Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Ale się porobiło ...  (Zofia Mantyka)  2015-10-09

Według badań Fundacji Batorego - nie wiem, czy owa fundacja jest wiarygodna, ale myślę, że nietrudno te dane sprawdzić - 36% spośród radnych podejmuje działalność zarobkową w sferze publicznej w różnych formach zatrudnienia. Pracują Oni zatem w instytucjach finansowanych ze środków publicznych podległych organom wykonawczym samorządów. Również spora grupa radnych to urzędnicy w innym samorządzie. Przykładowo urzędnik gminny może być radnym w powiecie i na odwrót, podobnie w województwie. Trudno się zatem dziwić, że powstają sieci współzależności, które są jednym z istotniejszych powodów kiepskiej kondycji wielu spółek gminnych i innych instytucji publicznych podległych pod te organy. W tych sympatycznych towarzystwach wzajemnych powiązań - jak przystało na wesołe miasteczko - "karuzela kręci się wesoło".

Dlaczego w sferze budżetowej "przejada się" tak gigantyczne środki? To proste - jak u nieodżałowanego S.Barei - "kochany, miś musi być duży", na miarę naszych, a stosowniej "Ich" potrzeb. Ten rak wzajemnych, "właściwie kształtowanych" relacji trawi tkankę społeczną. Gdyby nabór kadr w administracji rządowej i samorządowej był wolny od politycznych i kumoterskich czy nepotycznych uwarunkowań, to wówczas poziom profesjonalizmu i efektywność pracy byłyby zupełnie inne. Tzw. "konkursy" na stanowiska to jedynie sympatyczny parawan dla owego procederu. Co najzabawniejsze, wszystko odbywa się zgodnie z prawem i zasadami sztuki. Inna sprawa, że sztuką było takie zasady wymyślić, do których trudno się formalnie przyczepić i to nawet wówczas, gdy ma się taki wyjątkowo wredny charakter jak niżej podpisana.

Założenie, że urzędnik "zrobi to lepiej" jest uparcie wmawiane na wszelkie możliwe sposoby. Stąd przyrost armii urzędniczej na szczeblu rządowym jak i samorządowym postępuje bez mała w postępie geometrycznym. To są namiętnie tworzone miejsca pracy dla "rodziny i znajomych królika". Tak misternie skonstruowany mechanizm działa bez zarzutu, a kolejno rządzące partie gorliwie go "oliwią", aby broń Boże się nie zaciął. Naiwne pytanie - czy lekarz jest po to, by wyleczył? Nic bardziej mylnego, on ma nas przede wszystkim możliwie jak najdłużej leczyć. Czy prawnik jest po to, by rozstrzygnąć problem? Nie, on ma problemy stwarzać, by później robić... wrażenie, że je rozwiązuje. Czy urzędnik jest po to, aby przeciwdziałać biurokratycznej formalistyce? Ależ skąd - wręcz przeciwnie, on ma skrupulatnie i wytrwale "administrować". Dziwimy się niekiedy, że co jakiś czas media donoszą, iż jacyś krewcy strażacy zostali przyłapani jako sprawcy podpaleń, które później bohatersko gasili! I o to chodzi.

Dlaczego z taką determinacją odbiera się dzieci z ekonomicznie niewydolnych wielodzietnych rodzin i oddaje do domów dziecka czy innych państwowych placówek? Miesięczny koszt utrzymania dziecka w tych "instytucjach wychowawczych" wynosi ponad trzy tysiące złotych. Jest to kwota niejednokrotnie wyraźnie przekraczająca dochody wielu normalnych rodzin w Polsce. Czy rodzina np. z piątką dzieci, co miesiąc dotowana takim drobiazgiem - jak 15 000 złotych - byłaby w stanie się utrzymać? Mam oczywiście na myśli rodziny biedne bez jednoznacznych patologii.

Nie, zdecydowanie lepiej jest zabrać im dzieci i oddać na wychowanie systemowi opieki społecznej z całą machiną urzędniczą i jej procedurami. Efekty pracy placówek i losy ich wychowanków są kompletnie nieadekwatne do ponoszonych olbrzymich kosztów. Przykładów takich biurokratycznych niewydolnych instytucji mamy bez liku, choćby pierwsze z brzegu w tym rankingu przeurocze urzędy pracy, których - jak twierdzą niektórzy - jednym ze znaczących osiągnięć jest zapewnienie pracy ... zatrudnionym tam urzędnikom.

Przeczytałam z rozrzewnieniem o kolejnej finezyjnej obietnicy, a mianowicie - o sugestii utworzenia dodatkowego województwa z urzędem wojewódzkim w Koszalinie. Cóż za rewelacyjny pomysł! Ale dlaczego tylko w Koszalinie? Myślę, że mieszkańcy byłych miast wojewódzkich poprawiliby wydatnie swoje samopoczucie, gdyby wrócić do 49 urzędów wojewódzkich. Również i my mielibyśmy szansę powrotu do województwa ze stolicą w Tarnowie. Oczywiście wraz z utworzeniem urzędów wojewódzkich powstałyby - co przecież oczywiste - urzędy marszałkowskie i wszystkie inne instytucje szczebla wojewódzkiego. Ba, pojawiłaby się zatem szansa, aby marszałkiem w takim województwie mógł zostać jakiś doświadczony, zasłużony brzeski samorządowiec, a takich ci u nas dostatek. W kontraście do dostatku, który budżetom brzeskich samorządów niestety nadmiernie nie doskwiera.

Moje teksty - jak wieść gminna niesie - ponoć wprawiają w zakłopotanie pewne środowiska. Już samo określenie "jak wieść gminna niesie" - zdaniem niektórych - winno być opatrzone informacją o źródle owej wieści. Tyle tylko, że teksty pisane w formie felietonowej utrzymane są w pewnej konwencji i niestety nie mają ambicji prac naukowych. A szkoda, bo może miałabym szansę, aby je wykorzystać i bez potrzeby wyjazdu na Słowację, dorzucić sobie parę literek przed nazwiskiem. (*) Ten wyjazdowy proceder "edukacyjny" jest dość powszechny. Dzięki niemu ludzie, którzy "jak kania dżdżu" potrzebują tytułów, mogą się "spełniać naukowo". W efekcie mamy więc prawdziwy wysyp naukowców, którzy prowadzą nasz kraj do prosperity i innowacyjności.

Nie wiem, czy nie lepiej dać sobie spokój z tym marudzeniem, które w zamyśle autorki miało przede wszystkim bawić i może cokolwiek przewrotnie moralizować. To jest trochę podobnie jak z wierszami czy innymi tworami, których autorzy mniej lub bardziej profesjonalnie wyrażają swoje odczucia czy emocje i nierzadko wzbudzają one zachwyt niestety jedynie u nich samych. Może jednak najwłaściwszy i najwygodniejszy jest "inkluzywny indyferentyzm" - cokolwiek to cholerstwo oznacza, no... ale trzeba przyznać dostojnie i uczenie brzmi!

Ja tu sobie beztrosko hamletyzuję, a tymczasem w Syrii może dojść do miłej pogawędki rosyjskich i amerykańskich marines, którzy niekoniecznie będą indyferentni i wówczas nasze dywagacje i problemy dość szybko wyblakną. W dodatku - jak widać - zaczynają się jakby realizować gromko wyśmiewane przepowiednie - pewnego ekscentrycznego "dżentelmena z muszką" - który wieszczył rychły upadek Unii Europejskiej. Skutecznie zalewająca Europę fala tzw. "uchodźców", którzy niczym święte krowy dokonują swoistego podboju starego kontynentu, to nie lada wyzwanie. Jaki będzie finał? Czyżby ten ucieszny oryginał o wyglądzie disnejowskiego kota Jinksa miał mieć rację?

Przy okazji pozwolę sobie jeszcze na odrobinę narcyzmu. Otóż bliski znajomy krytykując moją rzekomą mizantropię poinformował mnie, że zdaniem zainteresowanych winnam mieć problemy z puzderkiem. Odparłam mu z niekłamaną szczerością, że istotnie podobnie jak w piosence A.Sikorowskiego "Na całość" niekiedy osobliwie dotyka mnie ów kłopot.

Piąta rano, zabawa skończona
Różowieje już niebo na wschodzie
Jakim słowem przywita mnie żona
Bardziej święta niż proboszcz dobrodziej?
Głowa ciężka, leciutkie kieszenie
I w łazience unika się lustra
Bo najtrudniej z obitym sumieniem
Razem z sobą doczekać do jutra

No cóż, trudno znieść widok pojawiającej się coraz większej ilości zmarszczek, a niestety jest jeszcze zdecydowanie gorzej z wyraźnym nadmiarem wdzięku, zlokalizowanym "tu i ówdzie" w jakże zbędnych kilogramach. Ale kto będący w moim wieku nie doświadcza takich rozterek? Stwierdzam również ze smutkiem, że moje lusterko - niczym zwierciadło Zajana-al-Asnama - niestety już od dawna uparcie pokrywa się nalotem. Jeśli chodzi o inne szalenie miłe supozycje, to wręcz oblewa mnie rumieniec zawstydzenia z powodu zaklasyfikowania mnie do jakże "elitarnego klubu" wybrańców, cyt. "siedzących w oku cyklonu" i dysponujących jakąś tajemną wiedzą. Zdaję sobie sprawę z...  "wielkości" komplementu jakim zostałam obdarowana.

Odnoszę wrażenie, że ludziom należącym do owego klubu nawet w głowie się nie mieści, by ktoś spoza "elity"mógł posiadać tak "wielce tajemne informacje". A najzabawniejsze jest to, że pozyskanie owych wiadomości jest dziecinnie proste, średnio rozgarnięty człowiek jak zerknie w internet nie ma z tym najmniejszego problemu. To niestety może też świadczyć i o tym, jak niezmiernie łatwo udaje się stracić kontakt z rzeczywistością i uwierzyć w swą wyjątkowość. Można oczywiście żywić przekonanie, że jeśli ktoś nie jest przynajmniej radnym czy urzędnikiem, to już nic nie wie i jest zatem obywatelem drugiej kategorii. No to - szapo ba! (**)

Jestem niezmiernie ciekawa - a tych informacji rzeczywiście przeciętny "szary" obywatel w żaden sposób nie jest w stanie zdobyć - kto i ile zarabia na zleceniach urzędów i innych instytucji publicznych? W jakim trybie wyłaniani są realizatorzy tychże zleceń? Władze pod byle pretekstem utajniają takie dane, używając wybiegów typu "tajemnica przedsiębiorcy". Jak zatem można skutecznie kontrolować sposób, w jaki gospodarują Oni naszymi pieniędzmi? Czy to nie rodzi domysłów, że może... no właśnie, dlaczego takie informację są niedostępne? Albo, ile kosztuje podatnika "oprawa" - nie tylko gastronomiczna, jak sławne ośmiorniczki, czy nasze swojskie brzeskie tymbaliki drobiowe (***) - wszelkich uroczystości, spotkań, wyjazdów, szkoleń, narad, briefingów, konferencji, promocji dla promocji i cholera wie czego? Obawiam się, że nikt tego dokładnie nie wie. Jakoś dziwnie problem jawności w tym zakresie nie budzi większego zainteresowania choćby w trwającej kampanii wyborczej, co ciekawe nikt się nawet nie zająknie na ten temat. Kruk krukowi oka nie wykole?

Jak awizowałam w poprzednim tekście, kampania wyborcza owocnie się rozkręca. Przedstawiony na jednym z brzeskich portali materiał z arcyciekawej i jakże ważnej wizyty w szpitalu zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Teksty kierowane do mieszkańców powiatu, instruujące na kogo powinniśmy głosować i dlaczego - są jak najbardziej uzdrawiające i pokrzepiające. W końcu ta agitacja polityczna miała miejsce w placówce ratującej życie i zdrowie. Nawiasem pisząc, od pewnego czasu strach wsiąść do pociągu, czy wyjść na ulicę, by nie zostać zaatakowanym przez wysokiej rangi parlamentarzystów przejawami ich troski o moje szczęście.

Szczęśliwie uszczęśliwiana od tego otaczającego i obiecywanego ogromu szczęścia mam nadzieję, że jeszcze do szczętu nie sczezłam. A przed nami - było nie było - jeszcze dwa tygodnie wyborczego cyrku, który jak zwykle stanowi festiwal kłamstw i obiecanek, realizowanego zgodnie z ideą klasyka, że "ciemny lud to kupi". To niepojęte, że można uważać wyborców za idiotów, którym próbuje się wmówić, że "kwadrat jest okrągły". Gdy będzie już "po balu" wszystko jak zawsze wróci do normy. Do następnej kampanii politycy będą mieć nas tam... gdzie zawsze...  i oczywiście nie serce, czy głowę mam na myśli. Otóż niektórzy spośród nich sądzą być może, że tworzą kastę "niedotykalnych" jak w Indiach. Zapewne większość niestety nie zna, bardzo samokrytycznego - moim zdaniem dość zabawnego, choć wulgarnego - stwierdzenia trzykrotnego premiera Francji E. Herriota, że "polityka jest jak flaki, powinna zalatywać g..... , byle nie za bardzo".

Na zakończenie przyznaję z pokorą, że hipokryzja była i niestety jest stałym towarzyszem mojego żywota. Nie uważam, iż jestem choćby o gram lepsza od świata i ludzi, którzy mnie otaczają, jestem zatem zdecydowanie niewiarygodna i nie daję świadectwa prawdy. Stąd moje teksty - jeśli ktoś ma w ogóle ochotę je czytać - są przewrotne. Mam świadomość, że większość z nas woli słyszeć miłe frazesy i iść do cioci od pysznej szarlotki, niż do wkurzającej ciotki zrzędy. Czasami nie chcemy usłyszeć jak jest, bo zdecydowanie przyjemniej jest być mamionym nierealnymi opowieściami. Stojąc w łazience przed zwierciadłem będącym atrybutem najświętszej panienki uosabiającej nieskazitelną czystość, warto też pamiętać, iż jest ono również atrybutem próżnej kurtyzany, uosabiającej jakby jej przeciwieństwo. Pomimo upływu lat, nadal raczej daleko bliżej mi niestety do kurtyzany.

Zofia Mantyka

Od admina:  Pozwoliłem sobie dodać w powyższym tekście trzy odnośniki :
(*) Turystyka naukowa: Na Słowacji habilitację można zrobić sześćdziesiąt razy szybciej niż w Polsce. a także tutaj: Lista wstydu polskiej nauki. Prawie 200 osób z fikcyjnymi tytułami zdobytymi na Słowacji. Korzystają z tej "furtki" nie tylko pracownicy uczelni ale i samorządowcy, także z województwa małopolskiego.
(**) Pani Zofia odnosi się tu do uwag dotyczących jej ostatniego felietonu, czytaj », zamieszczonych na Forum, czytaj » Zakładając dobrą wolę autora tych wpisów, oraz uznając jego kunszt pisania i umiejętność analizowania, proponuję aby zastanowił się On/Ona nad możliwością dołączenia do grupy dziennikarzy obywatelskich współpracujących z portalem. Eleganckie i wyważone teksty mogą stanowić przeciwwagę dla niektórych prymitywnych hejtów na forum, których często główną intencją jest zawiść i przemożna chęć do obrażania innych. A przecież wcale nie o to chodzi. Warto ukazywać zarówno zjawiska pozytywne jak również i te, które zasługują na krytykę, czy wręcz potępienie. Proszę o kontakt mailowy. Dyskrecja gwarantowana w 100%.
(***) Ile i z jakich pieniędzy została sfinansowana uroczysta kolacja?
Zbigniew Stós
comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com