Nieoficjalny Portal Miasta Brzeska i Okolic 
  Home  |   Almanach  |   BBS  |   Forum  |   Historia  |   Informator  |   Leksykon  |   Linki  |   Mapa  |   Na skróty  |   Ogłoszenia  |   Polonia  |   Turystyka  |   Autor  
 

11 września 2001 roku byłem w Nowym Yorku  (Grzegorz Migdał) 

11 września był dniem jak każdy inny dzień. Wstałem o godz.  6.20. Po kąpieli i śniadaniu przeszedłem na drugą stronę ulicy do mojej pracy. Pracowałem przy budowie wielkiej hali, do której nasz szef Steve – Grek z pochodzenia – miał zamiar przenieść swój zakład rzemieślniczy. Nowa hala wysokości kilkunastu metrów podzielona była na dwie części. W górnej miały znajdować się mieszkania. Właśnie tego dnia murowaliśmy ściany zewnętrzne na drugim piętrze. Pracowałem z Krzyśkiem – Polakiem mieszkającym na co dzień w Buffalo , przebywającym w USA od 10 lat. Mieszkaliśmy i pracowaliśmy przy 3rd Av./ 27th st. na Brooklynie, tuż przy zatoce Red Hook. Z platformy, na której pracowaliśmy roztaczał się przepiękny widok na Manhattan oraz zatokę.

Około godz. 9-ej, wychodząc po drabinie zobaczyłem kątem oka słup smolistego dymu unoszącego się z jednej z wież „bliźniaków”. Krzyczę do Krzyśka:

- Patrz, jedna z wież WTC pali się!!

Od razu na myśl przyszedł mi film „Płonący wieżowiec” i przed oczami stanął dramat ludzi tam się znajdujących.

- To nie pożar, to musi być zamach terrorystyczny.

Słowa Krzyśka zabrzmiały niewiarygodnie. Popatrzyłem na niego, jak na człowieka przewrażliwionego informacjami o terroryzmie, przesiąkniętego Ameryką i tym co amerykańskie.

- Krzysiek... – nie zdążyłem dokończyć, gdy usłyszałem:

- Grzesiek, tam są takie zabezpieczenia przeciwpożarowe, że nawet najmniejszy płomień nie ma szans spowodować pożar...

Staliśmy i patrzyliśmy na te smutny widok, gdy przyszedł do nas z wiadomością Steve, że ponoć jakaś awionetka uderzyła w jedną z wież WTC. Ta wiadomość nieco nas uspokoiła, bo przecież wypadki lotnicze się zdarzają. Pobiegłem na mieszkanie po aparat, by utrwalić ten obraz. Zabrałem też małe, przenośne radyjko, by na bieżąco słuchać wiadomości.

Po chwili wszystko stało się jasne, gdy płonęła już druga wieża. Ludzie na ulicach krzyczeli, biegali, samochody masowo wyjeżdżały z Manhattanu. Autobusy przeciążone, przeładowane ledwo mogły jechać, trąc oponami o nadkola.  W mieście zaczął się chaos. Karetki pogotowia, policja, straże pożarne – chyba wszystkie jednostki jakie były w południowym Brooklynie, przejechały koło nas, by podążać na pomoc płonącym bliźniakom.

Nad 3rd Av jest droga ekspresowa –  Gowanus Expy, która prowadzi do Brooklyn Battery Tunnel – tunelu pod zatoką nowojorską, prowadzącym na Manhattan. Gdy na chwilkę umilkły syreny jednostek nowojorskich, z oddali zobaczyliśmy kolumnę czerwonych pojazdów z New Jersey oraz sąsiednich stanów. Wszyscy chcieli pomóc. My niestety mogliśmy tylko patrzeć.

Jak już wspomniałem w mieście powstał chaos. To samo miało miejsce w eterze. Nadchodziły sprzeczne wiadomości – (..)nad Atlantykiem siły powietrzne USA zlokalizowały 4 porwane samoloty(...), (...) kolejny porwany samolot zmierza w kierunku NY (...) – to tylko część z nich. Za chwilkę usłyszeliśmy, że kolejny samolot uderzył w Pentagon, a następny rozbił się w Pensylwanii. Popatrzyliśmy na siebie z Krzyśkiem i powiedzieliśmy jednocześnie te słowa – „to jest wojna”. Wtedy pomyślałem o domu... Czy ja tam wrócę? Za dwa tygodnie miałem przecież lecieć do Polski, do rodziny, do znajomych. Czy ja ich jeszcze zobaczę?? Pobiegłem do budki telefonicznej, podnoszę słuchawkę i... brak sygnału. Wszystkie linie zostały zarezerwowane dla emergency i informacji o poszkodowanych. Do domu dodzwoniłem się dopiero dwa dni później. Powiedziałem, żeby o mnie się nie martwili, ze wszystko już się uspokoiło. Oczywiście blefowałem, bo miasto nadal było w wielkim szoku. Jak ktoś mógł zaatakować Amerykanów na ich terytorium?? Ale wracając do tego dnia…

Po informacjach, że 4 samoloty uderzyły w cele na terytorium USA, w radiu zaczęto dyskutować nad tematem wież WTC. Czy są w stanie wytrzymać takie uderzenie? Boeing 767 z pełnymi zbiornikami paliwa na pewno naruszył konstrukcję budynku. Nie trzeba było długo czekać - kilkadziesiąt sekund przed godz. 10 zawala się południowa wieża (patrz zdjęcie).

Chmura kurzu z rozbitego budynku zmierza w naszą stronę. Na kilka godzin otacza nas półmrok.  

widoczność w zwykły dzień

widoczność 11 września w południe

Czujemy się jakby nadeszła deszczowa chmura, tylko zamiast kropel spada na nas popiół oraz kartki, resztki dokumentów... Kartki, na których ktoś kilka godzin temu jeszcze pisał, a teraz… Strach pomyśleć…

Potworny widok.... Wszystko to spotęgowane płaczem ludzi na ulicach, krzykami, jękiem syren ratowniczych... Przygnębieni wróciliśmy do domu. Włączamy telewizor, ale niestety nic się nie dowiemy, bo antena przekaźnikowa znajdowała się na północnej wieży WTC, która runęła kilka godzin wcześniej, grzebiąc w swoich ruinach setki istnień ludzkich.

Dowiadujemy się, że o 20.30 ma być orędzie Prezydenta Georgia W. Busha. Udaję się do najbliższego baru z telewizorem. Wokół mnie ludzie ze zmęczonymi, smutnymi twarzami. Część z nich szła na nogach z Manhattanu, niektórzy jechali do domów aż przez Queens. Nikt do tej pory tak naprawdę nie rozumie, co się stało. Co chwilkę ktoś podchodzi pod aparat telefoniczny, z brakiem wiary na usłyszenie sygnału podnosi słuchawkę i odkłada ją. Rodzina jeszcze nie wie i prędko się nie dowie, że brat, ojciec, siostra żyje i wraca do domu...

O godzinie 20.30 wszyscy wpatrzeni w monitor telewizora słuchają słów G. W. Busha, ale tak naprawdę to nie on jest bohaterem w tym dniu. Bohaterem, który uratował NY przed zupełnym paraliżem był burmistrz miasta Rudolf Giulliani. Jemu ocalali nowojorczycy wiele zawdzięczają, także i ja...

Od tego dnia, to nie było jednak to samo miasto… Najazdy policji na mieszkania z ludnością arabską, aresztowania, ludzie z imigration w biało-niebieskich busach wywożący setki arabów, kwiaty i znicze przy jednostkach pożarniczych, przy drzwiach domów, którego mieszkańcy już niestety nie wrócą…

Niedaleko mnie był polski sklep. Co wieczór szedłem tam na zakupy, po drodze mijając grupkę arabów mieszkających na sąsiedniej ulicy. Mężczyźni siedzieli w jednym kole, kobiety z dziećmi w drugim. Wszyscy uśmiechnięci, ich sen o Ameryce spełnił się. Mieszkali tam, żyli, byli częścią społeczeństwa. Do 11 września… Od tego dnia już ich więcej na chodniku nie zobaczyłem. Około 20-go września, idąc do sklepu drogę zajechał mi policyjne radiowóz, blokując ulicę, na której mieszkali wspomniani ludzie. Pan oficer poprosił mnie, bym poczekał kilka minut. Widziałem tylko przez ramię, jak wszystkich aresztuje Imigration. Do tej pory mam w oczach ich smutny wzrok, gdy przejeżdżali ściśnięci w busach koło mnie… Czemu oni byli winni? Tylko temu, że mieli ten sam oliwkowy odcień skóry, jak terroryści z samolotów z 11 września.

Ruch powietrzny nad NY został wstrzymany… Jesienne niebo przecinały tylko odtąd samoloty F-16, patrolujące przestrzeń powietrzną nad tym zmęczonym miastem. Miastem zmęczonym, ale miastem mocniejszym… Ostatecznie wyleciałem z Nowego Yorku 23 października. Podróż na lotnisko, nerwowe chwile, bo lotnisko obstawione groźnie wyglądającą Gwardią Narodową. Ostatnia kontrola, chwilowe oczekiwanie na pasie startowym, start. Pożegnalne spojrzenie na miasto płonące żarem lamp, spojrzenie na Manhattan, który neonami błyszczy jak statek kosmiczny, ostry skręt samolotu, kurs na wschód… nareszcie do domu…

Grzegorz Migdał, wrzesień 2006

comments powered by Disqus


Copyright © 2004-2018 Zbigniew Stos Wszelkie prawa zastrzezone.
Uwagi, opinie i komentarze prosze przesylac na adres portal.brzesko.ws@gmail.com