Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

On, One, Oni.  (Anna Gaudnik)  2015-03-16

Nie znam Ich nazwisk. Po co nazwisko skoro znał ich każdy brzeszczanin. Czemu dzisiaj pomyślałam o nich? Może piękna pogoda za oknem? A ich już nie ma. Kiedyś przecież byli z nami.



On…
Drepcze w za dużych butach. Wysłużyły się przez lata ich sznurówki. Dzielnie zastępuje je drut miedziany przeciągnięty przez dwie dziurki. Po brzeskim betonowym chodniku idzie w stronę domu szurając nogami ciągnie wózek na dwóch kółkach pełen papieru i kartonów.
Marynarka z kieszeniami pełnymi skarbów. Sznurek parciany i gwoździe „sztyfciki”.
Spodnie zawsze za krótkie i koszula zapięta pod szyję na wszystkie guziki. Oczy bystre widziały: kto z kim szedł, kiedy i dokąd i gdzie jechała karetka na sygnale. Szedł ulicami Brzeska trzymając w ustach zapałkę podzieloną na cztery i strasząc dzieci małe.
Na każdy dzień tygodnia miał inny plan. Czas nie przeciekał mu między palcami. Sklep GS-u, apteka na Ogrodowej, apteka pod Orłem, jedyny sklep z delikatesami. Tekturowe pudła ściśnięte do bólu i uwięzione w parcianym sznurku rozpoczynają wędrówkę ulicami miasta i kończą ją na jego dużym podwórku.



A tutaj dopiero kiermasz rozmaitości! Pudła się kłócą, o to które z nich ważniejsze. Czy te po lekach i pachnące chemią, czy po cukrze i soli czy małe czy większe! A on ze spokojem zastawia je deskami, podpiera patykiem przed niechybnym upadkiem. Zamienia pudełka z tektury na złotówki w skupie makulatury; byłam tam niejednokrotnie świadkiem. Chował pieniądze w wyświechtanym płóciennym woreczku. Patrzyłam zapewne na to z dziecięcą zazdrością i z podziwem. Widzę ten plac pełen młodocianych biznesmenów z makulaturą pod pachą - wszystko przed oczyma takie żywe.



Wracał z pustym wózkiem. W kieszeniach pobrzękiwała radość z zamiany „szarego na złote”. Znał wszystkie dziury w ogrodzeniach odsłaniające mu tajemnicę ludzkich podwórek zasłoniętych płotem. Straszył dzieci wracające ze szkoły. Znienacka wykrzykiwał im tuż nad uchem jakieś słowa. Tym większa jego uciecha im więcej pisku, im większa w oczach maluchów groza .
Takim był i takim go zapamiętałam. Przychodził do apteki i zarzucał nas łamigłówkami. Przekręcał nazwy leków i uśmiechał się bawiąc naszymi z nimi kombinacjami. Pamiętam jedną z nich. Ukrył w niej nazwę ówczesnego rarytasu. W oczach uciecha i spryt .Zwracał do mnie przez wy: ” Dajcie mi dwa: razy-rzymsko piątka „ibo” rzymsko piąta it „ /Vibovit/

Albo inna. Wybiegam z apteki. Stoi przy wózku, odrywa taśmę od kartonu.
„Lećcie, lećcie bo już na wos czeko! „ Kto - pytam zdziwiona kierując się w stronę domu. A On; wszystko wiedzący, uśmiecha się i pyta: ”Co nie wicie? Ten do kogo lecicie!

One ….
Dwie siostry w podobnym stroju, chusteczki też takie same. Może były to tybetki? Może z kaszmiru? Pozostałość po zasobności ciotki czy mamy? I ten ciepły, nieśmiały uśmiech - przyzwolenie na to by zagadnąć, zapytać jak zdrowie? Zawsze były razem w poszukiwaniu papierków po cukierkach, lizakach i wafli po lodzie.
Dawny Ogródek Jordanowski i Planty, na których dzisiaj tylko św. Florian się ostał. I Siostry zgodnie zamiatające z chodników naszą niechęć do koszy - jak tylko nastała wiosna. Siostry wpisane w obowiązek; bez usprawiedliwiania się kaszlem i chorobą. Razem na ławce spożywające kromkę chleba, ciepłe promienie słońca i one zajęte sobą. Strząsają okruszki powszedniego chleba. Czeka na nie rozświergotana zgraja bitników. Siostry, dobre ich znajome nigdy nie zapominają pokruszyć im czerstwą bułkę na chodniku.
Potem odchodzą zabierając brzozowe miotły, napełniony wózek, dużą łopatę. Odchodzą uśmiechnięte. I tak przez całą wiosnę aż do jesieni pełnej liści, poprzedzonej latem .



Oni…

Skoro świt albo i wcześniej z Jadownik do okocimskiego browaru pokonują długą drogę. Tutaj pod bramą od strony Uszwicy ładują na wózek dymiące młóto pachnące słodem.



Dwaj bracia, bliźniacy wprzęgnięci w wózek załadowany ponad wszelkie normy. W zgodnym tandemie jeden z przodu wózka, drugi z tyłu -w zależności od formy. Mocniejszy dzisiaj z braci pochylony do przodu ciągnie za sznurek przyczepiony do wózka. Z worków z młótem brzeczka cieknie znacząc drogę i kapie na buty albo Jasia albo Józka. Przez lata ciągną i pchają swój wózek najpierw na kółkach ciężkich drewnianych a potem było im lżej kiedy w gumowe koła zainwestowali. A może ktoś się ulitował? I dał im te koła tak po prosu za nic? Teraz było i lżej i wydawało się bliżej, dopchać wózek do Jadownik granic.



Tu Gospodarz czekał na młóto. Zrzucali worek przed bramą. Jechali pod następną bramkę i znowu następną i przez lata tak samo. Idąc do szkoły do parku widywałam ich często mniej więcej o tej samej porze. Czasem mieli dwa wózki, widać kartek na młóto od ludzi było więcej i każdy z nich z jednym wózkiem pełnym młóta musiał się męczyć. Było i tak. Jakby zmęczenia na ich dwoje jeszcze za mało, jeszcze nie na tyle. Źle wyważony wózek, może worek, który się przesunął albo nieuwagi chwile i brzemię Józia i Jasia znajdowało miejsce w rowie bądź na poboczu. Złość, bezradność, zmęczenie i smutek niejedną łzę, zanim się z ciężarem uporali po ich spoconych twarzach utoczył.

Pamiętam, jak tandem się rozpadł. I smutno się zrobiło wszystkim drzewom przy drodze. Zaszumiały jedne drugim : ”Józiu i Jasiu w naszym cieniu już razem nigdy nie usiądzie".
Józiu? Może Jasiu mocuje się z wózkiem – sam. Przygięty do samej ziemi w strugach deszczu, brzeski Syzyf pcha swój wózek zmierzchem ku jesieni.



Tekst i rysunki:
Anna Gaudnik 
comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com