Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Henryk Bach - autobiografia  ( ) 

Wstęp.

 4 października 1919 r. Płacz oznajmił przyjście na świat nowego człowieka. Byłem nim JA. Rozpoczęło się moje jakże burzliwe życie. Byłem szóstym dzieckiem w mojej rodzinie.
Kościół katolicki w Brzesku Św. Jakuba
Rodzicami moimi byli Henryk Bach, mistrz stolarski – prowadzący swój zakład stolarski przy ul. B. Joselewicza obecnie 28. Mama moja była gospodynią domową, zajęta była prowadzeniem gospodarstwa domowego i wychowywaniem licznej gromadki swych dzieci.
Przed pierwszą wojną światową, mama urodziła troje dzieci a to Stefana, Marię i Franciszka-niestety wszyscy zmarli. W 1909 r. urodził się mój brat Władysław, a w 1913 r. brat Jan.
Kiedy rozpoczęła się PIERWSZA WOJNA SWIATOWA tato został wzięty do wojska austriackiego ale pod  koniec wojny dostał się do niewoli rosyjskiej. Wrócił z niej dopiero w roku 1918. W 1919 r. rodzice wybudowali dom przy ul. B.Joselewicza gdzie ja się pierwszy urodziłem. Było nas tu 3-ch braci żyjących oraz rodzice. Ojciec zarabiał na utrzymanie rodziny, wykonując różne prace stolarskie.
 
Wracam jeszcze do mamy Miała na imię Albina i pochodziła z rodziny Jaworskich. Była wspaniałą mamą, opiekunką każdego z nas, wychowywała swoje dzieci w duchu katolickim.
 
W domu obok nas mieszkała moja babcia Teresa Jaworska, jej córka Stanisława i wnuczka Zofia. W r. 1922 15 lipca przyszła na świat siostra Ludwika a w r. 1924 11 stycznia siostra Aleksandra. W r. 1928 urodził się jeszcze brat Roman Józef, a w 1930 r brat Marian. Było nas, więc w domu 9-cioro, na których utrzymanie zarabiał sam ojciec. Placem naszych młodzieńczych zabaw był ogród w lecie i rzeka Uszwica oraz ulica. Czasem przejeżdżała furmanka, co dla nas było atrakcją.
Wspomnieć tu muszę naszego sąsiada p. Stanisława Pietrusińskiego - masarza prowadzącego przy ul.Mickiewicza sklep z wędlinami.     


On, bowiem  wyjeżdżając swoim wozem ciągnionym przez siwego konia zabierał nas zawsze na furmankę, wywoził na swoje pole i częstował cukierkami a potem wracaliśmy z powrotem do domu. To był prawdziwy przyjaciel dzieci. Zmarł w 1938 r. na chorobę Birgera.
W latach  mojej młodości przyjeżdżali do nas kuzyni z Krakowa Bronek, Rysiek,(który potem został księdzem.) i Mietek więc tworzyliśmy „paczkę” urwisów wraz z dziećmi sąsiadów Węgrzynów. To były moje i nasze beztroskie lata dziecięcych zabaw.
Pamiętny był dla mnie rok 1927 kiedy to wraz z mamą pojechałem do Krakowa na sprowadzenie prochów Juliusza Słowackiego. Było to tuż po wybuchu dużej prochowni amunicji w Krakowie i miasto było zasłane odłamkami szkła z powybijanych szyb w oknach domów i witryn sklepowych.

ZDJĘCIE z 1938 r.
 
To seniorzy rodziny, stoją od lewej do prawej: Wilczyński Edward, Bach Henryk (mój tata), Jaworski Józef (brat mojej mamy) Hamielec Ludwik (ojciec Zosi Osmędowej ),( to między sobą czterech szwagrów); w głębi stoi Marian Bach (8 – lat)
 
Tak upłynęło mi beztroskich 7 lat życia i nadszedł czas na naukę. W 1926 r. zacząłem uczęszczać do szkoły powszechnej w Brzesku Dyrektorem szkoły był p. Dudrewicz, wychowawczynią moją była p. Kormanowa, a katechetą Ks. Paweł Wieczorek z rąk, którego przyjąłem w TRZECIEJ klasie PIERWSZĄ KOMUNIĘ ŚWIĘTĄ.
Po skończeniu czterech klas szkoły podstawowej i zdaniu egzaminu zapisany zostałem do pierwszej klasy gimnazjum znajdującego się w Brzesku przy ulicy Kościuszki/ gdzie obecnie znajduje się szpital p- gruźliczy.

KL. 2. Państwowe Liceum im. Marszałka J. Piłsudskiego
z Dr. M. Berezowskim i opiekunem p.W. Zajączkowskim
1938/1939 r.

Dyrektorem szkoły był p. Szeligiewicz St., a profesorami uczącymi mnie byli Witold Zajączkowski, Józef Kijak, Ignacy Patolski, Rogawski, Królikiewicz,Wł. Glodt, Fr. Ball, E. Drapich, Loch, Piszczkowna, Gergovich, Scheybalówna a katechetą ks. Opoka, kś.Dr. Czuj, kś. Blecharczyk ( późniejszy biskup w Tarnowie).Byli to wspaniali wychowawcy, którzy nie tylko przekazywali nam swoje wiadomości, ale wychowywali nas w duchu patriotyzmu i religii katolickiej.
     
Ponieważ należałem do harcerstwa, brałem udział w obozach w czasie wakacji w Roztoce k/ Zakliczyna, Maniowach k/ Nowego Targu i Diłoku k/ Mikuliczyna na Huculszczyżnie.
Wracając z tego ostatniego obozu zastaliśmy w naszych stronach w roku 1933 wielką powódź, która poczyniła olbrzymie szkody w całej Małopolsce.
     
W r 1935 12 MAJA zmarł Marszałek Józef Piłsudski którego pogrzeb odbył się najpierw w Warszawie ( defilada wojskowa na Polach Mokotowskich a potem w Krakowie, gdzie zwłoki jego spoczęły w podziemiach katedry na Wawelu). W tym też roku gimnazjum i liceum w Brzesku otrzymało imię zmarłego Marszałka J. Piłsudskiego
   
W roku 1938 –9 grudnia zmarł mój najlepszy tato, nie doczekawszy mojej matury i otrzymania przeze mnie świadectwa dojrzałości.

Na podwórzu gimnazjum w Brzesku. „ Przysposobienie Wojskowe „ KL. 2 Liceum  Z por. BALEM F. w. r. Szk. 1938/39.
Od lewej do prawej Woda Stanisław, Bystroń Henryk, Cierniak Stanisław, Szydłowski Stanisław, Świerad Stanisław, Kurtyka Marian,
Każmierczyk  Adam, Prof. Bal Franciszek, Gdowski Zbigniew, Dyklewski Eugeniusz, Skwirut Roman, Bystroń Grzegorz, Lasota Zbigniew.

Zdjęcie wykonał Bach Henryk



Zdjęcie członków "Przysposobienia Wojskowego"  w 2 klasie liceum 1939 r.
 Od prawej do lewej siedzą: Woda Stanisław, Kazimierczyk Adam, Kurtyka Marian, Mach Stanisław, Bach Henryk.
 
Kurs ideologiczno – organizacyjny L.M.K. w Warszawie w dniach 6,7,8, stycznia 1938 r.
 Hala Sportowa A.W.F / L.K.M. – Liga Morska i Kolonialna / 
JA stoję w ostatnim rzędzie - H. Bach
 

Prof. Franciszek Ball

Uczeń Romek Skwirut

Maturę zdałem, bowiem 20 maja 1939 r. W lipcu powołano nas – maturzystów do Junackich Hufców Pracy na jeden miesiąc. Obóz ten odbywał się w Mokrem k / Mikołowa ( obecne woj. Katowickie) gdzie blisko granicy niemieckiej budowaliśmy olbrzymie bunkry betonowe oraz zapory przeciwczołgowe, olbrzymiej długości, dwa rzędy sterczących szyn zamontowanych w betonie. Już wtedy wyczuwaliśmy, że wybuch wojny z Niemcami jest bardzo bliski, ale duch wśród nas był ochoczy. Pracowaliśmy ponad nasze siły nikt nie myślał, że wróg może przekroczyć nasze umocnione granice. Wmawiano nam, że jesteśmy „ SILNI , ZWARCI i GOTOWI „ i nie oddamy wrogowi nawet guzika od płaszcza żołnierskiego , ani kawałka naszej polskiej ziemi.
Po powrocie z tego obozu w połowie sierpnia nastała już gorączka przedwojenna. Tu i ówdzie dało się słyszeć o dywersjach i różnych zamachach. Pod koniec sierpnia została ogłoszona Mobilizacja. Przez dywersantów został wysadzony dworzec kolejowy w Tarnowie. Na noc zostały wygaszane wszystkie światła uliczne a okna domów były zasłaniane czarnym papierem.

Przekazanie 3 Maja

sztandaru gimnazjum

CZARNE CZASY OKUPACJI 1939 – 1945 r.
 
 
                     
Nadszedł piękny słoneczny dzień 1 września 1939. Prezydent R.P. Ignacy Mościcki w przemówieniu swym oznajmił, iż dziś Niemcy bez wypowiedzenia rozpoczęły z nami wojnę, przekraczając na całej długości nasze granice i bombardują z samolotów nasze miasta i wioski. Niemcy i ich dywersanci wywołali wśród ludności straszną panikę. Ludność uciekała przed armią niemiecką na wschód pozostawiając w domach cały swój dobytek. Trwały naloty i bombardowania nie tylko obiektów wojskowych, ale i uciekającej na wschód ludności cywilnej.
        
W dniu 2 września profesor Ball zebrał grupę maturzystów (z rocznika 38 -39 r.) uzbroił w karabiny, amunicję i wysłał nas do pilnowania linii kolejowej a zwłaszcza „ Trzech Mostów „ na Słotwinie przed dywersantami. Tu wraz z dwoma kolegami: Zbyszkiem Gdowskim i Leszkiem Zajączkowskim przeszliśmy chrzest bojowy – pierwsze bombardowanie, (którego mało nie przypłaciliśmy życiem – cudem wyszliśmy z tej opresji. Po tym bombardowaniu na drugi dzień nastąpił nalot niemieckich myśliwców, które bombardowały stojący na stacji pociąg z wojskiem i z uciekającymi cywilami.
 
Pomnik pomordowanych podczas bombardowania na stacji kolejowej 3 września 1939 r. Na Słotwinie
Zniszczenia były straszne – zginęło wówczas ponad 150 ludzi. Armia niemiecka posuwała się szybko w głąb naszego kraju. Ja wraz z braćmi i kuzynami z Krakowa 5 września rozpoczęliśmy ucieczkę na wschód przed armią niemiecką. Zaszliśmy aż pod Kowal, skąd zawróciła nas osiadła tam Polka oznajmiając o strasznych mordach dokonywanych przez Ukraińców na ludności polskiej na tych terenach.
 
Powrót nasz nastąpił gdzieś 25 września. W Brzesku już od 6 września panoszyli się Niemcy.
Brzesko Rynek
 
Widać jeszcze było przejazdy wojsk niemieckich na wschód. 17 Września armia radziecka zdradziecko uderzyła na Polskę od strony wschodniej.
Wojska polskie znalazły się w potrzasku.
To spowodowało już całkowity upadek Polski. Połowę Polski zajmowali Niemcy a wschodnią część Rosjanie. Zaczęło się wyniszczanie ludności polskiej poprzez aresztowania, wywóz ludności do obozów zagłady na wschód i zachód, morderstwo 15 – stu tysięcy polskich oficerów przez Rosjan w Katyniu i Miednoje, oraz zagłady ludności cywilnej w obozach na terenach zajętych przez Niemców i Rosjan. Czasy wojny są tak dobrze znane z przeróżnych   publikacji, że ja nie będę do tego powracał a zajmę się tylko życiem moim i mojej rodziny.
W połowie października dzięki poparciu ówczesnego burmistrza Brzeska pana Soji, wraz z moją mamą zaczęliśmy pracować w sklepie gdzie sprzedawaliśmy chleb na wydane kartki. Mieliśmy jakieś zajęcie i chleb dla całej rodziny, o który było bardzo trudno. Tak przepracowałem z mamą do 7 sierpnia 1940 r.
 
Na skutek ciągłych aresztowań przez gestapo, brzeskich ludzi a zwłaszcza inteligencji – za namową kolegów Mariana Kurtyki, Zbyszka Gdowskiego, Zdziska Wolnego, postanowiłem wyjechać z nimi do pracy przy budowie zapory wodnej na Dunajcu w Rożnowie.


Budowa zapory w Rożnowie Nad Dunajcem

 30 09 1940

 

Tam też rozpoczęliśmy pracę 8 sierpnia 1940 r.. Zatrudniliśmy się w firmie „ Beton - Monierbau „, która budowała zaporę. Ja zatrudniony zostałem w stolarni jako pisarz tabelowy, gdzie wykonywano szalunki do budowy. Kierownikiem stolarni, gdzie zatrudnionych było około 30 osób, był p. Drbout. Naczelnym inżynierem tegoż przedsiębiorstwa był Niemiec – inżynier Munstermann – zresztą bardzo porządny człowiek.
Koledzy moi zatrudnieni zostali na innych działach produkcji, a Marian Kurtyka w biurze przedsiębiorstwa.
 

 Zapora – Rożnów / budowa /

30 09 1940 r.

Zapora- Rożnów 30 09 1940

 Majster Narr i Henryk Bach

Z Brzeska wyjechaliśmy, aby uchronić się przed wyjazdem do tak zwanego "Baudinstu" (służby budowlanej), gdzie warunki pracy były bardzo bardzo ciężkie. W Rożnowie pracowaliśmy od godziny 7 rano do godziny 18, z godzinną przerwą na obiad. Stołowaliśmy się w tak zwanej kantynie – to jest w pokoju – jadalni znajdującej się przy pomieszczeniu, gdzie przygotowywano gorące posiłki ( śniadania, obiady, kolacje). Wyżywienie tam było nawet dobre na czas wojny.
Koszt wyżywienia nie był wysoki, a zarobki nasze wystarczały na jedzenie i jeszcze dużo nam pozostawało na inne potrzeby.
 
Co 2 tygodnie w sobotę wyjeżdżaliśmy na rowerach do domu, a wracaliśmy w poniedziałek wczas rano aby zdążyć do pracy na godzinę 7 rano.
W późniejszym terminie firma dawała samochód ciężarowy, który wraz z zatrudnionymi na zaporze robotnikami, z Jadownik odwożono nas do Brzeska a w poniedziałek przywożono do pracy do Rożnowa.
Tutaj ożenił się mój kolega Zbyszek Gdowski z córką mojego kierownika pana Drbouta – (bardzo porządną i ładną dziewczyną- Ola Drbout).
Ożenił się też Zdzisiu Wolny z córką komendanta policji na zaporze - Pospieszyńską. Sam pozostałem dalej kawalerem – nie żeniąc się, aby nie pozostawić po ewentualnym aresztowaniu osamotnionej żony.
 
Trzeba, bowiem wiedzieć, że w tamtych czasach o aresztowanie było nie trudno. Po pewnym czasie zostałem przeniesiony do biura rachunkowego i płac, naszego przedsiębiorstwa.
 
Tam poznałem: Jasia Szczygielskiego, Matrasa, Tkacza oraz kilku inżynierów Polaków: Kozakiewicza, Tchórzewskiego, Ciołka i innych zresztą bardzo dobrych Polaków.
Pracę tam mieliśmy dobrą i byliśmy szanowani przez naszych przełożonych – Niemców.

 

Przeprowadzka na zaporę w Czchowie
Rok 1943
                
p. Drbout
W związku z rozpoczęciem budowy zapory w Czchowie i zatrudnieniu tam wielu pracowników, część biura z Rożnowa przeniesiono do Czchowa. W Czchowie zostałem zatrudniony jako kierownik całego biura rachunkowego i handlowego - zresztą za namową mojego szefa wspomnianego wyżej Kajtocha Przeniesiony został Marian Kurtyka, do pracy w biurze, Zbyszek Gdowski wraz z żoną i teściami oraz Ja. Kierownikiem biura był Niemiec z Gliwic, pan Kajtoch.
 
    Po odejściu Mariana Kurtyki do firmy transportowej Otto Pohl, kierownikiem biura płac zostałem Ja. Miałem do dyspozycji kilku pracowników – kolegów / Romana Stokłosę z Lipnicy, Stasia Majewskiego, Romana Kafla, Mościckiego i innych, których nazwisk nie pamiętam.
   
    Po odejściu Mariana Kurtyki z firmy Otto Pohl na jego miejsce poszedłem Ja, ponieważ były tam o wiele lepsze warunki płacy i pracy. Firma ta dowoziła wszystkie materiały ze stacji kolejowej Brzesko – Słotwina na teren zapory w Czchowie.
 
W związku z pracą w tej firmie miałem możliwość częstszego odwiedzania mojej mamy i rodziny. Kierownikiem tej firmy transportowej „ Otto Pohll „ - był Niemiec Nitschke. Abym się nie nudził, bo pracy było mało, tenże Nitschke przyniósł mi do biura odbiornik radiowy, z którego przed godziną 7 rano słuchałem wiadomości „Głosu Ameryki „ i wiadomości z Anglii. Szef mój patrzył na to przez palce, bo trzeba wiedzieć, że słuchanie radia w tym czasie przez Polaków było zakazane. /Wojska Niemieckie zaraz w pierwszych dniach wojny zarekwirowały wszystkie radia i telefony Polakom /. Wiadomości o tym, co się działo w kraju były przez to bardzo skąpe. Aresztowania były bardzo częste, a aresztowanych osadzano w więzieniach albo wywożono do obozów koncentracyjnych w Oświęcimiu, Majdanku, gdzie były bardzo ciężkie warunki życia. Umieralność była tam olbrzymia, a ciała zmarłych czy zabitych były natychmiast palone w krematoriach. Nastąpiło także branie zakładników, którzy pod byle, jakim pretekstem byli wieszani.
 
 
W lipcu 1944 r. wróciłem do domu, bo Niemcy na skutek wkraczania wojsk rosyjskich uciekali przed nimi na zachód. Po powrocie z Czchowa do 15 stycznia, 1945 r. pracowałem przy okopach zwłaszcza przy budowie rowów i umocnień przeciwczołgowych,  które na nic się nie przydały.
 
Złudne czasy "wolności"
 
W dniu 17 stycznia 1945 r. do Brzeska wkroczyły wojska radzieckie, oraz w małej ilości wojsko polskie. Skończył się czas łapanek, aresztowań i uciemiężenia, ale na krótko. Znienawidzone Gestapo (tajna policja niemiecka), zastąpiło N.K.W.D., Polska służba bezpieczeństwa i Milicja Obywatelska. Zaczęły się ponowne aresztowania byłych żołnierzy Armii Krajowej, ludzi niezgadzających się z „ideami” komunistycznymi, z przyniesioną na bagnetach „wolnością’. Zapełniły się na nowo więzienia. Strach ogarniał przed tymi ludźmi ze Służby Bezpieczeństwa, a później Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego, w których byli Polacy, żydzi i Rosjanie. Rosjanie nadawali ton wszystkim aresztowaniom. Przesłuchiwania aresztowanych były straszne. Biciem wymuszano zeznania z winnych i niewinnych ludzi.
 
W listopadzie 1945 r. dzięki p. Małysowej (kasjerki w "Społem" w Składnicy w Brzesku) otrzymałem w tej firmie pracę.
Zatrudniony byłem w biurze na stanowisku sprzedawca / kalkulacja, sprzedaż i wypisywanie faktur /. Praca była odpowiedzialna, ale też i wynagrodzenie odpowiednie. Oprócz pensji, otrzymywaliśmy na różne święta duże paczki żywnościowe, co było wielką pomocą dla naszych rodzin. Tu w pracy poznałem między innymi Stasia Saka, który w czasie okupacji hitlerowskiej był wraz z trzema braćmi aresztowany przez gestapo za przynależność do A.K.. Cudem został ocalony od śmierci, a do wyzwolenia przesiedział w obozach koncentracyjnych. On też zwerbował mnie w 1946 r. do nielegalnej wówczas / to jest w czasach stalinowskich / organizacji „Wolność i Niezawisłość" (skrót WiN.), która nie walczyła z wrogami bronią, ale zbierała różne ciekawe informacje z pracy U.B. i M.O., oraz przekazywała społeczeństwu wiadomości o zbrodniach tego reżimu – aresztowaniach, procesach, wywózkach ludzi z zajętych przez Rosjan terenów na Syberię do ciężkich prac, gdzie w skutek przemęczenia i głodu wymarły setki tysięcy Polaków.
              
Gryps pisany własnoręcznie przez Henryka Bacha.

Kochani !
Jestem zdrów, dziękuję za paczkę, proszę o inne półbuty i lusterko.
Widzę się z Irena i Krysią, mam w Bogu nadzieję, że wyjdę. Przyślijcie mi więcej
chleba i owoców.
Całuję was – Henek
Aż nadszedł dzień 8 sierpnia 1946 r..Wieczór zostaliśmy (Ja, Stasiu Sak i Tadziu Stefaniak – też pracownik składnicy), podstępnie aresztowani przez ubowców w związku z wpadką tej organizacji w Tarnowie. Noc spędziliśmy /po wstępnych badaniach/ na U.B. w Brzesku, a 9 sierpnia rano przewieziono nas na U.B. do Tarnowa i osadzono w piwnicach domu, przy ul. Krakowskiej / wówczas siedziba U.B. /. Zaczęły się dzienne i nocne przesłuchania przez Polaków i Rosjan. Tu spotkałem też aresztowanych znanych mi wcześniej Józia Lulka, leśnika Zabdyra, Tadeusza Gajdę, Budzika i Orczewskiego. Przesłuchania były mniej lub więcej uciążliwe, gdzie przeważnie biciem (jak wspomniałem uprzednio) wymuszano zeznania obciążające badanych. Po dwutygodniowym śledztwie, przewieziono nas do więzienia w Tarnowie przy ulicy Narutowicza i osadzono w celach pojedynczych, abyśmy nie mogli się porozumiewać i gdzie oczekiwaliśmy na rozprawę sądową.
 
Warunki tu były okropne: brak wody, wszy, więzienie bardzo marne.
Dzięki otrzymywanym paczkom żywnościowym od rodzin, przetrzymaliśmy ten okres więzienia. Odetchnęliśmy po tej przeprowadzce z ulgą, gdyż nie było tu już uciążliwych przesłuchań.
Trudne to było życie, nie było, do kogo otworzyć ust. Rano w południe i wieczorem spotykało się strażnika i tych więźniów, którzy dawali nam posiłki. Tymczasem „ na wolności „ w naszych domach rozpacz i poszukiwania miejsca naszego pobytu. Pierwsza paczka żywnościowa nadana z domu, to sygnał, że zostaliśmy odnalezieni. Dzień za dniem ciągły się długo.
 
Domysłom naszym nie ma końca, - co z nami dalej będzie, czy będzie rozprawa, jaki wyrok mnie czeka czy nie wywiozą nas na
Karta wstępu na rozprawę w Tarnowie .
dla mojej siostry 23 – 27 września 1946 r.
„ białe niedźwiedzie „ /Syberia / do ciężkich prac, skąd właściwie nie ma powrotu do rodzin i bliskich. Trzeciego dnia wywołują nas z cel, i grupa 22 osób zdąża w „ nieznane „.Tunelem z więzienia prowadzeni jesteśmy na dużą tak zwaną „ Czarna salę sądową „ – już pełną zaproszonych przez U.B. ludzi. Przed nami czarny, długi stół sędziowski. Orientujemy się, że za chwilę rozpocznie się rozprawa sądowa. Stół sędziowski pełen różnorodnej broni i amunicji / wiadomo nam, że nie naszej, bo my broni nie mieliśmy /. Zajmujemy miejsca na ławkach dla oskarżonych. Tu poznaję, oprócz już mi znanych, księdza proboszcza J. Wałka z Tropia – 20 oskarżonych mężczyzn i 2 kobiety. Przede mną mój adwokat, p. Gottlieb z Krakowa. Na salę wchodzi trzech sędziów – wojskowych, prokurator wojskowy oraz sekretarz sądu. Jeden z sędziów oznajmia, że rozprawa odbędzie się w trybie doraźnym / to jest wyroki będą natychmiast prawomocne /. Na nas oskarżonych i zgromadzoną publiczność padł blady strach, po sali powiało grozą śmierci. Zeznają oskarżeni, świadkowie dowodowi, oskarża prokurator domagając się wysokich wyroków. Cała farsa trwa trzy dni.
 
W dniu 27 września wywołani zostajemy znowu z cel i już nie na sali rozpraw, ale na korytarzu więzienia, gdzie oczekuje nas cały skład sędziowski w milczeniu słuchamy okrutnych wyroków – siedem wyroków śmierci (Gajda, Budzik, Orczewski, Sak, Zybdyr, Banek i milicjant Wal), dalej dożywocia, 15 lat, dla nas trzech to jest Mnie, Lulkowi i Stefaniakowi po 12 lat, (mimo iż prokurator domagał się dla nas po 8 lat więzienia), dalej po 5 lat (trzy osoby).
 
Wyrok
Następuje grobowa cisza, nikt nie krzyczy, nie płacze, – mimo że wyroki są straszne – bez prawa do apelacji. Skazani mają tylko prawo pisania próśb do prezydenta o zmianę tych wyroków i ułaskawienia. Teraz umieszczają nas w celach po trzy osoby, gdzie skazani na karę śmierci piszą podania do prezydenta o ułaskawienie i zmianę wyroków śmierci na kary więzienia. Atmosfera jest bardzo ciężka. Tyle przed nami straconych młodych lat i współczucie dla skazanych na „ K.S. „.dowiadujemy się też, że wyroki odczytano nam na korytarzu więziennym, gdyż bano się, aby jakaś organizacja nie odbiła nas z sali rozpraw. Następnego dnia rano tj. 28 września wyprowadzają nas na podwórze więzienne, gdzie oczekują na nas trzy ciężarowe samochody (ruskie Z.I.S. – y ), oraz wiele wojska i U.B..
 
Umieszczają nas wszystkich na jednym z nich. Stłoczeni, siedzimy na nogach innych, no i na końcu samochodu eskorta z bronią gotową do strzału a na szoferce karabiny maszynowe. Przed nami i za nami  po jednym samochodzie z wojskiem i U.B.. Kolumna tych trzech samochodów wyrusza z więzienia – nie wiemy gdzie. Czyżby na białe niedźwiedzie (Syberia)?
Samochody kierują się jednak na drogę główną wiodącą na Kraków. Jedziemy przez Wojnicz, Brzesko, Bochnię i Wieliczkę do Krakowa.
Wjeżdżamy na teren więzienia „ Montelupich „. Jeden etap z naszego ciężkiego życia zakończony.
 
 
                     Więzienie „ Montelupich „
 
Na „ Montelupich „ przyjmują nas groźnie. Każde słowo przeplatane jest słowem "BANDYCI". Biegiem zaganiają nas jak bydło do cel. Wszystkich siedmiu z wyrokami śmierci osadzają w celach pojedynczo, gdzie oczekiwać będą na ułaskawienie lub śmierć.
Reszta oskarżonych poza dwiema kobietami osadzona zostaje w dużej celi na pierwszym piętrze. W celi znajduje się o dziwo zamknięta wygódka, miednica, kilka sienników ze słomą i trochę wody do picia. Z osobistych rzeczy mamy tylko ubrania., dwie pary osobistej bielizny, ręcznik. Dają nam łyżkę i blaszaną miskę do jedzenia. W celi spotykamy więźniów z organizacji „Ognia" z Podhala – Andrzeja Cudzicha z Nowego Targu, Zagatę z Zakopanego oraz dwóch żydków, prawdopodobnie fałszerzy pieniędzy. Zaczynamy wymianę naszych wrażeń z procesu, transportu, oraz z pierwszych chwil pobytu w więzieniu na "Monte".
 
Co dwa tygodnie otrzymywaliśmy od rodzin paczki żywnościowe. Z paczkami do mnie przyjeżdżała moja siostra Aleksandra, która pierwszy raz dostaje przepustkę od prokuratora na widzenie się ze mną. Ona też jeździ do Warszawy do znajomych, aby pomogli w złagodzeniu wyroku. Niestety daremnie, gdyż każdy boi się w ogóle załatwienia takiej sprawy,- bo to były wówczas sprawy "bardzo śmierdzące". My natomiast żyjemy nadzieją, że wnet wybory i amnestia, która złagodzi nasze wyroki do minimum. Ta nadzieja każe nam przetrwać te ciężkie chwile – nie załamując się. Czasem tylko wraca myśl o wywozie nas na Sybir.
 
Niedaleko naszej celi w „ celi śmierci „, pojedynczo siedzą Niemcy – komendant obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu Hess, szef rządu Generalnego Gubernatorstwa Buhler i inni. Siedzący z nami wspomniany już Andrzej Cudzich to były więzień Oświęcimia, wyprasza u Oddziałowego to, że ten pokazuje mu z progu celi komendanta Hessa, który widząc Andrzeja numer obozowy, staje na baczność i na pytanie czy poznaje taki numer obozowy, odpowiada po niemiecku „ tak jest „. W celi śmierci siedział komendant żydowskiego obozu koncentracyjnego Amon Gett, którego kilka dni przed naszym przyjazdem stracono. Andrzej wrócił do celi zadowolony, że jeszcze raz mógł zobaczyć tego okropnego mordercę.
 
A tym czasem dni płyną jeden za drugim. Co kilka nocy odbywają się w celach rewizje. Wszyscy z celi są wypędzani rewidowani w celach, nie oszczędzając jedzenia z naszych paczek od rodzin, przewracanie wszystkiego, sienników, kocy, ubrań, bielizny, szukania ołówków, igieł nożyka i innych drobnych rzeczy, które się strażnikom nie podobały. Powrót do celi biegiem, a tu bałagan nie do opisania, wszystko przewrócone i porozrzucane. W tym rozgardiaszu kładziemy się spać, bo światło natychmiast gaśnie. Sprzątać i układać będziemy dopiero rano.
 
Dnia 14 października 1946 r., oddziałowy wpuszcza do celi Stasia Saka, który został ułaskawiony przez prezydenta z kary śmierci na 10 lat ze względu na jego działalność konspiracyjną w okresie okupacji niemieckiej, i dzięki znajomości swoich braci z Józefem Cyrankiewiczem – późniejszym premierem rządu polskiego. Od Saka dowiadujemy się, że w tym samym dniu wykonano wyroki śmierci na T. Gajdzie, Budziku i Orczewskim, których prezydent nie ułaskawił. Reszta, czterech skazanych na karę śmierci została ułaskawiona.
 
W więzieniu na „ Montelupich „ siedzimy do marca 1947 r. W międzyczasie po przeprowadzonych wyborach t. zw. Sejmu jest amnestia która obniża nasze wyroki. Mnie amnestia zbija cztery lata, pozostaje, więc osiem lata do odsiedzenia. Od teraz czekamy tylko na wojnę, gdyż sytuacja między obozem komunistycznym a Stanami Zjednoczonymi zaostrzyło się. Tylko wojna może nam wcześniej otworzyć bramy więzienia i znajdziemy się na wolności.
 
Złudne nasze marzenia. W połowie marca 1947 r. pod silną eskortą przeprowadzają nas na najbliższą rampę kolejową, wsadzają po sześciu do okratowanych przedziałów, a zaraz potem żegnamy Kraków. Jedziemy w nieznane, ale nie na wschód. Rano jesteśmy na miejscu. Na stacji wisi tablica z napisem „ RAWICZ „. Trwoga, przerażenie, przecież to ciężkie więzienie. Drugi etap wędrówki po Polsce zakończony. Co przyniesie nowe miejsce pobytu?
 
Więzienie karne „ RAWICZ „

Nazwa ta budzi w nas grozę. Od współwięźniów w Krakowie wiele słyszeliśmy o tym więzieniu. Po wypędzeniu nas z wagonów, naczelnik więzienia – żyd – Szymonowicz, rzuca nas na kolana z rękami podniesionymi do góry. Padają pod naszym adresem słowa "bandyci" i wiele innych. Przemówienie naczelnika do nas wprowadza nas w warunki pobytu w tym więzieniu. Całe przemówienie naszpikowane jest nienawiścią do nas –  tych bandytów i morderców, którzy siłą chcieli obalić w Polsce ustrój komunistyczny.

Wreszcie komenda "POWSTAĆ" i w czwórki. Otacza nas rój strażników z bronią gotową do strzału. Nie ma mowy o ucieczce.

Ale zresztą, dokąd? Wreszcie otwiera się brama więzienia, za którą spędzę pięć długich lat.

Za bramą po prawej budynek administracji, olbrzymie podwórze z placem spacerowym, po lewej duży trzy piętrowy biały budynek z małymi oknami, zasłoniętymi blachami. To „ Biały Pawilon „ na wprost budynek dla więźniów pracujących, w głębi na prawo też duży budynek z czerwonej cegły zwany „ Pawilonem Czerwonym „. Wprowadzeni zostajemy do budynku „ Białego „,na oddział drugi, gdzie strażnicy lokują nas w celach po trzech. Ja siedzę z Waldkiem z Łodzi i z jakimś pułkownikiem, – którego nazwiska nie pamiętam. Rozmowa się nie klei, nie znamy się, a wiemy, że w więzieniu jest dużo „ kapusiów „ – donosicieli o rozmowach w celach /takie więzienne U.B./. Po paru dniach w wielkim tygodniu, przesadzają nas karnie na pojedynki, zostawiając nas w bieliźnie, z jednym kocem na noc, bez siennika, na gołych deskach w łóżku. Zastanawiamy się, za co?

Na drugi dzień od rana przesłuchiwanie przez speca U.B.. Zaczyna się śledztwo z pobytu w poprzedniej celi. Przytaczane mi są najrozmaitsze nieprawdopodobne rozmowy z Waldkiem i „ pułkownikiem „, poparte gumową pałką po piętach. Ból nie do opisania. Nie przyznaję się do niczego, ale wiem, że wśród nas trzech był kapuś, – ale który? Po trzech dniach zabierają mnie i Waldka z pojedynki i dają do jednej celi. Pułkownika już nie ma, a zatem to on był kapusiem. Siedzimy z Waldkiem w jednej celi i opowiadamy o tym przykrym incydencie. Obaj jednakowo myśleliśmy: to  „pułkownik „ nas wrobił.

Dalsze dni i święta Wielkanocne mijają spokojnie. Rodzina już wie o naszej przeprowadzce do Rawicza, bo na święta otrzymujemy z domu paczki z żywnością, które po bardzo szczegółowej kontroli dostajemy do rąk. W niedługim też czasie otrzymuję widzenie z moją siostrą Olą, która przywozi najnowsze wiadomości o rodzinie. Pożal się Boże, co to za widzenie. Izba podzielona na cztery części wzdłuż. Dolna część ścianek betonowa do wysokości piersi więźnia, górna część to siatka. Pomiędzy siatkami chodzi strażnik i słucha, o czym się rozmawia. Jest nas czterech lub pięciu więźniów i tyleż z rodziny, gwar niesamowity. Mało, co można zrozumieć. Widowisko trwa około pięć, siedem minut. Koniec widzenia, powrót do cel i rozpamiętywanie każdego usłyszanego słowa na widzeniu. Na następne trzeba czekać cały miesiąc.

Płyną dni i tygodnie. Spacer na placu prawie codziennie 10 minut z założonymi z tyłu rękami, jeden od drugiego 2 do 3 metrów, aby się nie porozumiewać między sobą. Całkowicie nie dostajemy gazet, książek do czytania. Ogień do zapalania papierosa dostajemy trzy razy w ciągu dnia. Cela tak zwana „ pojedynką „ ma 14 stóp długości i 7 stóp szerokości. W niej „ kibel „, wiadro z wodą, łóżko z dwoma siennikami na noc, na którym nie wolno siadać ani leżeć w dzień i jeden taboret do siedzenia. Okno małe zakratowane i osłonięte od zewnątrz blachą, aby przez niego nie wyglądać na podwórze, co karane było karcerem.

A jak wyglądał rozkład zajęć?

Rano o godzinie szóstej pobudka i apel, wystawianie "kibli" na korytarz do jego opróżnienia (robią to więźniowie – korytarzowi).

Zabieranie z korytarza ubrań złożonych w kostkę, wystawionych tam w poprzedni wieczór. Potem śniadanie; czarna kawa, ćwiartka czarnego chleba i ogień do papierosa. W południe obiad; zupa albo kasza i znów ogień do papierosa, wieczorem kolacja; przeważnie gotowana brukiew,, rozbieranie się, wystawianie ubrań i trepów (drewniaki) na korytarz, apel, sprawdzenie stanu więźniów i cisza nocna. Rozmowy po apelu zakazane. Czasem monotonię tych dni przerywają, przeważnie nocą rewizje, szukanie diabli wiedzą, czego - igły, ołówka, ostrego narzędzia. Spacery na placu spacerowym, widzenia z rodziną i otrzymywanie paczek z żywnością z domu, mogła ważyć do trzech kilogramów. Groźne są zachorowania w celach. Raz na jakiś czas przychodzi felczer, przeważnie więzień i leczy dwoma rodzajami tabletek – białe i czarne. Białe to tabletki przeciwbólowe, czarne węgiel. Dopiero, gdy się jest poważnie chorym, zabierają do szpitala, który znajduje się także wewnątrz więzienia.

Mimo takiej opieki umieralność jest mała. Zdarzają się zmiany cel i współtowarzyszy poznaje się wielu, wartościowych ludzi takich jak; profesor Uniwersytetu Wileńskiego (starszy pan) p. Michalski, profesor Uniwersytetu Warszawskiego p. Gorzkowski, przewodniczący K.R.N., socjalista Pużak, wielu wyższych oficerów i innych. Mnie zdarzyło się przypadkowo poznać syna mojego profesora z Liceum, Miecia Locha, młodego jeszcze chłopaka, skazanego za działalność konspiracyjną na karę śmierci, ale ułaskawionego przez Prezydenta, na 15 lat więzienia.

Po pewnym czasie w więzieniu następuje rozluźnienie dyscypliny. Następuje to po zmianie naczelnika więzienia. Nowy naczelnik zezwala więźniom na prenumeratę gazet, otrzymujemy książki do czytania, zapałki do celi. Zamierają przesłuchania a wiązane z donosami przez kapusiów, którym obiecywano za donosicielstwo wcześniejsze wyjście. Oni sami buntują się, a w zamian za to zostają zamknięci w osobnych celach na "Czerwonym". Także naczelnik zezwala przesłanie na święta Bożego Narodzenia trzech paczek z żywnością po 20 kilo każda. Coś niesłychanego byłoby za poprzedniego naczelnika. Na spacery wychodziliśmy już z rękami opuszczonymi, z rozkazu ministra Radkiewicza, który przekazuje strażnikom prowadzącym spacery to zarządzenie osobiście, podczas pobytu na kontroli więzienia. Ale to dobre nie trwa długo. Ten naczelnik był dobry dla nas.

Następuje nowa zmiana naczelnika, lecz wszystkie uprzednio dane nam przywileje pozostają w mocy, za wyjątkiem dużych paczek żywnościowych od rodzin. Uprzednio już zostaliśmy zaliczeni do więźniów politycznych, ale w zamian za to zostaliśmy rozsadzeni do cel małych po jednym więźniu. Siedzenie takie trwa trzy miesiące, nie wiadomo, za co. Gdy po trzech miesiącach znowu łączą nas po trzech w jednej celi, brakuje nam słów – zapomnieliśmy jak się rozmawia. Po pewnym czasie dopiero normalnie rozmawiamy. Przy następnej przeprowadzce idę do dużej celi w suterynach. Pojedynczo przychodzą inni więźniowie, sami znajomi. Muszę tu powiedzieć, że właśnie komendant bloku wczuł się w naszą sytuację (komendantem był wówczas p. Kukawka). On przynosił nam książki, gazety, szachy. A gdy trzeba było zmienić słomę w sienniku (spaliśmy na betonie, bo dotychczas była sieczka) to sam sprawdzał, czy sienniki są dobrze upchane słomą.

W celi siedział z nami ks. Wałek (proboszcz z Tropia). W jednej z paczek otrzymano w chlebie zakonserwowany komunikant. Wszyscy, a było nas czternastu, po żalu doskonałym zostaliśmy przez księdza rozgrzeszeni i obdzieleni cząstka „ Hostii „. To zdarzyło mi się jedynie raz podczas mego pobytu w więzieniu.

Wreszcie po odsiedzeniu pięciu lat wyroku, zabrany zostałem z celi do pracy w biurze „ zabawkarni „ gdzie wyrabiano zabawki dla dzieci. Tu już było coś wspaniałego – pół wolności. Można było już z kolegami porozmawiać, poruszać się wśród innych nie krępując się niczym.

Tutaj też jeden jedyny raz w czasie siedzenia napiłem się piwa /jedną piątą szklanki /, którym poczęstował nas więzień, malujący meble strażnikowi. Co za rozkosz, prawie upicie się alkoholem. Po pewnym czasie przeniesiony zostałem do pracy w stolarni, wewnątrz więzienia. Mieszkałem już w celi dla pracujących.

Pewnej nocy nastąpiła tak zwana rewizja pod nadzorem naczelnika i oficera Ministerstwa Bezpieki. Wyjście z celi nago przed naczelnika i oficera Ministerstwa, wśród których znajduje się kobieta. Obmacywanie nas, czy nie mamy czegoś, przysiady i wpuszczeni zostajemy do innej celi. Tym czasem w naszej celi trwa rewizja i szukanie nie wiadomo, czego. Potem powrót do cel z ponownym rewidowaniem każdego / nagiego /, czy coś do celi nie wnosimy. W celi bałagan nie do opisania. Światło gaśnie i śpimy, na czym kto może. Rano dopiero zabieramy się do sprzątania. Do pracy nie idziemy przez trzy dni. Gdy potem idziemy do stolarni, nie wierzymy własnym oczom. Wszystkie części krzeseł przygotowane do montażu, rozrzucone, podłogi w niektórych miejscach zerwane piece rozwalone. Dowiadujemy się, że szukano w więzieniu broni. Tu praca moja nie trwała długo. Pewnego dnia zabrano kilku z nas ze stolarni, dołączono do innych grup więźniów, wyprowadzono pod eskortą z więzienia. Załadowano nas znów na kolei do więźniarek i w drogę, nie wiadomo dokąd.

W więzieniu w Rawiczu przesiedziałem pięć lat i nie wiem do dzisiaj jak wygląda miasto Rawicz. Tu w więzieniu zaaklimatyzowaliśmy się, znaliśmy wielu strażników, wiedzieliśmy jak z nimi rozmawiać. Po odgłosach butów poznawaliśmy strażnika na korytarzu, czy też po cichych stukach w nocy rozpoznawaliśmy, że zbliża się rewizja. Teraz słyszymy tylko stukot kół po szynach nie wiedząc jakie stacje mijamy, bo okna w wagonach są zamalowane. Wreszcie po parunastu godzinach jazdy – wysiadamy. To NOWOGARD, a w nim ohydne, więzienie otoczone murem i moczarami.

Więzienie Nowogard.

Tu duże budynki więzienne, całość otoczona mokradłami – ciężkie warunki bytowe. Wewnątrz duże warsztaty obuwnicze, wytwarzano różnego rodzaju obuwie dla wojska. Po paru dniach zabierają nas z celi do pracy. Ja przydzielony zostałem do grupy, która szyła pantofle skórzane tak zwane wywrotki. Męka, ręce i palce bolą, ale przynajmniej jedzenie jest o wiele lepsze niż w Rawiczu. Śniadania dobre, a na obiad grochówka z wędzonką. Tutaj poznaję, Antosia Chlebińskiego z Małkini, który wyciąga mnie z warsztatu, do pracy w biurze. Jest tu nas wszystkich może dziesięciu. Dnie płyną prędzej. Tutaj dowiadujemy się o drugiej amnestii. Zostajemy o niej powiadomieni przez naczelnika wiezienia. I tu dla niektórych więźniów i dla mnie olbrzymie rozczarowanie. Mnie i innych amnestia nie obejmuje, bo już korzystaliśmy z poprzedniej. Trzeba kiblować, czyli siedzieć dalej i pracować aż skończy się wyrok.

Siostra moja Ola i tu mnie znajduje, przyjeżdża i odwiedza mnie. Tu muszę powiedzieć, że odwiedzali mnie też moi bracia, bratowa Genia oraz wujek Józek Jaworski.

Nadchodzi dzień 20 grudnia 1952, zbliżają święta Bożego Narodzenia – cieszymy się. Jednak z biura wezwano mnie na rozmowę ze specem  U.B., który nakłania mnie do donoszenia, co się dzieje w biurze i celi. Początkowo udaję, że nie wiem, o co chodzi. Rozmowa trwała do godziny 15. Po powrocie do biura i celi nikt się do mnie nie odzywa ani ja nie mówię, o czym była rozmowa ze specem. To było zabronione, o czym mówiliśmy. Drugi dzień taki sam, rozmowa trwa osiem godzin. W trzecim dniu na przesłuchanie mnie zjawia się jakiś wyższy stopniem U.B. –wiec obaj namawiają mnie do współpracy z nimi. Kategorycznie i stanowczo odmawiam. Na skutek tego oświadczają mi, że po pracy pójdę na celę pojedynczą i że stamtąd już żywy nie wyjdę. Jest zima 22 grudnia, mróz, zdaję sobie sprawę, że moja sytuacja stała się tragiczna. Jednakże opatrzność Boża czuwa nade mną. W biurze strażnik oznajmia, że na oddział przyjdzie lekarz może ktoś potrzebuje jego pomocy. Uważam, że jestem zdrowy, ale zgłaszam się do niego o godzinie 16 – tej. Idę o tej godzinie ze strażnikiem do niego. O dziwo jest nim lekarz – więzień z Rawicza – Duber. Popatrzył na mnie, dał termometr abym zmierzył temperaturę. Za chwilę odbiera mi termometr i decyzja – Heniu zabieram cię na szpital. Zdziwienie moje nie ma granic, ja zdrowy człowiek i na szpital. Albo dobry Bóg daje mi możność przeżycia. Czekam w biurze do godziny 17-tej / koniec pracy /. Przychodzi strażnik i zabiera mnie na parter budynku. Tu strażnik oznajmia mi, że idę na szpital. Zimny pot oblał mnie całego – jestem mokry. To chyba cud Boski. Zamiast na pojedynkę skąd nie ma powrotu do życia, idę do szpitala. Wchodzę do sali, w której jest lekarz Duber, który oznajmia mi, że mam wysoką temperaturę. Waga pokazuje 52 – kilogramy. Dłonie to kości powleczone skórą. Decyzja; kładź się do łóżka leczył cię będę tranem, bo nie mam niczego lepszego. Nazajutrz rano setka tranu, wypijam ze smakiem, (mimo że zawiesisty, nieoczyszczony). W sali jeszcze dwóch towarzyszy – nawet przyjemni ludzie (nie kapusie).

Zaczynam przybywać na wadze. Prawdopodobnie choruję na gruźlicę płuc. Do szpitala w tym samym dniu przybywa do pracy lekarz z wolności – porucznik / dotychczas sanitariuszem był tylko strażnik i lekarz więzień Duber /. Porucznik wspaniały to człowiek współczujący więźniom. Po zbadaniu mnie stwierdza, że choruję na gruźlicę. Jestem załamany. Jednak za dwa dni załamanie mija, gdyż mam silną wolę powrotu do domu i do rodziny. Muszę wrócić do mamy, sióstr, braci i reszty bliskich. Wśród nich mogę umrzeć. Po paru dniach, lekarz porucznik angażuje mnie do pracy w ambulatorium. Prowadzę książki szpitalne, zużycie lekarstw i inne. Tu już jest całkowite rozluźnienie – pół wolności. Jadę skuty na prześwietlenie do Szczecina. Diagnoza porucznika potwierdza się – to gruźlica płuc. Podają mi leki, ale także pracuję – oba płuca zajęte. Po trzech miesiącach znowu prześwietlenie w Szczecinie, ale nie ma poprawy. Trzy dni pod rząd lekarz,  "zamawia" karetkę, lecz jej nie otrzymuje. Dopiero czwartego dnia rano 28.06.1953 r. , lekarz / który już jest na urlopie / odprowadza mnie do karetki, żegna i życzy powrotu do zdrowia w szpitalu w Szczecinie.

Tu zastała mnie wieść o śmierci Stalina. Powiadomił mnie o tym lekarz Duber. Nie chciałem mu wierzyć dopiero po przeczytaniu gazety, którą mi dostarczył – uwierzyłem. Powstała radość wśród więźniów, bo czuliśmy, że wraz ze śmiercią Stalina musi się skończyć ten czarny okres naszego życia. Dodam jeszcze, że w Nowogardzie listy od rodziny przekazywał mi ten sam spec, który mnie przesłuchiwał i oznajmił mi, że po wyjściu ze szpitala i tak mnie wykończy. Dzięki Bogu nie udało mu się to. Cieszyłem się, że teraz skończyły się jego groźby, przekleństwa a on pozostał w Nowogardzie, ja zadowolony pojechałem do Szczecina.

A więc żegnam Nowogard, a z nim razem U.B.- ka, który chciał mnie wykończyć, doprowadzić do śmierci.

 Szpital więzienny w Szczecinie.

Jadę do szpitala nie wiedząc, jakie tam są warunki dla chorych, ale lepsze jak tu. Wchodzę na dużą jasną salę z dużymi niezasłoniętymi oknami, przez które wpadają promienie słońca, od dawna niewidziane przeze mnie. W naszej sali jest nas sześciu. Spokój, cisza, jedzenie dobre. Po przebadaniu mnie przez lekarza zapada decyzja o napisanie do Ministra Zdrowia o przydzieleniu mi zastrzyków STREPTOMECYNY. Otrzymuję jej 10 g.. Lekarz stara mi się kilkakrotnie założyć odmę, lecz bezskutecznie.            

Zwolnienie z więzienia 21.09.1953 rok w Szczecinie

- JESTEM WOLNY -

Na widzenie przyjeżdża moja siostra Ola, płacze – nie wiem, od kogo dowiedziała się o moim stanie zdrowia. Odchodzi z widzenia z płaczem. Zrozumiałem wtedy, że z moim zdrowiem musi być niedobrze.

Najlepsze są spacery, całkiem luźne, nawet dwie godziny, długie rozmowy z innymi więziami. Spacer odbywa się na ogrodzonym dachu budynku na czwartym piętrze. Powracamy do sal bez jakiś pokrzykiwań strażników. Na sali łóżko dla każdego z białą pościelą. Aż radość położyć się do łóżka.

Aż tu pewnego dnia w pierwszych dniach września, otwierają się drzwi sali – wchodzi „ bez baczność i zbiórka „ jakiś wojskowy major czy p. pułkownik i zapytuje, czy jest     tu jakiś KRAKUS. Zgłaszam się ja. Wypytuje mnie o różne rzeczy; jaki wyrok, za co, kiedy, jaki jestem chory i na co. Po takiej „ spowiedzi „ wychodzi z sali. Odchodząc mówi, że spotkał tu dopiero jednego Krakusa. My już wiemy, że po takich odwiedzinach wychodzi się do domu najdalej po dwóch tygodniach. Czekam. Mijają dwa tygodnie i nic, ale 21 września w czasie obiadu otwierają się drzwi, strażnik mnie wywołuje, każe mi zabrać swoje rzeczy, oprócz jedzenia. Już wiem, że zaraz będę zwolniony z więzienia. Czekam na to aż cztery godziny. Wreszcie po ubraniu się w swoje „ ciuchy „ i otrzymaniu zwolnienia, otwiera się brama więzienia.

Jestem na wolności, której nie miałem przez siedem lat i półtora miesiąca. Darowano mi dziesięć i pół miesiąca. Do domu wracam przez noc pociągiem pośpiesznym, w przedziale gdzie sześć osób przyjmuje mnie bardzo miło, częstując jedzeniem i piciem. Rano w Krakowie przesiadka i o godzinie 10 jestem na stacji kolejowej Słotwina – Brzesko. Potem dorożką do miasta. Tu już naprzeciw mnie wychodzi brat Janek, powiadomiony przez mojego kolegą Staszka Zająca. Idziemy do domu brata Władka – zamknięte, do kuzynki Zosi Wawrykiewicz – zamknięte, do domu mamy – zamknięte. Wchodzimy do pokoju siostry Ludki – zdziwienie jej i szok jak się tu znalazłem. W kołysce lula małe jednoroczne dzidzi – Teresa (obecnie Płońska). Już dowiedzieli się moi bracia, siostra Ola i szwagierki.

Za chwilę z targu wraca moja mama – zdrowa. Powitaniom nie ma końca. Okazuje się, że siostra Ola zatrzymała wiadomość o mojej chorobie tylko dla siebie, aby nie martwić mamy i rodziny. Za parę dni odbywam, z mamą i ciocią Wilczyńską z Krakowa oraz z księdzem Ryśkiem – kuzynem pielgrzymkę do Częstochowy.

W tydzień po powrocie z więzienia jestem w szpitalu gruźliczym w willi Decjusza w Krakowie na Woli Justowskiej.

O przyjęcie mnie do szpitala wyprosił p. doktor Sokołowską mój kuzyn Bronek, która była stałą klientką w jego sklepie. Tu w szpitalu jestem intensywnie leczony. Wszyscy skądś wiedzą, że wróciłem z więzienia po odbyciu długoletniej kary. Stosunek do mnie dyrektora, lekarzy i lekarek oraz służby pielęgniarskiej wspaniały. Aż miło to obecnie wspomnieć. Zaraz też mam w szpitalu wielu kolegów i koleżanek. Jedna z nich jest Hania Krzęk, którą do dziś bardzo mile wspominam. Po skończeniu leczenia w szpitalu, jadę do pięknego sanatorium w Gostyninie koło Kutna. Przebywam tam chyba pięć miesięcy dzięki życzliwości lekarza p. Grajkowskiego. Powracam do domu.

 Powrót do Brzeska.

Pod swoją opiekę bierze mnie teraz nieżyjąca już p. doktor Borysiuk, która leczy mnie obustronnymi odmami przez dwa lata. Piszę do różnych instytucji i zakładów pracy o zatrudnienie – zewsząd otrzymuje odpowiedzi odmowne ze względu na moją przeszłość.

Dopiero 1 kwietnia 1956 r. (Prima a Prylis) dzięki dyrektorowi Grabowskiemu i pani v-prezes Hnatowicz otrzymuję pracę w P.S.S. Brzesko w dziale handlowym. Poznaję tam p. Ścibiora, p. Adamczyka, Sadłę, Smagowicza, p. Elę Kubalową, która poznaje mnie z p. Teresą Rybicką – później moją żoną. Jeszcze przez rok się leczę. W roku 1957 kończę leczenie – jestem zdrowy dzięki pomocy Bożej.

Pracuję tu przez 10 lat do roku 1966. Wspaniała praca, wspaniałe otoczenie. Tu coraz bardziej dzięki siostrze Oli i Eli Kubalowej poznaję Rysię Rybicką, która pracuje w księgowości.

Ja i moją żoną Teresą Bach z domu Rybicką

W roku1959 w pierwsze święto Bożego Narodzenia 25 grudnia biorę z nią ślub w kościele św. Jakuba w Brzesku. Po odejściu na emeryturę Głównego Księgowego p. Zabiegały, Rysia zostaje Gł. Księgową a potem zastępcą prezesa do spraw ekonomicznych.

W 1966 r. jednak muszę opuścić P.S.S. (dwie osoby z rodziny nie może pracować na kierowniczych stanowiskach – ja byłem kierownikiem działu do spraw obrotu artykułami przemysłowymi). 01.07.1966 zatrudniony zostaję przez dyrektora Chmielewskiego w Oddziale Centrali Nasiennej w Brzesku na stanowisko kierownika handlowego, gdzie pracuję do roku 1976 (do rozwiązania oddziału).

Od dnia 1.01 1976 zatrudniony jestem w Spółdzielni Kółek Rolniczych w Jadownikach, jako kierownik Wojewódzkiego Zakładu Gospodarki Materiałowej z siedzibą w Jasieniu. Zakład zajmuje się zaopatrzeniem Kółek Rolniczych w różne artykuły przemysłowe takie jak węgiel, drewno, traktory, maszyny rolnicze i inne. Pracuję tu do października 1977 r.

Od 1978 r. w związku z moim stanem zdrowia, dzięki nieżyjącemu już lekarzowi p. Miniczowi idę na rentę, jako inwalida wojenny pierwszej grupy. W tym miejscu chciałbym serdecznie podziękować mojej siostrze Oli, która najbardziej troszczyła się o mnie w czasie pobytu w więzieniu, oraz mojej mamie i całej rodzinie, która nie mając innych możliwości wspierała mnie gorącymi modlitwami o powrót do domu rodzinnego.

Oto w skrócie opisane dzieje mojego życia, dzień czarnych i innych jasnych, pogodnych i ciepłych dni, mojego życia, z którego Polska Ludowa wydarła mi przeszło siedem lat mojego młodego życia (od 26 – 33 roku życia). Za to, że nie podobał mi się narzucony przez Związek Radziecki ustrój socjalistyczno – komunistyczny.

Ustrój przemocy i gwałtu, na bezbronnych ludziach, oraz za to, że byłem członkiem WiN. Chcieliśmy zmiany na lepsze, pragnęliśmy wolności słowa religii i innych, oraz zaprzestania prześladowań ze strony ówczesnego aparatu ucisku w Państwie. Wielu takich jak ja za walkę z ustrojem przypłaciło życiem, ginąc z rąk ówczesnych sądów i prześladowców, przez U.B., wielu straciło zdrowie w więzieniach. Wielu na skutek chorób odeszło już z tego świata.

Dla mnie satysfakcją było i nadal jest to, że wyrok mój przez Sąd został unieważniony, co oznacza, że WALCZYŁEM O SŁUSZNĄ SPRAWĘ.

 

Jeszcze jedno. Do dnia dzisiejszego większość naszych gnębicieli nie została ukarana, wszyscy sprawcy tych nieszczęść, którzy wyrządzili krzywdy nam Polakom dzisiaj chodzą w niepodległym państwie mają bardzo wysokie emerytury, wielokrotnie wyższe do naszych, którzy wyrządzili nam wiele szkód i cierpień.

Po zmianie w naszym państwie ustroju w 1989 r., rozpocząłem starania o uznanie mnie kombatantem. Długo trwały te starania. Do tego dopomogła w dużym stopniu ówczesna spikerka telewizji polskiej p. Alicja Resich – Modlińska, której do dnia dzisiejszego za to jestem wdzięczny.

Potem, po staraniu się przez kolegę Józia Lulka nadano mi przez Zarząd Główny naszego Związku KRZYŻ WIĘŹNIA POLITYCZNEGO.

Jak już wspomniałem Sąd anulował mój wyrok jako niesłusznie wydany. Przez Sąd w Tarnowie, poinformowany zostaję, że mogę ubiegać się o odszkodowanie za pobyt w więzieniu. I znowu rozprawa w Sądzie w Tarnowie, który przyznaje mi wówczas duże odszkodowanie. W związku z pogorszeniem się mojego zdrowia, Z.U.S. uznaje mnie inwalidą wojennym pierwszej grupy.

W roku 2001 w czerwcu Związek mój w Tarnowie występuje do Ministra Obrony o nadanie mi oraz moim kolegom stopnia oficerskiego za ówczesną działalność konspiracyjną i długoletni pobyt w więzieniu. W dniu 3 maja 2002 r. w Święto Konstytucji dostaję uroczyście stopień podporucznika Wojska Polskiego – ku chwale Ojczyzny.

Chciałbym jeszcze parę słów poświęcić mojej rodzinie. W r. 1959 jak już uprzednio wspomniałem, w Boże Narodzenie zawarłem związek małżeński z Teresą Rybicką. To była wspaniała kobieta, żona i matka dwóch synów. Pracowaliśmy wspólnie, zbudowaliśmy dom jednorodzinny w Brzesku przy ulicy Długiej 8. Życie z nią było bardzo przyjemne, oboje rozumieliśmy się doskonale, nie znaliśmy, co to kłótnie. Ona dbała o dobre wychowanie naszych synów. Żyliśmy wspólnie prawie 39 lat. Niestety w roku 1998 na skutek ciężkiej choroby (guz mózgu), odeszła od nas pozostawiając mnie i synów w żałobie.

Syn Krzysiek posiada dwoje dzieci; córkę Natalię (w roku 2002 poszła do Liceum Ekonomicznego w Brzesku) i syna Bartka (w roku 2003 – kończy 6 klasę).

Syn Janek ma trójkę dzieci; córkę Magdę (w roku 2003 – kończy gimnazjum), córkę Dominikę (kończy 4 klasę) i syna Konrada (kończy 2 klasę).

Swojej św. pamięci żonie zbudowałem grobowiec na cmentarzu komunalnym w Brzesku, gdzie spoczęła na wieczność. Już mija pięć lat od chwili jej śmierci – 13 lipca 1998 r..

Bach Henryk,  lipiec 2002 r.

Oto dzieje życia jednego człowieka. Dodam jeszcze, że miałem w swoim życiu 10 operacji, dwie na kamienie nerkowe, trzy przepalanki w czasie choroby płuc, jedną wyrostek robaczkowy, wstawienie endoprotezy do prawego biodra, ropę, która wywołała zapalenie stawu biodrowego i wstawienie rozrusznika serca (2 razy).

To wszystko to w skrócie moje życie. Obecnie już kończę 84 rok życia i dzięki Panu Bogu, że dał mi doczekać tak długich lat życia. W roku 2002 dnia 19 czerwca wszczepiono mi w szpitalu w Tarnowie rozrusznik serca, co zalecili mi lekarze w Brzesku. Przeszedłem dwie operacje, gdyż pierwsza po lewej stronie się nie udała, była bardzo bolesna, gdyż nie zadziałało znieczulenie. Po sześciu godzinach druga bezbolesna i bardzo krótka, bo tylko piętnaście minut.

Nie wiem ile jeszcze będę żył, nie wiem też, co mnie jeszcze w życiu spotka, ale za wszystko – za całe życie dziękuję Bogu, w dalszym ciągu widocznie jestem tu potrzebny, że Bóg zezwala mi na pobyt na tej ziemi.

Bach Henryk

Sierpień, 2005

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com