposobem bycia mojego jowialnego sąsiada, na zakończenie uparcie pozwolę sobie na zacytowanie przepysznego wiersza, tym razem naszej noblistki:

„Oda do starości”

Co to z życie bywa w MŁODOŚCI?!
Nie czujesz serca… wątroby.. kości..
Śpisz jak zabity, popijasz gładko…
I nawet głowa boli cię rzadko.
Dopiero człeku twój wiek DOJRZAŁY!
Odsłania życia urok wspaniały…
Gdy łyk powietrza z wysiłkiem łapiesz…
Rwie cię w kolanach..
Na schodach sapiesz…
Serce jak głupie szybko ci bije…
Lecz w każdej chwili czujesz że ŻYJESZ!
Więc nie narzekaj z byle powodu
Masz teraz wszystko, czego za młodu
Nie doświadczyłeś. Ale DOŻYLEŚ!
Więc chociaż czasem w krzyżu cię łupie
Ciesz się dniem każdym!
Miej wszystko w DUPIE!!!

„Panta rhei” i chcemy czy nie, starzejemy się wszyscy. To nieuchronna konsekwencja narodzin, nie ma zmiłuj. Amerykański humorysta James Thurber powiedział kiedyś: „Żyj tak, jakby każdy twój dzień miał być ostatnim  - w końcu okaże się, że miałeś rację”. Mam nieodparte wrażenie, że mój przemiły sąsiad chyba tak właśnie stara się żyć.


comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com