Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Gdzie my żyjemy?  (Zofia Mantyka)  2015-01-14

Wprawdzie jeszcze nie mam widoków na wnuki, ale należę do osób, które pewnie z uwagi na wiek nie mogą zrozumieć świata w jakim żyją. Młodzi łatwiej interpretują rzeczywistość. Pamiętam, jak myśląc o mojej przyszłej karierze zawodowej, rozważałam między innymi, aby może zostać lekarzem - o przepraszam za niepoprawne sformułowanie - wiem, że powinno być "lekarką". Wychowywana na literaturze pozytywistycznej i romantycznej chciałam robić coś ważnego dla siebie i ludzi, żeby nie powiedzieć "misyjnego". Za moich czasów młodzi ludzie czytali książki, nie na organizowanych okazjonalnych imprezach, tylko prymitywnie w domu. Staraliśmy się jednak analizować ich treść i wierzyliśmy w głoszone ideały. Chcieliśmy do czegoś w życiu dojść, być pożytecznymi i coś po sobie zostawić. Dzisiaj wszystko stanęło na głowie. Mam wrażenie, że biorę udział w zbiorowym przedstawieniu, w którym życie to jakiś diaboliczny teatralny spektakl, gdzie prawie każdy jest aktorem udającym, że nie udaje.

Zawody zaliczane dawniej do tzw."misyjnych": lekarz, ksiądz, nauczyciel, sędzia, służby mundurowe itd. "spsiały" jak wszystko dookoła. I co przykre, chyba tylko nieliczni odczuwają wyrzuty sumienia, że ich profesje zeszły w odbiorze społecznym do poziomu tak wzgardzonych niegdyś zajęć jak: cinkciarze, kelnerzy czy taksówkarze. Ludzie związani z tamtymi profesjami uchodzili wówczas za osobników wykorzystujących nadarzające się sytuacje do żerowania na ludzkiej krzywdzie. Transformacja ustrojowa spowodowała swoiste przewartościowanie. Człowiekiem sukcesu stał się obecnie właśnie "cwaniak" - o i znów przepraszam za niestosowne określenie, chciałam napisać kreatywny i przedsiębiorczy makler spekulacyjny. W rzetelnym biznesie powinny obowiązywać zasady etyczne, no to cóż dopiero w zawodach "z powołania", w których pieniądze z całą pewnością nie powinny być głównym celem działania.

Jak to jest możliwe, że dzisiaj lekarz potrafi zamknąć drzwi przed chorym potrzebującym pomocy człowiekiem, bo uważa że... za mało zarabia. W okresie mojego dzieciństwa to było nie do pomyślenia. Nakłady na służbę zdrowia od 2000 roku wzrosły trzykrotnie, a mimo to coraz trudniej dostać się do lekarza, na badania i zabiegi czeka się miesiącami, a nawet latami. Pobierane od podatników składki zdrowotne giną w "czarnej dziurze". Lekarze narzekają, że nie zarabiają "godnie", czyli tyle co lekarze na zachodzie. To przykre, ale niestety żadna grupa zawodowa nie jest u nas wynagradzana w zachodnich standardach. Przed paru laty lekarze nieśli trumnę ulicami stolicy sugerując, że grozi im śmierć głodowa. Po spektaklu wracali eleganckimi drogimi samochodami do domu - taka postawa musi budzić niesmak. Ponad połowa środków ze zwiększonych nakładów została skierowana do kieszeni lekarzy. Czy zatem faktycznie pacjentów płacących składki, których miliony starają się jakoś przeżyć miesiąc za niekiedy kilkaset złotych, ratują wynędzniali Judymowie?

Jest poza dyskusją, że organizacja służby zdrowia jest kiepska, finansowanie procedur i kontraktów przez NFZ autorytarne. Nieujednolicony system poboru składek od poszczególnych grup zawodowych budzi ogromne wątpliwości. Zdecydowanie zbyt wiele osób korzysta z funduszu w sposób niezasłużony. Polityka kształcenia w Polsce i uparcie lansowane przez Ministerstwo Zdrowia limity przyjęć na studia medyczne są też zupełnie niezrozumiałe. Lekarz to obecnie zawód deficytowy, przy jednoczesnym nadmiarze ludzi z wyższym wykształceniem na innych równie trudnych kierunkach. Przed kilkunastoma laty na jednego lekarza przypadało około 2 tysięcy pacjentów, a obecnie przy niekorzystnych zmianach demograficznych pacjentów jest ponad dwukrotnie więcej. Tyle, że to akurat samych lekarzy specjalnie nie musi martwić, stają się "niezastępowalni" podobnie jak ich minister.  Narzekając na swój jakże ponoć tragiczny los, masochistycznie stają na głowie, aby na taką nieszczęsną sromotę skazywać własne dzieci, uparcie sugerują im "medycynę"(sic!).

Nauczyciele, księża czy sędziowie też zachowują styl. Ostatnia sugestia by wybrani dyżurujący nauczyciele pojawili się może w pracy i objęli opieką dzieci w dni robocze, gdy pracujący rodzice nie mają ich z kim zostawić, wywołała histeryczną reakcję środowiska, które ponoć tak kocha dzieci. Współczesne "siłaczki" jak widać nie mają wiele wspólnego ze swoim literackim pierwowzorem. Postawy i wzajemne relacje wśród pedagogów budzą zdziwienie i skutecznie przyczyniają się do obniżania ich autorytetu społecznego. I tu podobnie jak u medyków króluje stwierdzenie - "No nie, za takie pieniądze!" Przypuszczam, że bezrobotna armia absolwentów pedagogicznych uczelni pracowałaby z "pocałowaniem ręki", nawet za mniejsze wynagrodzenie. Usłyszałam niedawno od znajomego lakoniczne stwierdzenie "Słuchaj, lekarze nie są po to, aby wyleczy, tylko leczyć, a nauczyciele nie po to by nauczyć, tylko uczyć i tak pojmują swoją pracę".

Niektórzy księża swym przysłowiowym "ubóstwem" stanowią - jak sądzę - niedościgniony wzór dla wiernych, aby przekonać, że "łatwiej jest wielbłądowi przejść przez ucho igielne, niż bogatemu wejść do królestwa niebieskiego". Sugerowane opłaty, dosłownie przy każdej nadarzającej się sposobności miło uatrakcyjniają większość religijnych wydarzeń. O pracy sądów i prawników najlepiej wiedzą ci, którzy mieli jakikolwiek z nimi kontakt, więc Boże chroń nas przed tymi instytucjami. Praktycznie nie mieszczą się w skali ocen etycznych i pewnie dlatego są niezawiśli. Wielce sympatyczni są też młodzi policyjni emeryci, z których połowa pobiera dodatkowo ekstra rentę za...  utratę zdrowia na służbie. Grupę inwalidzką niejednokrotnie uzyskują w oparciu o opinię psychiatry. Ludzie ci następnie wyjątkowo często są zatrudniani w "ochronie", a pracodawcy otrzymują jeszcze na nich dodatkowe dofinansowanie z budżetu PFRON-u.

Reasumując - teatr w którym przyszło nam żyć wystawia tragikomedię. Warto zwrócić uwagę na język, który słyszymy w tym naszym życiowym teatrze. Język polski jest piękny. Niestety, coraz częściej jego piękno jest plugawione. Choćby te współczesne skróty: "spoko", "nara", "siema" itp., a kiedy w dodatku ciągle słyszymy niecenzuralne słownictwo, to można odnieść wrażenie, że jesteśmy w jakiejś knajackiej spelunie. Dzieje się tak również niestety na deskach prawdziwych teatrów. Może jestem w swoich poglądach przestarzała, ale Hamlet czy Moralność pani Dulskiej we współczesnej "konwencji" językowej do mnie nie przemawia. W tekstach Szekspira, Zapolskiej czy Moliera słowa na "k", "p" czy "ch" nie padają. No tak, ale obecnie króluje "oglądalność", więc widza trzeba jakoś zachęcić do uczestniczenia w "kulturze". Najlepiej swojskim słownictwem współczesnym i golizną na scenie, wówczas bilety idą jak woda. W końcu najważniejszy jest dochód. Czy naprawdę musimy aprobować wprowadzanie i szerzenie wulgaryzmów nawet w sferze kultury, wśród intelektualnych elit? Tylko czy jeszcze mamy owe elity?

Pytanie postawione przed laty przez Ericha Fromma -"mieć czy być" nabrało w naszej polskiej nowej rzeczywistości szczególnego charakteru. Czy ludzie, którzy mienią się być ludźmi wykształconymi i zgłaszającymi swoje pretensje, aby być uważanymi za elitę - niezależnie od często słusznych racji wynikających z beznadziejności ministrów i rządów - mają moralne prawo abstrahować od swego posłannictwa i etyki? Doskonale wiem, że praktycznie nie ma już pokolenia "przedwojennego", nasi dziadkowie byli może z "innego materiału"? Po siermiężnym okresie socjalizmu naukowego, gdzie panowała swoista moralność socjalistyczna i wszechobecne zakłamanie, nastąpiła ustrojowa przemiana. W wymiarze etyczno-moralnym przeszliśmy z deszczu pod rynnę. Czy chce się żyć w takim świecie?

Dziwimy się i bijemy na alarm, że młodzi wyjeżdżają, a co ma ich przed tym wyjazdem powstrzymać? Co mają do stracenia?Jeśli tu "każdy patrzy swojej grzędy" i w dodatku "rżnie głupa", że jest inaczej. Nie ma co zaklinać rzeczywistości i opowiadać dyrdymałów: pacjent najważniejszy, uczeń najważniejszy, parafianin najcenniejszy, Polak - patriota, Polska to naród wybrany itd., to się niczym nie różni od sloganów paplanych przez polityków, ale co do nich to przecież już od dawna nikt nie ma najmniejszych wątpliwości, że są kompletnie niemoralni. Gdzie są zatem autorytety? Czy w kolejce po podwyżkę? Dzięki Bogu trafiają się jeszcze ludzie "nietypowi", którzy mają charakter. Prawdziwi lekarze, nauczyciele czy księża - to wprawdzie postaci egzotyczne, jakby z rezerwatu, ale jeszcze do końca nie wyginęli. Jak długo?

Zofia Mantyka
comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com