Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

Wiktoryn Grąbczewski "Zofia i Wiktoryn II"  ( ) 

Redakcja: Zofia Grąbczewska

Opracowanie graficzne: Adrianna Dmochowska

Korekta: Irena Cissowska

Skład komputerowy: Robert Martyniak Wydawnictwo: Rodziny Grąbczewskich

Druk: ZP Jolanta Pietrzak Łęczyc, Warszawa 2002

 

Wiktoryn II Grąbczewski

 

„ Od Korwina do III Wiktoryna"

Przedruk z książki przysłany  przez Janusza Pajora 

fot. www.diabel.art.pl  odficjalna strona Muzeum Prywatnego Zofii i Wiktoryna Grąbczewskich."Przedpiekle"

                                                         

ZOFIA I WIKTORYN II

    Ożeniłem się kwietniu 1956 r Wybranką mojego serca, została piękna i dobra dziewczyna, Zosia moja miłość z czasów okupacji. SONIA. Tak nazwano Zosię w czasie dzieciństwa w jej domu rodzinnym. Sonię poznałem przypadkowy sposób. Była wtedy małą , ładna dziewczynką i mieszkała w domu najbogatszego mieszkańca Okocimia. Jej ojciec szanowany i ceniony człowiek w całym powiecie brzeskim, był dyrektorem największego przedsiębiorstwa handlowego na cały powiat. Nic więc dziwnego, że wokół tej dziewczyny kręciło się dużo koleżanek. Była pogodna i zawsze uśmiechnięta, mimo. że różnie bywało w czasie okupacji niemieckiej. 1941 roku wysiedlono nas z Łęczycy; jak wiele innych rodzin, tylko dlatego że mieliśmy „szczęście" mieszkać na terenie, który okupanci przyłączyli do Rzeszy. Miejscowość w której spędziliśmy całą wojnę, nazywała się Okocim. Była to duża wieś, leżąca na Podkarpaciu, z pięknym widokiem na Tany Zosia mieszkała w samym centrum Okocimia Górnego i była siostrą mojego młodszego kolegi szkolnego Stefana. Codziennie, idąc do szkoły okocimskim gościńcem pełnym błota i kałuż, przechodziła koło Domu Ludowego, w którym my mieliśmy swoje wojenne schronienie. Nie mogłem nigdy iść sam do szkoły, odkąd ją zobaczyłem. Zawsze czekałem na tę mała., miłą dziewczynkę. Gdy przeszła, ja jak cień szedłem za nią do tej samej szkoły. Człapała po mokrym i śliskim od rozmokłej gliny gościńcu w swoich maleńkich butach z cholewkami, uszytych specjalnie dla niej, na zlecenie - kochającego ją, najbardziej z całej rodziny ojca. Była jego najmilszym dzieckiem, gdyż twierdził, że jego sześciorga dzieci jedynie ona jest podobna do jego matki. Szczęśliwy, gdy tylko mogłem j ą zobaczyć. Była tą moją pierwszą dziewczyną., którą tak bardzo darzyłem swoim dziecięcym uczuciem. Pragnąłem, żeby ta maleńka Sonia, uczennica trzeciej klasy, zaakceptowała moją obecność w dojściach do szkoły. Wydawało mi się, że byłbym najszczęśliwszym z wszystkich chłopców „z całej wsi !.

Zbliżył mnie do niej przypadek. Ten dzień był wyjątkowy w moim życiu. Stało się to za przyczyna jej maleńkiego płaszczyka, który chciała zabrać z szatni. W szkole szatnia znajdowała się na strychu. Trudno się było do niej dostać, szczególnie gdy zakończyły się lekcje. „Chmara'' dzieciaków po stromych schodach pędzi ta jak szal ona po płaszcze i po chwili, na „łeb i szyje" zbiegała po schodach. Słabsi, z młodszych klas uczniowie musieli długo czekać, by zabrać swoje okrycia i opuścić mury szkolne. Idąc po swój płaszcz, a raczej przepychając się łokciami ku strychowi, widziałem przerażone oczy malej: niepozornej, siedzącej pod schodami w kucki dziewczynki. Gdy tylko zauważyłem, jak skulona tam siedziała, przynosiłem jej z góry płaszcz, tak że nie musiała wyczekiwać, aż wszyscy
ci „silniejsi" zabiorą swoje. Gdy udało mi się, znieść płaszcz tej małej dziewczynce, zawsze wracałem do domu radosny, bo przy mnie szła Sonia, Często spotykałem ją także w ogrodzie jej ojca, gdy szedłem do Stefana, mojego kolegi. I tak to trwało całą okupację. Z zatem zostawiłem Sonie w Okocimiu i wyjechałem w swoje strony.

    Po wojnie gdy byłem już oficerem, ojciec zaproponował mi, byśmy pojechali do Okocimia, podziękować wszystkim ludziom, którzy pomagali nam przetrwać czas okupacji. Na trasie naszej .dziękczynnej" pielgrzymki, oprócz domu wójta, sołtysa, pp. Zydroniów, Kokoszków i Rogozińskich, znalazł się dom pp. Stósów. Przyjęło nas wszędzie życzliwie. U pp. Stósów zatrzymano nas na obiad. Była niedziela, więc wszyscy domownicy usiedli do stołu. Brakowało tyko Soni. To mnie zmartwiło, gdyż przed wyjazdem marzyłem o spotkaniu z tą małą dziewczynką, w której podkochiwałem się w dzieciństwie. Gdy nadarzyła się okazja, podszedłem do najstarszej siostry Celiny i zapytałem ją co się dzieje z jej młodszą siostrą, że nie ma jej przy stole. Odpowiedziała mi że Zosia mieszka teraz u niej w Krakowie i nie przyjechała, bo jest studentką pierwszego roku politechniki. W poniedziałek zaczyna się sesja, do której musi się przygotować. Widząc, że jestem bardzo zainteresowany Zosią, dała mi swój adres krakowski i zaprosiła do siebie. Przy najbliższej okazji skorzystałem z tego zaproszenia. Zjawiłem się w Krakowie, lecz i tym razem nie zastałem jej w domu. Była na uczelni i miała wrócić późnym wieczorem. Pociąg mój do Olsztyna odjeżdżał wcześniej niż mogła wrócić. Wyjechałem jednak późniejszym w nocny, gdyż czekałem na Sonię. I ta właśnie zmiana. wyjazdu z Krakowa zadecydowała o dalszym moim życiu, gdyż za cztery lata Sonia została moją żoną, po skończeniu politechniki i uzyskaniu dyplomu inżyniera",

    Ślub i wesele od było się zgodnie t tradycją i zwyczajami panującymi na Podkarpaciu. Według zwyczaju w tamtych stronach do kościoła wszyscy szliśmy piechota. Nie grała orkiestra, gościom idącym do kościoła. Były za to Błogosławiny. Każdy z gości dawał „talara" na zagospodarowanie dla młodych. Był orszak weselny. Zosię prowadził do ślubu ojciec. Mnie moja matka. Najbliższa rodzina stawiła się w komplecie. Nawet babunia Zosi staruszka w podeszłym wieku całą noc ucztowała. 7 mojej rodziny rodzice, siostry z mężami, najstarszy wnuk Marek, wujek Henryk, brat matki ze swoją córką Jagodą, oraz przyjechali stryjeczni bracia Zbyszek i Andrzej z Bydgoszczy.

    Po ślubie i przyjęciu ja pojechałem do Lublina, do swojej pracy, Zosia do Krakowa, gdyż pozostała jej jeszcze obrona pracy dyplomowej. Dojeżdżałem do niej od czasu do czasu. Trwało to do września. Po skończeńiu politechniki i uzyskaniu stopnia inżyniera, Zosia otrzymała nakaz pracy do biura projektowego budowy kanału Wieprz- Krzna w Lublinie i sprowadziła się do naszego pierwszego, wspólnego mieszkania. Żeby było śmieszniej mnie w październiku 1956 r. przenieśli do Warszawy. l czerwca 1957 r przyszło na świat w Łęczycy nasze pierwsze dziecko, MARIA-Irena. Zgodnie 7 życzeniem jej dziadków Józefa Stósa /ojca Zosi / i Wiktoryna I Grabczewskiego takim imieniem została w Łęczycy ochrzczona. To najpiękniejsze nasze dziecko na świecie, rosło i rozwijało się wspaniale. Ja stale jeździłem miedzy Warszawą a Lublinem i od czasu do czasu odwiedzałem rodzinę w Lublinie. Marysia mając roczek zachorowała na poszczepienne porażenie dziecięce. Na szczęście po pól roku choroba całko wici e ustąpiła. Dzięki moim usilnym staraniom miedzy innymi w związku z chorobą dziecka, dostaliśmy po roku mieszkanie w Warszawie na Żoliborzu. Nasza radość z mieszkania nie trwała jednak długo. Przeniesiono mnie znów do Zespołu Pieśni i lanca WOWT tym razem do Krakowa. Zacząłem się starać o mieszkanie, jednak w garnizonie Kraków otrzymanie służbowego mieszkania, równało się z cudem''. Postanowiliśmy dokonać zamiany. Już prawie nam się to udało i mieliśmy się przeprowadzać, gdy mnie znowu przeniesiono z Krakowa do Warszawy, w celu organizowania Zespołu Estradowego Służby Inżynieryjno-Budowlanej. Zostaliśmy, więc w Warszawie. Tu l listopada 1961 roku urodziło się nasze drugie dziecko syn - Jacek. Zosia pracowała w biurze projektowym, opiekując się równocześnie dziećmi, gdyż ja bez przerwy z moim zespołem estradowym jeździłem do jednostek wojskowych w całej Polsce. Gdyby tak policzyć, mój pobyt poza domem, trwał w czasie naszego małżeństwa 12 lat

Moje dzieci założyły już swoje rodziny i mieszkają blisko nas w Warszawie. Maria- wyszła za maż za Andrzeja Wójcika, mają dwóch chłopców:

Michała - obecnie na wyższych studiach i o dziewięć lat młodszego Macieja,
Jacek - po ośmiu latach pobytu poza granicami Polski, wrócił do kraju. Ożenił się z Agnieszką Wróblewską i w Niemczech urodzili się jego dwaj synowie: Wiktoryn III i Jakub.

„Jesień naszego życia'' upływa nam szczęśliwie i w radości dzięki naszym dzieciom i wnukom, z którymi jesteśmy w stałym kontakcie, gdyż mieszkamy w tym samym mieście.

    Po przejściu na emeryturę zająłem się wcześniej zgromadzoną przeze mnie kolekcją, którą zebrałem przez trzydzieści lat w czasie moich wojaży z zespołami artystycznymi wojsku, Kolekcja ta jest jedną z największych w świecie. Z czasem zamieniła się w Prywatne Muzeum Diabła Polskiego i jest sposobem na moje życie. W 1990 roku żona przeszła na emeryturę i od tego czasu razem prowadzimy muzeum. Daje nam to dużo satysfakcji, ze możemy coś jeszcze zrobić dla polskiej kultury w Jesieni naszego życia". Urządzamy wystawy typu etnograficznego pokazując nasze zbiory, w kraju i zagranicą, ku zadowoleniu swojemu i zwiedzających.

I na tym kończy się moja gawęda o naszym rodzie, który przeszedł różne koleje losu, lecz trwa nadal, wychowując nowe pokolenia , G r ą b c z e w s k i c h z rodu Korwin-Krokowskich.

SZCZĘŚĆ NAM BOŻE WSZYSTKIM, ZACHOWAJ NASZĄ RODZINĘ W ZDROWU I MIŁOŚCI, NA POŻYTEK LUDZIOM I OJCZYŹNIE


comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com