Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

"Moja pokuta"  ( ) 

Moja pokuta.

    Był upalny dzień. Siedziałem przy stoliku pod parasolem, reklamującym jakieś piwo i czekałem na kogoś... teraz nie powiem wam na kogo, po prostu zapomniałem. Siedziałem tak dość długo i sączyłem browarka, gdy nagle do mojego stolika podszedł jakiś młody mężczyzna, miał może 20, 21 lat. Spytał, czy może się dosiąść. Zgodziłem się, chociaż nie było mi to na rękę, ale nie umiałem odmawiać ludziom. Zamówił sobie piwo i zaczął mówić. W pierwszej chwili myślałem, że mówi sam do siebie. Nie patrzył na mnie, tylko gdzieś daleko w przestrzeń, jednak zwracał się do mnie, przynajmniej tak mi się wydawało, teraz już nie wiem jak było w rzeczywistości. Mówił dziwnie, dla mnie w ogóle niezrozumiałe rzeczy. Zaczął zadawać mi pytania, nawet nie czekał na moją odpowiedź, po prostu mówił:

    Zastanawiałeś się kiedyś, jak to jest być obserwatorem wszystkiego co się dzieje na ziemi??? Myślałeś nad tym, jakie to jest uczucie patrzeć na wszystko z góry, być biernym widzem, być kimś w rodzaju Boga, z tą różnicą, że nie możesz interweniować w ludzkie sprawy nawet wtedy, gdy to jest potrzebne??? Zastanawiałeś się, jak to jest być kimś w rodzaju narratora w jakiejś powieści, relacjonować to co się dzieje ze stoickim spokojem, nawet wtedy, gdy jest to okropne, przerażające i... Pragniesz to zmienić, ale wiesz, że życie rządzi się swoimi prawami, a ty jedynie możesz obserwować to co się dzieje, nie możesz interweniować, nie możesz... możesz tylko się z tym zgadzać lub nie, ale twoje protesty, skargi zostaną zignorowane, gdyż jesteś tylko malutkim trybem w maszynie... w maszynie zwanej wszechświatem... Pewnie wiele razy zastanawiałeś się nad tym, dlaczego twój ulubiony bohater musiał zginąć... dlaczego autor tego dzieła na to pozwolił. Miałeś mu za złe, że tak prawa osoba musiała zginąć, gdy na ziemi pozostawało wciąż tyle zła... Jesteśmy tylko obserwatorami w grze zwanej życiem... Wszystko dzieje się gdzieś poza nami, chociaż wciąż wmawiamy sobie, że to my jesteśmy centrum wszechświata i że to my jesteśmy najważniejsi, upieramy się mówiąc, że to my mamy decydujące zdanie w tej rozgrywce, ale tak NIE JEST... Kiedyś chciałem być tylko widzem, być poza tym wszystkim, sądziłem, że nie podołam temu co mnie czekało, że nie podołam prawdziwemu życiu... Marzyłem o tym by znaleźć się gdzieś, gdzieś daleko w przestrzeni, by patrzeć na wszystko z góry, mieć do wszytkiego dystans i cieszyć się, że to mnie nie dotyczy, że jestem ponad tym... PONAD WSZYSTKIM!!! Ponad życiem, śmiercią, nienawiścią, zbrodnią... To było moje marzenie! Uważaj ze swoimi marzeniami drogi przyjacielu, bo niektóre z nich mogą się spełnić, a ty nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pragnąłeś, aby to o czym marzyłeś nigdy się nie spełniło.

    Gdy miałem 16 lat, moja matka została zamordowana na jednej z ulic miasta, w którym mieszkałem. Czterech zamaskowanych osiłków chciało od niej pieniądze, gdy dostali to czego chcieli, nie odeszli, kilkanaście razy uderzali ją kijami basebolowymi po głowie, klatce piersiowej i nogach. Na koniec "przedstawienia" zadali jej 21 ciosów nożem, chociaż ona już nie żyła. Sprawców nigdy nie odnaleziono, mimo tego, że zbrodnia popełniona była w biały dzień. Kilka lat później mój ojciec zginął w pożarze fabryki, w której pracował. Płonący budynek, ludzie skaczący przez okna, koszmar... W ten właśnie sposób zostałem sam na tym świecie. Rodzina nie chciała mieć ze mną nic wspólnego, dlaczego? Nie mam zielonego pojęcia. Byłem już pełnoletni... Mieszkałem w małym pokoiku z jeszcze mniejszą łazienką. Moje lokum znajdowało się na przedmieściach, a warunki w jakich żyłem były... skrajne to mało powiedziane. Poznałem wspaniałą młodą kobietę, która ze mną zamieszkała, więc nie byłem już samotny. Pragnąłem zniknąć z tego świata, mimo tego, że miałem już osobę, która mnie pokochała i która chciała ze mną spędzić resztę życia. Chciałem być kimś w rodzaju narratora w dobrej powieści, chciałem relacjonować tylko to, co się dzieje na ziemi, być tworem czegoś wielkiego. Wspominałem już coś o tym na początku, prawda? Sądziłem, że będę miał chłodny dystans do tego wszystkiego co się dzieje na ziemi i że będę ze spokojem ducha mógł opowiedzieć wam to wszystko, nie zważając na wasze reakcje i odczucia. Cóż nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak okropne było to marzenie. Gdy miałem 21 lat popełniłem samobójstwo, zostawiłem za sobą wszystko... zostawiłem cały mój świat, była nim moja narzeczona. Mieliśmy się wkrótce pobrać, a ja... nie wytrzymałem i pociągnąłem za spust... zostawiłem ją samą, pogrążoną w bólu i rozpaczy, nawet nie zdawałem sobie sprawy jaką byłem ważną cząstką jej życia. Moją karą za ten czyn była rola narratora w powieści zwanej "istnienie ludzkości", ta którą tak bardzo pragnąłem, a którą teraz tak bardzo nienawidzę... Poznałem to, czego nikt z żyjących ani umarłych jeszcze nie widział... Poznałem całą historię ludzkości od samego początku... Teraz gdy mam tą wiedzę, moim jedynym pragnieniem jest to, aby o niej nie wiedzieć, w jakiś sposób zapomnieć to wszystko. Bezsenność jest moim przekleństwem, można powiedzieć, że nie mam powiek, gdyż nigdy mi się nie zamykają, nawet na ułamek sekundy. Moim przekleństwem jest wiedza, to czego poszukiwałem od tak dawna, od samego początku mojego istnienia, to czego ludzie tak bardzo pragną, gdyby wiedzieli jakie ciągnie to za sobą konsekwencje, na pewno nie chcieliby tego doświadczyć... Teraz, gdy osiągnąłem to wszystko co chciałem, to wszystko o czym marzyłem, chcę się tego pozbyć...

    Jestem zawieszony gdzieś w przestrzeni, mam "sokoli wzrok" i na moje nieszczęście widzę wszystko... dosłownie WSZYSTKO!!! Czasami chcę obrócić głowę w inną stronę i widzę jeszcze straszniejsze rzeczy niż przed chwilą, zastanawiam się, dlaczego świat stworzony jest na ludzkim cierpieniu, ale odpowiedzi nie mogę znaleźć... słyszę tylko głos "Jeszcze nie jesteś gotowy"... Tu gdzie teraz jestem, czas nie ma znaczenia, sekundy płyną jak lata, lata jak sekundy, czas się nie liczy, a zaczynam się zastanawiać, co tak naprawdę się liczy? Co tu ma jakiekolwiek znaczenie?

    Moja głowa skierowana w kierunku Ameryki północnej, Stany Zjednoczone, przedmieścia Chicago. Piękny słoneczny dzień. Ruchliwe ulice, spiesznym krokiem poruszający się przechodnie, pogrążeni w zadumie, zajęci swoimi sprawami, zmierzający do pracy, szkoły, przedszkola. Marzą o nowym samochodzie, niesamowitym sprzęcie stereo, nowych rolkach, lepszej posadzie, przystojniejszym chłopaku... Nie wydaje ci się, że coś tu jednak jest nie tak... NIE? Przejdźmy więc trochę dalej... Mój wzrok utkwił na młodej parze nastolatków, żyją w całkiem innym świecie niż ci ludzie, których przed chwilą ci opisałem, ta para młodych ludzi jest w sobie po prostu zakochana... Miłość... piękne słowo, które powolutku zaczyna zatracać swoje znaczenie... Ludzie boją się go używać, gdy naprawdę coś do kogoś czują, natomiast używają go, powiedziałbym nadużywają, dla zabawy, w zupełnie innym celu niż jest mu przypisany... Zakochani wracają ze szkoły, śmieją się, wygłupiają, planują wieczorne spotkanie, romantyczną kolację ze spacerem... Drogę zachodzi im banda młodzieńców, są bardzo pewni siebie, z nienawiścią na twarzach. Zaczynają się zaczepki, przepychanki... Chłopak próbuje bronić swoją dziewczynę, ale nie jest w stanie, napastników jest zbyt wielu. Po krótkiej chwili padają strzały, chłopak upada na ziemię, z jego piersi wypływa krew, napastnicy wybuchają śmiechem, zdzierają z dziewczyny ubranie... ona krzyczy, szarpie się i błaga o litość. Bandyci nie zwracają na nią uwagi, na to co krzyczy... gwałcą ją jeden po drugim, a następnie widzę broń przyłożoną do jej skroni... Pragnę zamknąć oczy, by nie widzieć co się stanie i przypominam sobie, że moim przekleństwem jest widzieć, WIDZIEĆ to, czego inni nie dostrzegają, WIDZIEĆ to, co ludzie obecni na ziemi mogą zobaczyć, ale czego zobaczyć nie chcą. W ostatniej chwili przypominam sobie, że... że jestem w stanie obrócić głowę i robię to, ale w moje ucho wpada odgłos wystrzału, moje serce przeszywa fala nieopisanego bólu, a przecież moja narracja miała być sucha, pozbawiona uczuć, więc moje marzenie nie spełniło się w 100%. Muszę czuć, a chciałbym się tego wyzbyć...

    Teraz mój wzrok skierowany jest na Europę, Francję, Paryż... Deszczowe popołudnie. Ludzie chowający się przed deszczem w bramach sklepowych, pod parasolami, wolno poruszające się samochody w korkach ulicznych. Ludzie... zamyśleni, zaganiani, pogrążeni w swoich pragnieniach, marzą o lepszym życiu, o odkrywaniu nieodkrytego... Wśród nich wszystkich samotna matka z dzieckiem, przechadzająca się między spadającymi "łzami aniołów", przykryta peleryną. Dziecko skaczące po kałużach, śmiejące się i krzyczące: "Jeszcze mamusiu, jeszcze raz...". Matka skacze razem z dzieckiem w kałuże, chlapiąc się przy tym cała. Jej buty są już przemoczone, a płaszcz "zdobią" plamy z błota. Matka jednak nie przestaje skakać, bo jej córeczka cieszy się jeszcze bardziej. Matka kocha te chwile, gdy twarz jej córki promienieje ze szczęścia. Jeszcze nie tak dawno jej mała pociecha leżała w szpitalu z podejrzeniem choroby serca, wszystko jednak się wyjaśniło, mała jest zdrowa. Zdawać by się mogło, że uśmiech tej małej dziewczynki jest w stanie wypełnić wszystko dookoła radością, pomimo tej pogody i ludzi pogrążonych we własnych marzeniach... Widać, że matka bardzo kocha swoje dziecko. Cieszę się, że takie widoki choć na chwilę koją moją niespokojną duszę. Cieszę się, że również w takich sytuacjach mogę być narratorem i przedstawić ci taki wspaniały obrazek... Obrazek szczęścia... Spacerują dalej. Weszli w mniej uczęszczaną uliczkę jednokierunkową. Obok nich przebiega mężczyzna, nawet nie zauważa, że biegnąc potrącił dziewczynkę, która przewróciła się na ulicę... Pobiegł dalej. Mój wzrok podąża za mężczyzną i nagle słyszę krzyk... przerażający, rozpaczliwy krzyk matki. Moje oczy kierują się w stronę skąd dochodził krzyk. W jednej chwili zaczynam żałować, że moje oczy nie pozostały przy tym goniącym za czymś mężczyzną. Na ulicy zobaczyłem pełno krwi, samochód wbity w ścianę, do połowy skasowany, matkę klęczącą na kolanach i zalewającą się łzami, nadjeżdżającą karetkę i zbierających się wokół ludzi. Krew mieszająca się z deszczem i łzami, tworząca mieszankę rozpaczy. Dziewczynka powolutku zamyka oczy, ostatkiem sił próbuje zachować w pamięci obraz matki, ale nie chce jej pamiętać smutnej, pragnie zachować w pamięci jej radosny wyraz twarzy, uśmiechniętą twarz kochanej matki. Lekarze starają się ratować dziewczynkę podłączają ją do maszyny, która ma podtrzymywać podstawowe funkcje życiowe jej organizmu. W oczach rodzicielki widać rozpacz, nadzieję, nienawiść, miłość, wszystkie uczucia skrzętnie wymieszane, wszystkie zawarte w oczach jednej osóbki. Jeszcze przez chwilę matka ma nadzieję, że wszystko będzie dobrze, ale gdy słyszy pisk maszyny i nerwowe poczynania lekarzy już wie, że nic nie zmieni tego co przed chwilą się stało. Jej serce wypełnione do cna bólem... zdaje się, że zaraz pęknie, rozsypując się przy tym na miliardy drobnych kawałków.

    Choć na chwilę pragnąłbym zamknąć oczy, choć na chwilę chciałbym stracić słuch, nie jestem jednak w stanie tego osiągnąć. Tym razem moje źrenice kierują się na Azję, Chiny, Pekin... Miliony ludzi... Ludzie jednak wszędzie są jednakowi... egoiści, goniący za pieniądzem, sławą, wygodnym życiem... Szkoła średnia na obrzeżach stolicy. Godzinę temu zaczęły się lekcje. Pierwsza przerwa, uśmiechnięte twarze zadowolonych uczniów... uśmiechnięte pomimo wielu zmartwień z jakimi codziennie się borykają, twarze promieniejące szczęściem. Dzięki szkole mogą się spotkać ze znajomymi i choć na chwilę zapomnieć o swoich codziennych zmartwieniach, później znowu powrócą do szarej codzienności. Każdy z tych młodych ludzi czymś się martwi, o coś, kogoś się troszczy. Matka alkoholiczka, kolega narkoman, dziewczyna, która zostawiła zrozpaczonego chłopaka, samobójcze myśli, niechciana ciąża, młodszy brat, któremu trzeba zastępować rodziców. Każdy ich problem jest ogromnych rozmiarów, może dla ciebie są to błahostki, sprawy z którymi uporałbyś się raz dwa, ale dla nich jest to ciężar, z którym często sami nie dają sobie rady. Dorosłym wydaje się, że młodzi ludzie są bezbronni, beztroscy, że nie mają się czym przejmować, że oni, dorośli, wszystkim się zajmują i że to oni mają najwięcej na głowie, nie zdają sobie sprawy z tego, z czym borykają się młodzi ludzie. Dzwonek na lekcje, jakaś klasówka, w innej sali pokaz slajdów, wykłady, niby wszystko w porządku, odetchnąłem z ulgą... jednak za szybko się cieszyłem... Do szkoły wchodzi 12 na czarno ubranych mężczyzn. Schodzą do podziemi budynku. Na słupach konstrukcyjnych zamieszczają ładunki wybuchowe. Chcę krzyczeć, w jakiś sposób im przeszkodzić, ale to nie leży w mojej mocy, jestem bezsilny, mogę tylko obserwować. Mężczyźni już zainstalowali ładunki, zbierają resztki swoich rzeczy i wybiegają ze szkoły. Zegar na ładunku wybuchowym zaczął odliczanie... upływają minuty, sekundy... WYBUCH... Tyle istnień ludzkich, tyle niewinnych, młodych ludzi... ludzi, którzy mieli przed sobą całe życie, ludzi, którzy pragnęli kochać, zasmakować życia zanim zejdą z tego świata... niestety... W promieniu kilkuset metrów wszystko pokryte jest tynkiem... Przerażająca liczba ofiar śmiertelnych i osób rannych... zamach terrorystyczny...

    Gdy patrzysz na to wszystko, gdy widzisz uśmiechnięte twarze, a zaraz potem śmierć, to zaczynasz się zastanawiać, czego tak naprawdę jest więcej na tym świecie... dobra, czy zła??? Nie znajdujesz na to pytanie odpowiedzi, a ja ci jej nie udzielę. Moje oczy widziały już naprawdę wiele, moje uszy słyszały już nie jeden lament tego świata. Pomimo tego wszystkiego, po mimo całego zła tego świata, nienawiści i przemocy, wierzę w to, że człowiek zdolny jest do miłości, poświęcenia, wybaczenia i zrozumienia, tolerancji i wzajemnej pomocy. Zło będzie istniało, ale to nie znaczy, że ludzie mają zatracić w sobie całe dobro... Nikt nie rodzi się zły, to sytuacje życiowe nas kształtują i wpływają na to kim jesteśmy, ale nie możemy zakładać, że naszym przeznaczeniem jest być goryczą tego świata. Ile razy patrzę na ludzi, którzy pod osłoną nocy wychodzą na ulicę i patrzą w gwiazdy, wypowiadają życzenia, w których myślą przewodnią są pieniądze, do oczu napływają mi łzy i płaczę nad ich losem, szukają i pragną tego, co jest naprawdę mało istotne, natomiast uśmiecham się do ludzi, którzy w zaciszach swego pokoju modlą się o szczęście, pokój na świecie i zdrowie nie tylko dla bliskich, ale ludzkości tego świata. Cieszę się, gdy dziewczyna patrząc w gwiazdy dziękuje im za swojego chłopaka, w którego ramionach czuję sie jak ktoś naprawdę wyjątkowy, z którym jest szczęśliwa i przy którym czuje się kochana. Ile razy widzę ludzi wpatrzonych w nieboskłon obdarzony miliardem świetlistych gwiazdeczek, tyle razy wspominam spacer z moją matką jesienną porą.

    Obserwowaliśmy gwiazdy, wypatrując tej jednej... spadającej. Chciałem pomyśleć życzenie, miałem nadzieję, że się spełni, mocno w to wierzyłem. Chciałem prosić gwiazdeczkę o szczęście dla mojej rodziny. Po długim oczekiwaniu nagle jedna zaczęła spadać, w moich oczach była najpiękniejsza, gdyż miała spełnić moje życzenie. Mama wzięła mnie na ręce przytuliła mnie do piersi i powiedziała: "Zmów krótką modlitwę", nie wiedziałem dlaczego, ale posłuchałem jej. Po kilku latach zapytałem ją, dlaczego kazała mi się wtedy pomodlić. Odpowiedziała, że modlitwa, którą zmówiłem była w intencji kogoś kto zginął w tej chwili. Powiedziała, że gdy spada gwiazda jedna osoba umiera. Po jej śmierci wypatrywałem spadających gwiazd. Zawsze modliłem się tymi samymi słowami i wierzyłem, że to im jakoś pomoże. Teraz, gdy patrzę na cały ten świat, widzę, że częstotliwość z jaką spadają gwiazdy wcale nie jest równa częstotliwości z jaką umierają ludzie. Gdyby tak było, już dawno zabrakłoby gwiazd na niebie. Uważaj z marzeniami mój drogi przyjacielu, uważaj...

    Jego głos nagle zaczął mi się zacierać, a na ziemię zaczęły spadać gwiazdy... całe masy... tak niezliczona liczba, że w chwili pokrywały już całą przestrzeń, zacząłem krzyczeć, zasłaniając głowę rękami i nagle poczułem czyjąś dłoń na moich rękach osłaniających głowę. Myślałem, że były to ręce dziwnego nieznajomego, ale były to ręce mojej mamy. "To tylko zły sen kochanie..." usłyszałem jej głos, "...zły sen. Już dobrze." Gdy już trochę się uspokoiłem poszła do siebie, ale ja wciąż nie mogłem zasnąć. Podszedłem do okna. Rozgwieżdżone niebo przypominało mi o moim koszmarze. Zdawało mi się, że widziałem na niebie twarz tego człowieka, te jego oczy, które nie mogły się zamknąć i które skazane były na oglądanie cierpienia tego świata. Od tamtej pory, ile razy spojrzałem na niebo, już zawsze widziałem jego smutną twarz. Widzę ją do tej pory. Współczułem mu całym sercem i modliłem się o to, by jego oczy mogły się zamknąć choć na parę chwil, aby jego zmęczone oczy miały choć chwilę wypoczynku. Modliłem się o to, by na ziemi nie było sytuacji opisanych przez tego człowieka... Chciałem, aby jego narracja była pogodna, aby do naszych oczu, uszu trafiały wspaniałe obrazy szczęścia. Nie wiedziałem czy to co teraz wspominam było snem, czy jawą, ale wiem jedno, cokolwiek to było zmieniło mnie na zawsze...

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com